5 i pół rzeczy, których nauczyła mnie praca w fastfoodzie

Leave a Comment

Pewnie mniej więcej tak wyglądałem, ale unformy mieliśmy fajniejsze

Część z Was wie, a część nie (bardzo logiczny wywód się zapowiada, prawda?) – pracowałem przez ponad dwa miesiące w fastfoodzie. Nie był to może standardowy fastfood śmierdzący olejem i strzelający tłuszczem spod frytek. Ale rzeczywiście pracowaliśmy w trybie „fast”. W kilka tygodni poznałem więcej sałatek, niż przez poprzednie 19 lat życia. Nauczyłem się jeszcze lepiej udawać, że znam angielski i pracować pod presją czasu u bólu kręgosłupa. Ale to dopiero początek, nauczyłem się jeszcze paru rzeczy, o których warto powiedzieć parę słów więcej. Siądźcie wygodnie.

1.       To wcale nie jest takie proste
Możecie wierzyć lub nie, ale zapamiętanie kilkudziesięciu konfiguracji potraw, nawet tak „prostych” jak sałatka, tego, ile powinno być każdego składnika, a w międzyczasie podmienianie poszczególnych składników zgodnie z życzeniem klienta i odpowiadanie na jego pytania, to nie jest 2+2. Żeby być naprawdę dobrym sprzedawcą wszelkie gramatury potraw trzeba mieć w małym palcu, przydałoby się też doświadczenie czy wyczucie – które składniki będą się fajnie łączyć z czerwoną kapustą, jeśli zamawiająca akurat nie przepada za marchewką i papryką.

To nie jest tak, że każda osoba z ulicy wejdzie sobie za ladę i nałoży te sałatki, bo przecież to tylko nakładanie składników do miski. To znaczy – jasne, osoby, która wie, jak wygląda kolendra, a jak pietruszka i dostanie rozpiskę, czego ile wrzucić, zrobiłaby takie czy inne danie. Ale w jakim tempie? Na pewno w niewystarczającym, by lokal mógł funkcjonować. Szczególnie w porze lunchu. Szczególnie w Złotych Tarasach.

I na końcu crème de la crème: zwijanie wrapów! Każdego dnia prosty studenciak zza lady ma jakieś 50 okazji, żeby dotkliwie poradzić sobie rękę grillem, przygotowując Twoją tortillę. A i tak na końcu może mu się rozwalić. I wtedy ma 51 okazję, bo przecież papki z plackiem zawiniętych w papier Ci nie da.

2.       Szacunek do pracy
Jaka to tam praca, przecież tylko stałeś za ladą i przekładałeś sałatę do plastikowej miski – pewnie takim tekstem rzuciłbym do kumpla, który opowiadałby, jak to ciężko jest w fastfoodzie. Tak się jednak życie potoczyło, że doświadczyłem na własnej skórze, co to znaczy po trzech godzinach schylania się nad zlewem wyjść i przez kolejne pięć karmić wszystkie okoliczne korpo, a jednocześnie nie pękać przed dwudziestoosobową kolejką i głosami, że zaraz kogoś szef opier… chrzani, bo mu się przerwa obiadowa kończy, a jeszcze sześć osób przed nim. Tempo musi być, ale pomyłek nie może. (A może mogą? O tym zaraz.)

Może to brzmi dla kogoś niepoważnie, ale obsłużyć lunchtime w galerii takiej jak Złote, to jest hardcore. Co więcej akurat miałem szczęście pracować w lokalu z naprawdę smacznym i zdrowym jedzeniem, stąd kolejki były do nas absolutnie największe. Co by nie było – sprzedawcy w tych fastfoodach naprawdę mają nieraz zapieprz. Odkąd posmakowałem „rozładowywania kolejki”, czyli, jakby to powiedzieć, włączania szóstego biegu, jeśli chodzi o tempo pracy, przestałem denerwować się, kiedy stoję po drugiej stronie lady i sam coś zamawiam. W 9 na 10 przypadkach ci ludzie naprawdę robią, co mogą, żebym dostał moje zamówienie jak najszybciej. Szanuję ich za to.

3.       Sprzedawca też człowiek, może się pomylić
Ta dziewczyna, która nieco rozbieganymi oczyma szuka oliwek do Twojej kanapki, naprawdę chce, żeby Ci smakowało i żebyś był zadowolony. A przynajmniej, żebyś dostał dokładnie to, co zamówiłeś. No ale sorry, nawet najlepszemu się zdarzy, że zapomnie, że akurat Twoja sałatka miała być z kurczakiem w papryce, a nie w ziołach, a po zrobieniu dzisiaj dziesięciu takich z jajkiem, które jest w rekomendowanym przepisie, może zapomnieć, że zamieniłeś je na mozzarellę.

Dlatego kiedy przy kasie, już po zapłaceniu okazuje się, że dostałeś kanapkę z niezamawianą fetą, nie wieszaj na tej biednej dziewczynie psów. Ona wie, że fety nie chciałeś. Też nie chciała. Po prostu się pomyliła, bo widzi, że za Tobą stoi już mały tłumek i wymownie patrzy, za to za nią stoi jej kierowniczka, dla której liczy się tempo pracy. 

4.       Czego można wymagać od sprzedawców
Pomyłki są wybaczalne, tak naprawdę nawet te karygodne. Ale niestaranność nie jest. Jeśli sprzedawca rzuca plackiem na tortillę, jeśli znudzony nakłada pomidorki tak, że dwa wpadają do sałatki, a trzy na podłogę, to raczej nie oznaka zmęczenia, a zwyczajnie robienie na odwal. Tego się tolerować nie powinno, ale pod tym względem dyscyplina leży zdecydowanie po stronie pracodawcy.
Od obsługi w fastfoodzie można też wymagać, że będą skupieni na Tobie, a nie na sobie nawzajem. Wiadomo, to praca jak każda inna i pracownicy nawzajem się lubią czy nienawidzą, ale klient ich pan, więc gdy chcesz złożyć zamówienie, muszą traktować Cię priorytetowo. To nie tylko dobry zwyczaj, to marketing.

Z całą pewnością od sprzedawców można, hm, może nie wymagać, ale oczekiwać, że odpowiedzą na Twoje pytania dotyczące tego, czym handlują typu „jaki sos by pan do tego polecił?”. Pewnie, nie będą wiedzieli, ile kalorii jest w 40g kaszy pęczak, którą Ci przed chwilą dorzucili, ale jakie takie pojęcie i fantazję w zakresie tego, czym handlują muszą mieć.
A jeśli nie wiedzą, jaki sos pasuje, niech przekonująco zmyślają. :) To też marketing.

5.       Grzeczność to minimum
I na koniec to, co drażni mnie najbardziej, od kiedy zaliczyłem swój epizod jako pracownik fastfooda – nie znoszę sprzedawców niegrzecznych, ludzi, od których każde zdanie brzmi „wyjdź z mojego lokalu”. Ostatnio już przed samą płatnością w Subway sprzedawca ryknął do mnie „NAPÓJ!”, co w jego mniemaniu było chyba uprzejmym zapytaniem, czy czegoś się napiję. Na miejscu kierownika wywaliłbym z miejsca.

Nie znoszę też, kiedy wchodzę do kawiarni czy innego Maca i pyta mnie mój rówieśnik „co dla Ciebie?”. Nie jesteśmy per Ty. Nie jestem nie wiadomo jakim paniskiem, nie miałbym problemu, gdyby na uczelni wciąż zwracano się do mnie „Tomek” jak w liceum, nie miałbym problemu, gdyby pani w autobusie czy szatni w bibliotece starsza ode mnie o parę dekad nazwała mnie „dzieckiem”, ale kiedy wchodzę do lokalu zostawić tam –naście czy –dziesiąt złotych, to zasługuję, by zwracać się do mnie tak jak do klientów 40- i 60-letnich. I nastoletnich też. Skracajcie sobie kontakt, gdzie chcecie, ale nie z klientem.  Przynajmniej nie w tej branży.

I pół
Sztos nad sztosy – wiecie jak szybko pokroić wiele pomidorków koktajlowych? Kładziecie je ciasno obok siebie na desce, przytrzymujecie dłonią, a nożem tniecie równolegle między dłonią a deską. Część z Was pewnie robi tak od urodzenia, ale dla mnie to odkrycie.

Pewnie znalazłoby się o wiele więcej rzeczy, których nauczyła mnie ta fastfoodowa "przygoda", ale i tak więcej nie dalibyście rady przeczytać. Pracowałem jeszcze w paru miejscach, może kiedyś będzie okazja opowiedzieć. Ciao.


0 komentarze:

Prześlij komentarz