Poranek był rześki i bezchmurny, dokładnie taki, jakie są poranki o tej porze lata. Dzień rozwijał się niczym czerwony dywan i w ten sam sposób prowadził do finału, na który czekałem - wieczoru. Gdy niebo nabierało bladoróżowej barwy, słońce próbowało schować się za horyzont, a w pobliskich kawiarniach słychać było coraz wyraźniej gwar rozmów, nadszedł czas naszego spotkania.

Znaliśmy się już jakiś czas, ale nigdy dotąd się z Nią nie umówiłem. Nie wiedziałem czego się spodziewać. Ubrała się ładnie, jak zawsze, ale nie wyjątkowo wieczorowo, dlatego odetchnąłem z ulgą, nie miałem ochoty na żaden wytworny lokal tego dnia. Myślałem raczej o cichej, schludnej, klimatycznej knajpce, o ile w ogóle mielibyśmy dokądś pójść.

- Dobry wieczór - powitałem Ją z ogromną ciekawością w oczach. Co przyniesie ten wieczór? Dokąd pójdziemy?
Objęła mnie na moment. Chwilę nam zajęło rozmawianie o pogodzie i niczym, a kolejną ustalanie dokąd pójdziemy. Stanęło na tym, że brzegiem przed siebie. Był piękny zachód i szkoda byłoby zmarnować taki widok na siedzenie w czterech ścianach.

Szliśmy obok siebie kilkadziesiąt minut, doskonale czując się w swoim towarzystwie. Cieszyliśmy się chwilą, tym, że możemy spędzić ją razem, kiedy na naszej drodze stanęło wejście na molo.

- Idziemy? - zapytała wertując moje oczy swoimi zielonymi, okrągłymi źrenicami. "No, co Ty na to?" zdawał się mówić Jej wzrok.
Czy idziemy? Oczywiście, że idziemy, co za pytanie.
- Nigdy tam nie byłem - wymigałem się od jednoznacznego "tak".
- To na co czekamy?
Nie oglądała się za siebie, wchodząc na drewniany pomost. Szedłem za Nią, stąpając bezszelestnie po deskach. Szliśmy bez słów, delektując się pluskiem wody uderzającej o burty zacumowanych łódek.

- Podoba mi się tutaj - uśmiechnąłem się.
- Mnie też. Idziemy dalej.
- A co jest dalej?
- Masz ochotę na kawę?

Na kawę ochoty nie miałem, za to szarlotka była przepyszna tak jak cały ten wieczór. Słońce opadło, ale lampy rozświetlały ciemność wystarczająco, żebym dostrzegł, że uśmiech nie schodzi z Jej twarzy. Ruszyliśmy w stronę plaży. Szedłem lekko z tyłu, żeby móc popatrzeć na jej falujące na wietrze włosy. Zatrzymała się gdzieś w połowie balustrady i oparła o balustradę. Dotknąłem lekko Jej boku. Wzdrygnęła się.

- Zrobiłeś to cellowo.
- Tak, zrobiłem.

Ująłem Jej rękę, spojrzałem roześmianym wzrokiem w zielone, płonące oczy i zrobiłem krok, jakbym chciał rozpocząć walca. Pozwoliła prowadzić się jeszcze przez dłuższą chwilę. Lubiła tańczyć, pełna radości. Tak długo, jak nie poczułem dreszczy na Jej przedramieniu, wirowaliśmy na molo, pomiędzy ostatnimi spacerowiczami.

- Zimno mi.

Oddałem jej swoją bluzę. Wróciliśmy do miasta cisi i spokojni, dziękując w myślach za ten krótki, różowy i ciepły wieczór. Rozstaliśmy się w centrum, żegnając czułym, przyjacielskim uściskiem. Włożyła mi palec w żebra, czekając na grymas bólu i zdziwienia na mojej twarzy.

- Zrobiłaś to cellowo.
- Tak, zrobiłam.



Wyszedł późnym wieczorem wiedząc, że musi to zrobić, pomimo wszystkich "przeciw". Nie było żadnego "za". Po prostu musiał. Dla wyższego dobra czy wyższego zła. To bez znaczenia. Nie widział innej możliwości.

Prawdę mówiąc kiedy już włożył buty, kurtkę i wyszedł, nie widział prawie nic. Gęsta mgła, formowała się niczym obawy przed ważnym egzaminem i zdawała się wypierać powietrze z atmosfery. Mrok współpracował i tylko blade światło lamp ulicznych docierało do chodnika, którym szedł. Rozpędzał się w miarę jak nabierał coraz pewniej powietrza w nozdrza. Pamiętał, żeby nie oddychać ustami.

Samochodów było już niewiele. Pieszych wcale. O tej porze wszyscy wracali do domów lub oglądali drugi odcinek serialu. Nikt nie myślał o wychodzeniu na zewnątrz przy tak niskiej temperaturze. Wreszcie złamał się i wziął wdech ustami. Wypuszczone CO2 ukazało mu się jako ulotny obłok. Biegł sam. Sam ze swoim dniem, tygodniem i życiem. W słuchawkach głośno grała Coma, ale on czuł, że w tej chwili jego umysł niemal nie kontaktuje się ze słuchem. Liczył się widok. Wzrok nie mógł go zawieść, odkąd wzdłuż jego szlaku skończyły się lampy. Drogę wyznaczała mu jasna plama chodnika.

Biegł długo, nie myśląc o Celu. Cel był odległy, wiedział, że dziś do niego nie dobiegnie. Ale może chociaż spróbować się zbliżyć. Gdyby tylko mu zależało. Cel przestał być motywacją. Motywacją jest już tylko sam fakt podążania.

Po 40 minutach odczuł zmęczenie i skierował się w stronę domu. Chciał wrócić do punktu wyjścia, ale czuł, że już nie może. Nic nie będzie takie samo, choć czuł dokładnie to samo co osiem miesięcy wcześniej. Wiele dostał i wiele stracił. Zbyt wiele, by móc być tą samą osobą co kiedyś.

Nie cieszył się z przebiegniętego dystansu. To nic w porównaniu z Celem. Wiedział, że powinien ciężko pracować. Mimo, że Celu już nie ma.

Wróciłem - pomyślał patrząc na migoczące w oddali światło w oknie domu.