Imaginarium #4

Leave a Comment

Nie miałem pojęcia, jak mam się zachować, gdy będę już w środku. Przecież tam mogło być zupełnie inaczej, niż u mnie, może tam są inne zwyczaje, może buty zdejmuje się przy drzwiach, a nie w przedpokoju, a najgorzej, to że nawet nie wiem, czy będziemy siedzieć sami. Chociaż chyba ma swój pokój, ale może będą chcieli z nami pogadać. Właśnie, jej rodzice. To dopiero zagadka. Co oni sobie o mnie pomyślą? Jak się ubrać? Może byłoby prościej wybrać, gdyby była zima czy chociaż jesień albo wiosna. Ale w lato, kiedy za oknem żar leje się z nieba? Spodenki chyba krótkie, chociaż może to niestosowne, ale przecież zagotuję się w jeansach. A na górę? Koszula na krótki rękaw? To będzie eleganckie. Ale i komiczne.

Przed pierwszą wizytą w jej domu zastanawiałem się tak długo, co powinienem włożyć na siebie i co mnie spotka po wejściu do jamy lwa, że ostatecznie wyszedłem jak stałem, żeby przynajmniej się nie spóźnić.

Droga minęła mi w mgnieniu oka. Mijając wszystkie młode matki z wózkami, pryszczatych wyrostków na placu i dwóch brzuchatych chłopców toczących się za biegającą piłką, zastanawiałem się, czy czegoś nie zapomniałem. Gdy stanąłem u wrót jej domu do głowy przyszła mi myśl, że nie mogłem niczego zapomnieć, bo niczego nie potrzebuję. Poprawiłem włosy jak w amerykańskiej komedii romantycznej i nacisnąłem na brązowy przycisk dzwonka. Spodziewałem się odgłosów zbiegania po schodach, tymczasem zaskoczyła mnie cisza. Długa, a przynajmniej taka mi się wydawała. Spojrzałem zaniepokojony na zegarek - byłem punktualnie. Brunatne drzwi zaskrzypiały i zobaczyłem uchylającą się klamkę.

W oczekiwaniu na to, kogo ujrzę w drzwiach, zapomniałem o oddechu i dość zabawnie wypuściłem powietrze, gdy zobaczyłem, że to Ona. Uśmiechem zareagowała na mój komiczny początek wizyty i objęła mnie za szyję. Rozejrzałem się po jasnym przedsionku i wszedłem za Nią do korytarza.
- Dzień dobry - powiedziałem głośno, może nawet za głośno do rodziców, których lokalizacji nie udało mi się jeszcze ustalić.
- Dzień dobry - odpowiedziała jakby rozśmieszona moją przejętą miną. Spojrzałem na nią pytająco i swoimi roześmianymi oczami dała mi odpowiedź - byliśmy sami.

- Dokąd idziemy? - spytałem, widząc, że zmierza ku schodom.
- Do mnie. I tych schodów jeszcze trochę będzie.

Pokój miała piękny. Niezbyt wysoki, choć wyższy od mojego. Ale mimo wszystko wydawał się duży - jasne ściany, ogromne okno i strumień światła docierający niemal w każde miejsce. Biurko miała zwykłe, tu i ówdzie okleina była podrapana, a na drzwiach od szafki widziałem ślady po naklejkach. Pościelone łóżko było nakryte kocem, a w kącie stał fotel zagracony pluszakami wszelkiej maści. Na regale stały książki. Nie było ich zbyt wiele, głównie lektury, ale znalazłem kilka kingów.

- Napatrzyłeś się? Chodź do mnie, usiądź - była cholernie konkretna, mówiła, czego chce wprost, nie można było jej nie zrozumieć. Usiadłem kawałek od niej i utkwiłem wzrok w plamie na jasnym panelu. Sam nie wiedziałem, co mi się stało, że nie zacząłem pierwszy rozmawiać. Wiedziałem, że patrzy na mnie tą wiosenną zielenią spod roztrzepanej grzywki czesanej na bok, ale uparcie nie odwracałem głowy. Zgarbiłem się i w tym samym momencie Ona przechyliła się w moją stronę. Poczułem coś na policzku. A potem ogromne ciepło, spokój i radość. Wszystko na raz, wszystko mocno i wszystko przez to.

A potem zrobiła to po raz kolejny, złapała mnie za szyję i powiedziała, że się stęskniła. Tego dnia spóźniłem się do domu o rekordową liczbę godzin. Nigdy nie żałowałem.


Zdjęcie zaczerpnięte z unsplash.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, polub fanpage na fejsie.
Next PostNowszy post Previous PostStarszy post Strona główna

0 komentarze:

Prześlij komentarz