Jezus powiedział: Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce. Najemnik zaś i ten, kto nie jest pasterzem, którego owce nie są własnością, widząc nadchodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka, a wilk je porywa i rozprasza; /najemnik ucieka/ dlatego, że jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach. Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają, podobnie jak Mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca. życie moje oddaję za owce. Mam także inne owce, które nie są z tej owczarni. I te muszę przyprowadzić i będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia, jeden pasterz. Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo Ja życie moje oddaję, aby je /potem/ znów odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. Taki nakaz otrzymałem od mojego Ojca.
J 10,11-18

Każdy, kto to czyta, chodził kiedyś do szkoły. Pamiętacie swoich wychowawców? Jacy byli? Szanowaliście ich czy raczej niekoniecznie? Byli surowi czy można im było wejść na głowę? Stanowczy czy można było mu wejść na głowę? Sympatyczni czy niemili? I najważniejsze: czy byli częścią klasy?

Ja swoich wychowawców zapamiętywałem nie tylko po tym, czego od nas wymagali, jak nas wychowywali i jak się ubierali. Bardzo istotne było, co wychowawca potrafi załatwić swoim uczniom. Czy staje w ich obronie, stara się, aby mieli jak najlepiej w szkole czy jest "najemnikiem", który modli się o dzwonek, żeby jak najszybciej uciec od swoich uczniów. Kolejną ważną sprawą jest to, czy się nami interesowali, czy znali nas nie tylko na podstawie ocen z dziennika, czy wiedzieli, jacy jesteśmy.

Jezus jest wzorem wychowawcy, wzorem pasterza. Zna swoje owce, a gdy grozi im niebezpieczeństwo nie ucieka, ale zostaje z nimi i jest gotów o nie walczyć. I właśnie dlatego jest dobry. Nie robi tego za pieniądze jak najemnik, ale robi to z miłości (dobry nauczyciel to nauczyciel z powołania). Jezus nie oddaje za nas swojego życia, bo ktoś Mu każe, ale robi to od siebie. Kocha. Można na Niego liczyć, więc nie trzeba liczyć tylko na siebie.

Kiedy przychodzi wilk nie musisz uciekać. Masz dobrego pasterza.



Wykorzystałem zdjęcie z unsplash.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, polub fanpage na fejsie.

Sierpień był upalny. Wychodziliśmy często, najczęściej do lasu, bo w południe wszędzie indziej była za wysoka temperatura, a wieczory przeznaczaliśmy na coś innego. Nie dłużyło mi się, kiedy była obok. Nie doceniałem nawet, jak wiele mądrych rzeczy mówiła mi w tamtym czasie. Zobaczyłem to dopiero po miesiącach.

Jednak od samego początku emanowała zaufaniem do mnie. Zaskoczyło mnie moje zdziwienie z tym związane, bo sam mówiłem jej najbardziej osobiste rzeczy niemal od pierwszego spotkania. Wiele razy potem zastanawiałem się: dlaczego? Odpowiedź zawsze brzmiała tak samo. Bo mogłem.

Słuchała mnie z większą uwagą, niż koneserzy muzyki klasycznej koncertu w Filharmonii Narodowej. Sam nie wiem, czy mogę powiedzieć to o sobie. Choć starałem się nie stracić choćby słowa, to są całe białe plamy w moim zapisie naszych rozmów. Może nie byłoby ich, gdybym zamknął oczy.

Była piękna i nie dało się oderwać od niej wzroku. Czasem przejęta marszczyła mimowolnie brwi, innym razem zupełnie niespodziewanie zaczynała się śmiać w środku swojej opowieści, wiedząc, jak chce spuentować swoją historię. Była urocza.

Myślałem o tym wieczorem w ostatnim tygodniu przed powrotem do szkoły, kiedy telefon zagwizdał obwieszczając nową wiadomość. "Musimy się spotkać." napisała. Nie miałem pomysłu, co się mogło stać, więc do głowy przychodziły najczarniejsze scenariusze. Dwadzieścia godzin później przekonałem się, że nie stało się nic. Chciała, żebym wziął ją za rękę.


Wykorzystałem zdjęcie z unsplash.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, polub fanpage na fejsie.

Słyszy się o nich wiele, a nawet wszystko. Wszystko, co najgorsze i czego nie chciałbym o sobie usłyszeć nikt normalny. Że biją, że kradną, że najgorsi i że przez nich jest źle. Bo o tym, że jest niebezpiecznie to aż strach mówić. "Cały czas burdy, zamieszki, zniszczenia i trzeba potem płacić. Zamknąć ich wszystkich, najlepiej razem, żeby się powybijali. Tacy oni są właśnie. A skąd wiem? Już ja ich dobrze znam. W telewizji o nich słyszałem..."

Statystycznie rzecz biorąc, na tym blogu nie ma osoby, która nie słyszałaby czegoś złego o kibicach. Jedni uważają, że się ciągle biją na tych stadionach. No autentycznie nie ma meczu, żeby się nie tłukli. Wszystko rozwalają i równają z ziemią. Wiem to na pewno, przecież mówili w telewizji.

A poza tym, to oni są tymi no, jak im tam było, tymi z marszu, co drzewka powyrywali, no, faszystami! Właśnie, oni to są w ogóle diabły wcielone. Piekło tam musi być, a między nich wleźć to już kaplica. No chyba, że obklejony ładunkami wybuchowymi. A dajcie spokój, lepiej się trzymać z daleka.

I oto ja, osiemnastoletni bloger wszedłem w sam środek tego "piekła". Piekła najbardziej piekielnego jak się w Polsce da. Najbardziej znienawidzony klub, a jednocześnie od kilku lat najlepszy. Przy okazji o jego kibicach jest najgłośniej. Legia Warszawa. Żyleta. Zapraszam.

Tak było w niedzielę:
Obejrzyj nagranie powyżej. To namiastka wrażeń z trybun.

Wszystko to zaczyna się wcześniej, niż mogłoby się Wam wydawać. To nie jest tak, że o 18, równo z pierwszym gwizdkiem sędziego wchodzą kibice na trybunę i zaczynają doping. Oni są tam już od dobrych kilkudziesięciu minut, a pierwszy "śpiew" zaczyna się w chwili, gdy piłkarze wychodzą na boisko, a nawet chwilę wcześniej. Na Legii obowiązkowo śpiewa się hymn "Sen o Warszawie". Dla mnie nie jest to utwór najłatwiejszy pod względem wokalnym i przypuszczam, że dla pozostałych tysięcy facetów, którzy na Żylecie stanowią 95 procent obecnych, a jednak cały tekst słychać wyraźnie. Nikt się nie krępuje, śpiewają wszyscy. Bo jeśli nie śpiewają...

Żyleta zdecydowanie nie jest miejscem dla osób, które chcą obejrzeć każde muśnięcie piłki, dostrzec, jaką minę miał trener po bramce czy przyjrzeć się fryzurze sędziego. Nie jest też miejscem dla tych, którzy przyszli tam dla towarzystwa i skupiają się raczej na smartphonie, niż tym, co dzieje się na murawie. Nie radzę tam iść również tym, którzy chcą sobie zobaczyć, jak to jest być na meczu Ekstraklasy.

Żyleta to krzyk. Żyleta to gwizd. Żyleta to mocne słowa. Żyleta to duma. Żyleta to radość. Żyleta to wierność. Żyleta to organizacja. Żyleta to równość. Żyleta to siła.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika @jestczytelnie

Widzicie, tam nie ma przypadkowych ludzi, a jeśli są, to tylko jeden jedyny raz. Tam każdy wie, po co przyszedł i czego dziś chce, bynajmniej nie jest to oglądanie meczu. Miejsce na Żylecie to możliwość wzięcia udziału w widowisku. Nie tylko obejrzenia go, ale współprowadzenia. Trybuna, o której mówią zawodnicy niemal każdej przyjeżdżającej na Łazienkowską drużyny (również tych zagranicznych). A mówią, bo ta trybuna ma wpływ.

Na wszelki wypadek, jak pisze Kominek "dla blondi", dodam, że Żyleta to nie miejsce. Żyleta to ludzie. To tysiące pozdzieranych gardeł, ostatnie pieniądze wydane na bilet. To nocne powroty do domu. To wierność, lojalność, braterstwo. To wspólnota. Tam nikt się nie obraża, gdy usłyszy od Starucha "Co jest kurwa? Co tak cicho? Co to ma kurwa być?". Każdy wie, że nie chodzi o to, żeby go zgnoić. Te słowa padają tylko dlatego, żeby pomóc Legii jeszcze głośniejszym krzykiem. Żeby gwizdać na przeciwnika jeszcze głośniej. Żeby włożyć w to jeszcze więcej siebie.
Z ostatniej soboty.

Czy na Żylecie ktoś się bije? Nie.
Czy na Żylecie brzydko mówią? Tak, często.
Czy na Żylecie jest bezpiecznie? Tak.
Czy na Żylecie trzeba się bać? Nie.
Czy na Żylecie trzeba śpiewać? Tak.
Czy na Żylecie jest jedność? Tak.
Czy na Żylecie jest najlepiej? Tak.

To zdecydowanie najlepsze miejsce na stadionie. Choć z innych trybun widać lepiej, to nie da się ukryć, że prawdziwe emocje są właśnie na Trybunie Północnej.

Przez 90 minut meczu nie poczułem na sobie wrogiego spojrzenia, pięści czy racy (sic!). Było bezpiecznie. Równie bezpiecznie, co w sektorach położonych wzdłuż linii bocznych. Czułem się nawet lepiej, bardziej komfortowo. Na innych sektorach jeden śpiewa, drugi nie, jeden skacze, drugi nie, jeden komentuje mecz niczym Szpakowski, drugi patrzy na to krzywo. Na Żylecie tego problemu nie ma. Każdy przyszedł tam, żeby pomóc Legii wygrać mecz.

Sprawdziłem osobiście, że nie trzeba bać się pójść na Żyletę. Trzeba tylko wiedzieć, po co się tam idzie. To wszystko. "I tylko Legia, Legia Warszawa!"


Fotografie zaczerpnięte z legionisci.com oraz wp.pl. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, polub fanpage na fejsie.

Uczniowie opowiadali, co ich spotkało w drodze, i jak poznali Jezusa przy łamaniu chleba. A gdy rozmawiali o tym, On sam stanął pośród nich i rzekł do nich: Pokój wam! Zatrwożonym i wylękłym zdawało się, że widzą ducha. Lecz On rzekł do nich: Czemu jesteście zmieszani i dlaczego wątpliwości budzą się w waszych sercach? Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem. Dotknijcie się Mnie i przekonajcie: duch nie ma ciała ani kości, jak widzicie, że Ja mam. Przy tych słowach pokazał im swoje ręce i nogi. Lecz gdy oni z radości jeszcze nie wierzyli i pełni byli zdumienia, rzekł do nich: Macie tu coś do jedzenia? Oni podali Mu kawałek pieczonej ryby. Wziął i jadł wobec nich. Potem rzekł do nich: To właśnie znaczyły słowa, które mówiłem do was, gdy byłem jeszcze z wami: Musi się wypełnić wszystko, co napisane jest o Mnie w Prawie Mojżesza, u Proroków i w Psalmach. Wtedy oświecił ich umysły, aby rozumieli Pisma, i rzekł do nich: Tak jest napisane: Mesjasz będzie cierpiał i trzeciego dnia zmartwychwstanie, w imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom, począwszy od Jerozolimy. Wy jesteście świadkami tego.
Łk 24,35-48

Po Zmartwychwstaniu Jezus przychodzi do swoich uczniów po raz kolejny. Dla mnie sposób, w jaki ich pozdrawia, ma kolosalne znaczenie. Mówi "Pokój Wam!" i nie jest to odosobniony przypadek. Jezus zawsze przynosi nam pokój. Pokój serca jest jednym z Jego darów. Jestem jedną z tych osób, która docenia wartość tego prezentu. Jeśli nie należysz do tej grupy, bądź spokojny. Przyjdzie czas, że za tym zatęsknisz.

Uczniowie nie od razu rozpoznali swojego nauczyciela w mężczyźnie, który do nich mówił. Nieufny wzrok, a zarazem zdumienie na twarzach przerwał sam Jezus prozaicznym pytaniem o posiłek. Wkrótce uczniowie rozumieją, o co chodzi.

Czy z nami nie jest podobnie? Ze mną jest. Nie od razu wiem, czego Bóg ode mnie chce. Czasem musi ze mną dłużej pobyć, to znaczy: to ja muszę pobyć z Bogiem. Zjeść razem tę rybę, posłuchać Go, nie wtrącać swojego chwalenia i żalenia się.

Jezus mówi "Dotknijcie się Mnie". Nie trzeba dodawać nic. Wyciągnij rękę i dotknij.


Wykorzystałem zdjęcie z unsplash.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, polub fanpage na fejsie.

W sumie to się jeszcze dobrze nie znaliśmy. Widywałem ją często na korytarzu, ale nasze spojrzenia nigdy się nie spotkały. Nikt nas sobie nie przedstawił, żadne z nas nie kwapiło się, żeby nawiązać znajomość. Nawet nie wiem, czy wiedziała o moim istnieniu. A potem sprawy potoczyły się szybko, kiedy zrobiłem pierwszy krok. Kolejne spotkania zbliżyły nas, może nie tyle fizycznie, co jakoś tak... niewidzialnie.

Jak opisać coś, czego nie widać? Gdy była obok czułem się dobrze, wiedziałem, że oboje chcemy jak najdłużej przeciągać pożegnanie. Tematy rozmów nie kończyły się, a z drugiej strony potrafiliśmy oboje zamilknąć na dobre parę minut i żadne z nas nie traktowało tego jak nietakt czy niezręczność. Nie myślałem o niczym w czasie naszych spotkań. Potrafiłem mówić o najtrudniejszych dla mnie rzeczach z niepojętą lekkością. W ten sam sposób słuchałem jej monologów. Nie były tak długie jak moje, ale chłonąłem je, bo były dla mnie pieczęcią z napisem "Zaufanie".

I nadszedł koniec szkoły. Zrozumiałem, że nie będziemy się już widywać codziennie. Albo raczej nie zrozumiałem. Na początku lipca nie było źle, spotkaliśmy się kilka razy, byliśmy w lesie i na naszej ławce. I gdzieś jeszcze, już  nie pamiętam gdzie. Ale wreszcie przypomniała mi to, o czym mówiła jeszcze w czerwcu. "Wyjeżdżam" brzmiało zaklęcie, które zamknęło mi usta na kwadrans. Siedzieliśmy w milczeniu, oparła o mnie głowę, ujęła za dłoń. Powiedziała mi bez słów, że nie tylko ja będę tęsknił.

Przez długie dwadzieścia dni mój nastrój zmieniał się kilka razy. Na początku zająłem się tym, czym zajmowałem się w każde poprzednie wakacje. Czas spędzałem na boisku, kolejne dni upływały mi przed komputerem. Wieczorne wyjścia z kumplami zastępowały spacery po "naszych" ścieżkach. Ale gdzieś z tyłu głowy była Ona. Czasem nie miałem ochoty z nikim się widzieć i nie rozumiałem sam siebie. Dlaczego tak dużo o niej myślałem? Nie byliśmy przecież parą. Nie nazywałem jej "przyjaciółką". Ale też wcale nie chciałem, żeby nią była...

Starałem się dzwonić, ale miała taki plan dnia, że mogliśmy pogadać góra 20 minut raz na kilka dni. Smsów nie cierpiałem tak samo jak dziś, a w dodatku miała problemy z zasięgiem. Czasem na odpowiedź czekałem kilkanaście godzin. Dwudziestego dnia jej nieobecności wróciłem do domu po dziesiątej. "Coś do ciebie przyszło" usłyszałem od siostry, która wskazał mi ręką blat mojego biurka. W białej podłużnej kopercie było coś sztywnego. Znaczek zaczął się już lekko odklejać, a starannie zaklejona koperta nosiła znamiona brudnych palców. Ale to nie mogły być jej odciski. Dla niej dłonie są świętością, dba o nie najbardziej na świecie. W środku była pocztówka.

Rozerwałem niezręcznie kopertę. Nie wyszło mi to najlepiej, ale niecierpliwość była silniejsza od estetyki. Kartka była trochę inna, niż zwykłe. Nie było na niej żadnych zdjęć, a obrazek gór. Żadnych napisów w stylu "Zakopane" czy "Szklarska Poręba". Przewróciłem kartkę na drugą stronę. Była w całości zapełniona drobnym, ale bardzo zgrabnym pismem. Miejsce wydzielone na znaczek, kod pocztowy i adres skryło się pod kolejnymi zdaniami, urodzonymi jej ręką.

Pisała, że jest jej tam dobrze, że ma mało czasu, że dużo chodzi po górach i że lubi kłaść się zmęczona spać, bo czuje, że nie marnuje czasu. Że czuje się najlepiej od dawna, ale że czegoś jej brakuje. Że jest uśmiechnięta i że przeprasza, że nie odbiera telefonów. Że tęskni i już nie może się doczekać jak wróci. Że chce się wreszcie spotkać i że brakuje jej mojego przytulenia. Na końcu dopisała, że musi mi coś powiedzieć po powrocie.

Ja chyba też muszę Ci coś powiedzieć - pomyślałem ocierając mokre oko.


Wykorzystałem zdjęcie z unsplash.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, polub fanpage na fejsie.


Miałem wtedy 13 lat i się nie popłakałem, chociaż nad tą książką płakały setki starszych ode mnie. Może powinienem był uronić łzę, ale jakoś tak chciałem być twardy, twardszy od reszty i doczytać te kilkaset stron, unikając oznak wzruszenia. Nie było to łatwe. Czym innym przecież są fantastyczne przygody chłopca w okularach, a czym innym wspomnienia kobiety, która kilkadziesiąt lat temu wynosiła z getta dzieci. Pięcio-, siedmio-, dwunasto-, szesnastoletnie. Takie same jak ja. Takie, które chciały żyć jak ja. Grać w piłkę jak ja. Jeść cukierki i chodzić do dentysty jak ja. Chciałby być kochane i bezpieczne. Jak ja. Ale urodziły się Żydami w złym miejscu i złym czasie.

***

Czytając pięć lat temu "Dzieci Ireny Sendlerowej", nie spodziewałem się, że kiedykolwiek spotkam autorkę tej poruszającej książki. Okazja nadarzyła się w moim ogólniaku w zeszły czwartek. Jeden z nauczycieli zaprosił panią Annę Mieszkowską, kobietę, która miała okazję poznać Irenę Sendler i wysłuchać jej wspomnień.

Dziesięciominutowy trailer filmu, jaki powstaje o polskiej bohaterce był początkiem opowieści pani Mieszkowskiej. Nie będę streszczał tego, co opowiedziała, bo najlepszym streszczeniem czy raczej rozszerzeniem jej prelekcji (nazwa robocza) jest książka "Prawdziwa historia Ireny Sendlerowej". Nie mogę jednak nie przyznać, że te 45 minut było absolutnie wyjątkowe.

Pani Anna mówi nieco niewyraźnie, jednak nie było to powodem, żebyśmy nie wysłuchali w skupieniu i ciszy tego, co miała nam do powiedzenia. Jest to dla mnie szczególnie wymowne, bo jesteśmy normalnymi uczniami liceum - mówiąc wprost to pierwszy apel/akademia/wystąpienie/spotkanie, na którym było cicho przez całe 45 minut. Ale przecież nic nie dzieje się przypadkiem. Słowa, które płynęły z ust pisarki, były w stu procentach autentyczne, a opowieść poruszająca. To nie było błyskotliwe przemówienie, po którym wystrzeliłoby konfetti. To raczej spotkanie ze świadkiem historii, a jak wiemy świadectwo działa silniej od nauki.

Lektura książki to okazja do szczegółowego poznania historii Ireny Sendlerowej, dla mnie osobiście symbolu bohaterstwa i człowieczeństwa. Ale emocji nic nie oddaje tak jak spotkanie z człowiekiem. Przeczytaj. Może p. Annę Mieszkowską uda się zaprosić i do Twojej szkoły/miejscowości.


Fotografie zaczerpnięte z annamieszkowska.pl. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, polub fanpage na fejsie.

Przemierzając kolejny kilometr fejsbukowej ściany trafiłem na zajawkę tekstu z portalu Prawy.pl poświęconemu Polsce, rodzinie i tradycji (jak sami piszą już w nagłówku). Wspomniany wpis ma już ponad 5 tygodni i dotyczył sprawy mi nieobojętnej, a mianowicie kibiców Legii Warszawa.

W tym roku 1 marca po raz piąty obchodziliśmy Dzień Żołnierzy Wyklętych. Poza licznymi eventami organizowanymi na miejskich skwerach, placach, deptakach, poza biegami, apelami pamięci czy tematycznymi lekcjami historii w szkołach (głęboko wierzę, że gdzieś takie się odbywają), w polskim życiu publicznym jest jeszcze miejsce, gdzie pamięć o Niezłomnych odbija się szerokim echem. To miejsce to trybuny na największych stadionach w kraju nad Wisłą.

W weekend przypadający najbliżej 1 marca (w tym roku 1III był w niedzielę) kibice piłkarskich klubów Ekstraklasy przygotowują oprawy poświęcone Żołnierzom Wyklętym. Być może fani klubów z rozgrywek niższego szczebla również coś organizują, ale nie mam na ten temat żadnej wiedzy. W każdym razie - co roku "coś się dzieje". W tym roku oprawa kibiców Legii wyglądała tak:
Cokolwiek nie powiecie, robi wrażenie, a odśpiewanie wszystkich czterech zwrotek hymnu zasługuje na szacunek. Dla porównania piłkarze przed meczami reprezentacji Polski śpiewają jedną lub co najwyżej dwie i żeby niektórych lekko uszczypnąć dodam, że na dwóch meczach naszych Biało-Czerwonych, na których byłem, kibice również nie pokusili się o pełną wersję (biję się w pierś - ja także nie). Taka jest różnica między kibicami reprezentacji, a kibicami Legii (przypuszczam, że pozostałych drużyn Ekstraklasy też). Wróćmy jednak do sedna sprawy.

Problematyki rac na trybunach zapewne nikomu przedstawiać nie trzeba. Są nielegalne, tymczasem kibice nadal je odpalają i bądźmy sprawiedliwi - dopóki nimi nie rzucają na boisko i w siebie nawzajem, to nic złego się nie dzieje. Oprawy za to, również patriotyczne, wyglądają o wiele efektowniej i milej dla oka.

W tekście pani Anny Wiejak, który w całości przeczytacie w tym miejscu [portal Prawy.pl - kliknij], czytamy "Komisja Ligi Ekstraklasy SA ukarała Legię Warszawa karą 5 tys. zł za przepiękną, wzruszającą patriotyczną oprawę ku czci Żołnierzy Wyklętych, jaką zorganizowali na stadionie kibice klubu. Otóż stwierdziła ona, że wniesienie na trybuny środków pirotechnicznych, które posłużyły do podświetlenia oprawy, było nielegalne.". O ile z tą częścią się jak najbardziej zgadzam, to w kolejnym akapicie jest "O skandalicznej decyzji komisji jako pierwszy poinformował portal Legionisci.com.". Pojęcia nie mam o tym, kto pierwszy poinformował o tej decyzji komisji, ale gdzie tutaj jest skandal?

Faktycznie wniesienie na trybuny środków pirotechnicznych było nielegalne. Ustawa o organizacji imprez masowych zabrania używania środków pirotechnicznych, czyli również rac. Na tym polega prawo, że jest nieuchronne i tylko wtedy może poprawnie działać, więc przy całej sympatii dla Legii i szacunku dla działań kibiców - kara była słuszna. Co innego za to myślę o przepisach, które wydają się absurdalne, zwłaszcza, że dziś race wciąż płoną, tylko kluby tracą pieniądze, a kibice muszą się bardziej napocić przy ich wnoszeniu i używaniu. Więc jeszcze raz - przepis jest durny, ale kara była słuszna, a nie skandaliczna, ponieważ okolicznością łagodzącą w takiej sprawie nie powinien być patriotyczny charakter oprawy. Przepis jest - raca jest - kara jest. Gdyby pierwszy czynnik nie wystąpił, nie mielibyśmy i ostatniego.

O skandalicznej karze można powiedzieć w przypadku transparentu, jaki kilka lat temu wywiesili kibice Lechii Gdańsk. Jego treść "17.09.1939 czwarty rozbiór Polski" uznano za godną grzywny i karę wymierzono.
Choć wartości, z jakimi identyfikuje się portal Prawy.pl, nie są mi obce, a nawet mogę powiedzieć, że odgrywają istotną rolę w mojej osobistej hierarchii, to tekst na temat kibiców Legii i kary za użycie rac był zbyt emocjonalny, a przez to nieobiektywny. To niełatwa sztuka, żeby pisać o tym, co bliskie sercu, w sposób racjonalny i trzeźwy. Do takiego pisania trzeba dojrzeć. 


Fotografie zaczerpnięte z legionisci.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, polub fanpage na fejsie.

Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia, tam gdzie przebywali uczniowie, gdy drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich: Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz /domu/ i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż /ją/ do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg mój! Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej książce, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc mieli życie w imię Jego.
J 20,19-31

Chyba każdy zna ten fragment Ewangelii. Tyle razy przytaczany na kościele czy nawet na katechezie i tyle razy podkreślane niedowiarstwo Tomasza. A jednak zrobił on coś, by Jezusa spotkać. Co takiego? Zaraz sprawdzimy.

Pierwsza sprawa: Jezus przychodzi do uczniów absolutnie niespodziewanie i znienacka. Wyraźnie jest napisane, że pomimo drzwi zamkniętych przychodzi do uczniów, którzy zalęknieni przebywali w wieczerniku. Od razu nasuwa mi się myśl, że tak samo przychodzi do nas. Czasem będąc w najgłębszym dołku, zamknięci i wystraszeni odkrywamy obecność Boga. Odkrywamy Go niespodziewanie w chwili, w której spodziewalibyśmy się najmniej. Bóg tymczasem nie czeka, aż otworzymy Mu drzwi, tylko czeka na naszą... wiarę. To ona sprawia, że doświadczamy Boga, jednak...

Jednak Bóg jest Bogiem, a człowiek człowiekiem i, jak na człowieka przystało, on chciałby dotknąć, zobaczyć na własne oczy, usłyszeć. I Bóg przychodzi tak, jak po ośmiu dniach do Tomasza. Pokazuje Mu się i mówi "jestem". Dlaczego więc nie każdy Go widzi? Różnica jest taka, że Tomasz za drugim razem był z pozostałymi w wieczerniku. Wielu z nas już tam nie wraca i kiedy Bóg się pokazuje, to nie mamy możliwości Go zobaczyć. Mój imiennik szukał nawet wtedy, gdy nie mógł przezwyciężyć swojego niedowiarstwa. "Szukajcie, a znajdziecie!" pisze ewangelista Łukasz. Święty Tomasz Apostoł szukał i odnalazł swojego Pana i Boga.

Nawet jeśli nie potrafisz uwierzyć Bogu "na słowo", wróć do wieczernika i czekaj, aż przyjdzie po raz kolejny. Przyjdzie na pewno.


Zdjęcie zaczerpnięte z unsplash.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, polub fanpage na fejsie.

Nie miałem pojęcia, jak mam się zachować, gdy będę już w środku. Przecież tam mogło być zupełnie inaczej, niż u mnie, może tam są inne zwyczaje, może buty zdejmuje się przy drzwiach, a nie w przedpokoju, a najgorzej, to że nawet nie wiem, czy będziemy siedzieć sami. Chociaż chyba ma swój pokój, ale może będą chcieli z nami pogadać. Właśnie, jej rodzice. To dopiero zagadka. Co oni sobie o mnie pomyślą? Jak się ubrać? Może byłoby prościej wybrać, gdyby była zima czy chociaż jesień albo wiosna. Ale w lato, kiedy za oknem żar leje się z nieba? Spodenki chyba krótkie, chociaż może to niestosowne, ale przecież zagotuję się w jeansach. A na górę? Koszula na krótki rękaw? To będzie eleganckie. Ale i komiczne.

Przed pierwszą wizytą w jej domu zastanawiałem się tak długo, co powinienem włożyć na siebie i co mnie spotka po wejściu do jamy lwa, że ostatecznie wyszedłem jak stałem, żeby przynajmniej się nie spóźnić.

Droga minęła mi w mgnieniu oka. Mijając wszystkie młode matki z wózkami, pryszczatych wyrostków na placu i dwóch brzuchatych chłopców toczących się za biegającą piłką, zastanawiałem się, czy czegoś nie zapomniałem. Gdy stanąłem u wrót jej domu do głowy przyszła mi myśl, że nie mogłem niczego zapomnieć, bo niczego nie potrzebuję. Poprawiłem włosy jak w amerykańskiej komedii romantycznej i nacisnąłem na brązowy przycisk dzwonka. Spodziewałem się odgłosów zbiegania po schodach, tymczasem zaskoczyła mnie cisza. Długa, a przynajmniej taka mi się wydawała. Spojrzałem zaniepokojony na zegarek - byłem punktualnie. Brunatne drzwi zaskrzypiały i zobaczyłem uchylającą się klamkę.

W oczekiwaniu na to, kogo ujrzę w drzwiach, zapomniałem o oddechu i dość zabawnie wypuściłem powietrze, gdy zobaczyłem, że to Ona. Uśmiechem zareagowała na mój komiczny początek wizyty i objęła mnie za szyję. Rozejrzałem się po jasnym przedsionku i wszedłem za Nią do korytarza.
- Dzień dobry - powiedziałem głośno, może nawet za głośno do rodziców, których lokalizacji nie udało mi się jeszcze ustalić.
- Dzień dobry - odpowiedziała jakby rozśmieszona moją przejętą miną. Spojrzałem na nią pytająco i swoimi roześmianymi oczami dała mi odpowiedź - byliśmy sami.

- Dokąd idziemy? - spytałem, widząc, że zmierza ku schodom.
- Do mnie. I tych schodów jeszcze trochę będzie.

Pokój miała piękny. Niezbyt wysoki, choć wyższy od mojego. Ale mimo wszystko wydawał się duży - jasne ściany, ogromne okno i strumień światła docierający niemal w każde miejsce. Biurko miała zwykłe, tu i ówdzie okleina była podrapana, a na drzwiach od szafki widziałem ślady po naklejkach. Pościelone łóżko było nakryte kocem, a w kącie stał fotel zagracony pluszakami wszelkiej maści. Na regale stały książki. Nie było ich zbyt wiele, głównie lektury, ale znalazłem kilka kingów.

- Napatrzyłeś się? Chodź do mnie, usiądź - była cholernie konkretna, mówiła, czego chce wprost, nie można było jej nie zrozumieć. Usiadłem kawałek od niej i utkwiłem wzrok w plamie na jasnym panelu. Sam nie wiedziałem, co mi się stało, że nie zacząłem pierwszy rozmawiać. Wiedziałem, że patrzy na mnie tą wiosenną zielenią spod roztrzepanej grzywki czesanej na bok, ale uparcie nie odwracałem głowy. Zgarbiłem się i w tym samym momencie Ona przechyliła się w moją stronę. Poczułem coś na policzku. A potem ogromne ciepło, spokój i radość. Wszystko na raz, wszystko mocno i wszystko przez to.

A potem zrobiła to po raz kolejny, złapała mnie za szyję i powiedziała, że się stęskniła. Tego dnia spóźniłem się do domu o rekordową liczbę godzin. Nigdy nie żałowałem.


Zdjęcie zaczerpnięte z unsplash.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, polub fanpage na fejsie.

Wielkanoc kojarzy się zazwyczaj z pójściem do kościoła jeden raz - w sobotę przed południem z koszyczkiem. W koszyczku mamy jajka, kiełbasę, sól, chleb, ciasto. Różne rzeczy mamy w koszyczku, w kościele stawiamy na stół, na którym stoi już trochę koszyczków sąsiadów, co jakiś kwadrans, może trochę dłużej, ksiądz wychodzi z kropidłem, błogosławi i wreszcie można iść do domu. Tak wygląda ta kościelna część świąt, co nie?

Nie dla mnie. Od dobrych paru lat, Wielkanoc to nie tylko Wielkanoc, ale całe Triduum Paschalne. W czwartek pamiątka ustanowienia Eucharystii, w piątek śmierć Chrystusa i adoracja krzyża i wreszcie sobota - Wigilia Paschalna - Zmartwychwstanie. Nie, nie święconka. To właśnie wieczorna Msza, która powinna być odprawiana po zmroku, jest kulminacją świąt Zmartwychwstania Pańskiego. Na tej Mszy celebrans śpiewa pierwsze od czterdziestu dni "Alleluja", ta Msza rozpoczyna okres zwykły w roku liturgicznym. To jest najważniejsza Msza w roku dla każdego katolika. Pamiętajcie o tym, obojętnie, czy wierzycie, czy nie. Niech nikt Wam nie wmówi, że od pasterki to już ważniejszego nic nie ma. Jest. Dziś. Koniec części informacyjnej. Czas na życzenia.

Jezus Chrystus został ukrzyżowany i zmartwychwstał, czym dał nam szansę na życie wieczne. Pełen radości z tego powodu, chcę życzyć Wam, Drodzy Czytelnicy, aby w Waszym życiu nigdy nie zabrakło miłości. Wiele rzeczy składa się na to, co nazywamy ja i Ty szczęściem, ale cokolwiek mamy, nigdy nie zastąpi nam to miłości. Jest bezwzględnie najważniejsza.

Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę,
i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił.
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.
I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie,
lecz miłości bym nie miał,
nic bym nie zyskał.  
Szeroko polecany w kręgach chrześcijańskich film "Bóg nie umarł" odbił się wśród katolików w Polsce sporym echem. Wiele osób oglądało, wielu porwał, niektórzy opiewali z zachwytu. Tematyka trudna, bo taką koncepcję łatwo spłycić. A jednak niemal wszyscy moi znajomi polecali dzieło Harolda Cronka. Czy słusznie?

Trafiamy na kampus amerykańskiego uniwersytetu wraz z Joshem (Shanem Harperem), który przy rejestracji zwraca na siebie uwagę krzyżykiem na szyi. Niezrażony ostrzeżeniami przed niewierzącym profesorem trafia na pierwszy wykład wstępu do filozofii. Naturalnie między panami zachodzi konflikt interesu i rozpoczyna się walka - Bóg umarł czy nie?

Osią fabuły są zmagania Josha z nieprzychylnym profesorem Radissonem, w którego wcielił się Kevin Sorbo. Nie zabrakło jednak wątków pobocznych, które w sposób wyjątkowo prosty kreślą nam postacie wierzące i niewierzące. Nie zdradzę Wam zakończenia, ale część z nich zmieni swój pogląd na istnienie Boga. Ale csiii, przecież nie rzucę spoilerem już w trzecim akapicie.

Choć Joshowi nie jest łatwo, los stawia przed nim kolejne przeszkody, to nie poddaje się. Zaskoczyła mnie, niestety nie zbyt pozytywnie, jednolitość tego bohatera. Naturalnie, ogromna wiara pozwala czynić rzeczy dla większości niemożliwe, jednak w filmie "Bóg nie umarł" wszystko dzieje się dla mnie zbyt szybko, zbyt płytko, nie widać tam możliwości innego zakończenia, niż to, które następuje po ponad stu minutach lekkiego, jednak zbyt prostego seansu.

Pomysł na film czy może raczej na samą historię jak najbardziej mi się podoba. Ale reżyser nie podołał zadaniu niespłycania takiej tematyki - poszło lekko, gładko i wygodnie, a w przypadku takiego tematu chyba nie powinno. W zasadzie od samego początku wiedziałem, jak skończy się fabuła, mimo że nie przeczytałem żadnej recenzji, ulotki, nie widziałem trailera i słyszałem wyłącznie, że to "super film".

No cóż, opowieść piękna. Obrona wiary, wierność swoim wartościom, jasno ustalone priorytety. Świetnie jest wprowadzać to w życie. Poglądy młodego studenta nie są mi obce, ale sam film nie zrobił na mnie większego wrażenia. Zabrakło mi chwili, gdy mógłbym pokibicować bohaterowi i w myślach krzyczeć "Josh, odpowiedz coś na ten argument!". Liczyłem na więcej.