Imaginarium #3

Leave a Comment
Zapomniałem z domu kluczy, bo nie chciałem się spóźnić jak ostatnim razem. Wybiegłem, ale opamiętałem się już w połowie polnej dróżki. Przecież nie będę z nią spacerował spocony. Zwłaszcza, że dziś mieliśmy iść w nowe miejsce. Ale o tym wiedziała tylko jedna osoba i byłem nią ja sam.

- Cześć! Znowu biegłeś? - przywitała się obejmując mnie na moment trwający na tyle krótko, że nie zdążyłem poprosić w myśli o to, żeby ta chwila była dłuższa. Rozgryzła mnie. Wie, że mi na niej zależy. Przecież nie biegłbym do byle kogo.
- Skądże - potwierdziłem przekornie, uśmiechając się na znak, że odkryła kolejną małą tajemnicę. - Dziś idziemy w nowe miejsce.

Na pytanie "dokąd?" odpowiedziałem tylko, że zobaczy i że powinno jej się spodobać. Na początku poszliśmy tą samą drogą, co do lasu, ale potem skręciliśmy i przeszliśmy chodnikiem aż do głównej drogi. Po drugiej stronie piaszczysta ścieżka wskazywała cel naszego spaceru, choć nie było jeszcze widać, gdzie dokładnie go skończymy. W obłokach kurzu wznoszonego wraz z naszymi krokami rozmawialiśmy o wydarzeniach ostatniego tygodnia. Oboje przygotowywaliśmy się do egzaminów, lecz nie mieliśmy pojęcia o tym, czego uczyło się to drugie. Ale to było bez znaczenia. Wystarczył nam głos, którego brakowało przez ostatnie siedem dni. Głos niezmącony wrzaskiem dzieci z pierwszej klasy, głos nieprzerwany witającymi się znajomymi, głos, którego nie zagłuszają dzwonki.

Idąc ścieżką pomiędzy lasem a polem doszliśmy do miejsca, gdzie las zamieniał się z kukurydzą miejscami i powoli kończył. Na jego skraju stał drewniany stół i dwie rozwalające się ławki. Na zszarzałym oparciu ktoś napisał "Nie rzucać petów!". Cienki blat nosił znamiona obecnej niegdyś żółto-niebieskiej ceraty, z której zostały już tylko strzępy w miejscach, gdzie widniały pordzewiałe gwoździe. Odwróciłem się i spojrzałem na nią. Nie mogła oderwać wzroku od otaczającej przyrody. Samochody były ledwo słyszalnym tłem dla muzyki, jaką wygrywała orkiestra ptaków i owadów. Tuż obok jej szarego rękawa usiadła osa. Dotknąłem ramienia i intruz odleciał, a ona zadziwiająco cierpliwie odwróciła głowę w moją stronę. Zabrałem szybko rękę, obawiając się, że pomyśli sobie, że zbliżam się zbyt szybko i zbyt blisko. Usiedliśmy okrakiem na ławce twarzami do siebie. Słońce znów z nami współpracowało. Oboje zamknęliśmy oczy, a kiedy otworzyliśmy je okazało się, że nasze głowy są tuż obok siebie. Oparła się czołem o moje i znów widzieliśmy tylko ciemność. Nie było ptaków, nie było owadów, nie było słońca, ciepła, wiatru, ani wszystkiego, co było jeszcze przed chwilą. Myślałem tylko o tym, żeby się nie odsunąć.

c.d.n.


Zdjęcie zaczerpnięte z unsplash.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, polub fanpage na fejsie.
Next PostNowszy post Previous PostStarszy post Strona główna

0 komentarze:

Prześlij komentarz