Imaginarium #2

Leave a Comment
Słońce opadało powoli niczym pyłek dmuchawca. Promienie dosięgały jeszcze naszych twarzy, ale zdążyły już osłabnąć na tyle, żebyśmy włożyli kurtki. Byliśmy umówieni na 19. Pisałem coś wcześniej, grałem, traciłem czas, może poza lekcją gitary. Ona uczyła się na klasówkę z biologii. Ta nauka nie mogła jej wyjść, jeśli myślała o mnie tyle, co ja o niej. Ale może nie myślała.

Nie spóźniłem się, ale i tak szedłem na tyle szybko, że zdążyło mi się zrobić ciepło, gdy przemierzałem zapiaszczony chodnik. Nowe buty uwierały lekko w stopy. Przyszły dzień wcześniej. Była na miejscu prawie równo ze mną. Nie śpieszyła się ani trochę, pozwalając mi przyjrzeć się, co dziś włożyła. A włożyła nic, co by się wyróżniło z jej garderoby. Jeansy, skórzaną kurtkę i trampki.

Nie podejdę dalej, niż się umówiliśmy - myślałem, nie chcąc się zdradzić ze swoją ogromną tęsknotą. Jeśli odgadła moje uczucia, to grała na nich równie dobrze jak na fortepianie na ostatnim koncercie - zwolniła dochodząc do przystanku, aby ostatecznie zatrzymać się metr przede mną z grobową miną. Spojrzała mi w oczy, a ja zobaczyłem, że walczy, żeby się nie roześmiać.
- Dzień dobry - powiedziała wreszcie.
- Dzień dobry - odrzekłem, nie mogąc oderwać się od zielonych migdałów, w których wciąż skakały iskry. - Jakie plany na dziś?
Proszę, niech powie, że idziemy do lasu jak ostatnio, proszę. Ostatnio było tak... inaczej. Bliżej.
- Ty jesteś planem. 

Bez słowa ruszyliśmy w stronę wejścia w alejkę drzew, skąd było już blisko do naszej polany. Uśmiechała się i dostrzegłem to jeszcze zanim minęliśmy pierwszą, "graniczną" sosnę. Jakiś ptak śpiewnym głosem ogłaszał, że słońce spadło o kolejny stopień, gdy byliśmy już w centrum leśnej metropolii. Od blisko kwadransa błądziliśmy jakby bez celu po labiryncie ścieżek, kiedy odezwała się po raz pierwszy.

- Brakowało mi ciebie.

Nie mogłem uwierzyć w słowa, które płynęły z jej ust. Powiedziała wolno, wręcz dobitnie, ale było to tak wyjątkowe, że jawiło się jako para wodna, zapach, jako złudzenie. Czysta ulotność.

- Bardzo mi ciebie brakowało - dodała cichszym głosem. Pomyślałem, że jest smutna, ale stanęła nagle w miejscu i zmusiła mnie do tego samego. Prawy kącik jej ust drgnął na moment w górę. Wciąż milcząc, pozwoliłem naszym oczom na spotkanie. Nie mrugając, wytrzymaliśmy wzajemne spojrzenie, aż odwróciła się o kilkadziesiąt stopni. Nie zawtórowałem jej, chcąc, żeby spojrzała mi w oczy jeszcze raz. Spojrzała. Wyciągnąłem do niej dłoń i wstrzymałem oddech.

- Mogę? - zapytałem.
- Musisz - odpowiedziała i podała mi rękę.


Next PostNowszy post Previous PostStarszy post Strona główna

0 komentarze:

Prześlij komentarz