Jakiś czas temu wydawało mi się, że nie jestem w stanie nie jeść słodyczy. Słodyczy były naturalną częścią mojej diety, bardzo przyjemną, o ile nie najprzyjemniejszą i serwowaną zdecydowanie za często. Próbowałem kiedyś zdobyć się na jakieś postanowienie, żeby sobie odpuścić trochę tych pyszności i wytrzymałem... ja wiem, dwa dni?
Brak silnej woli. It's simple. Przyzwyczaiłem się do tego, że codziennie zjadam batonika, czekoladę, no przynajmniej cukierka. Zawsze jest dobra okazja, zawsze dobry powód, a że na wadze wciąż nie ma wyniku zatrważającego, to czemu miałbym się przejmować? Jest dobrze, jak jest - myślałem.

Ale nie jest dobrze, jak jest. Dlaczego? Bo było niezdrowo? A skąd? Bo wydawałem więcej kasy? gdzieżby. Bo miałem wyrzuty sumienia? Nie żartuj. Nie jest dobrze, jak jest, bo może być lepiej. Jak mantra powraca do mnie zdanie "Doskonałość wymaga ciągłych zmian.". Genialne, co nie? Ze słodyczami w jadłospisie było dobrze, ale teraz jest jeszcze lepiej. Jest lepiej, bo daję sobie świetnie radę bez nich od przeszło miesiąca! A pamiętam, jak nie mogłem wytrzymać 3 dni.

I wiecie co? Nie brakuje mi ich. Nie cieknie mi ślina, gdy widzę, że ktoś kończy drugą tabliczkę czekolady czy otwiera Snickersa. Odmówić sobie swoich ulubionych niegdyś przysmaków jest dziś normalne jak zawiązać rano buty. Po prostu - przyzwyczaiłem się.

I o te przyzwyczajenia właśnie chodzi. Jesteśmy w stanie przyzwyczaić się do wszystkiego. Można mieć kamień w bucie, można mieć wiecznie otartą stopę, mrugającą żarówkę czy pędzące tiry o 2 nad ranem kilkanaście metrów od uchylonego okna. I można nauczyć się układać stopę w wygodny sposób, można przyzwyczaić się do denerwującego bólu, można nauczyć się czytać przy niestałym świetle, można spać jak suseł. Przyzwyczajamy się i to jest siłą człowieka - kiedy przechodzimy na automat, wszystko wydaje się łatwiejsze. Czytanie. Bieganie. Spanie. Jedzenie. Niejedzenie. Niewydawanie. Modlitwa. Od najprostszych rzeczy po najtrudniejsze - siłą człowieka, jest siła nawyku.

PS. Ciekawe, co mi o tym powie "Siła nawyku" czekająca na Kundleku.


Zdjęcie zaczerpnięte z unsplash.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, polub fanpage na fejsie.

Przeczytałem dziś wpis u MajkOnMajka (tutaj)  i muszę przyznać, że się z nim zgadzam - Fejz jest cienki. Tym, którzy nie kojarzą Fejza przedstawię go chyba najkrócej jak się da - syn Magika. Nagrał pierwszy klip i z opisu wynika, że promuje nadchodzącą płytę. Zupełnie szczerze powtórzę za Majkiem - kawałek jest słaby i choć może przypominać niektórym styl ojca nastolatka, to jest to marna kopia, a jeśli nie kopia, to marne podobieństwo. Fejz ojcu nie dorównał i nic nie wskazuje na to, żeby miało mu się to udać.

Pierwszy akapit to esencja tego, o czym dziś powiem - zmorą dzieci sławnych rodziców są ich... rodzice. Fejz spróbował sprawdzić się w profesji ojca, ale siłą rzeczy nigdy nie uniknie do niego porównań. Jestem nawet skłonny uwierzyć w to, że to jego pasja i że wcale nie chce się ścigać z ojcem, ale... Piotr Łuszcz był lub nie był wybitnym artystą, na pewno nie można zaprzeczyć, że ma znaczący wpływ na rozwój polskiej sceny rap. Ale mimo wszystko, w zasadzie cokolwiek by zrobił, to nie uniknie 3 rzeczy: hejtu ze względu na ojca, propsów ze względu na ojca i porównań na ojca. O ile od pierwszych dwóch rzeczy można spróbować się odciąć, to ta trzecia będzie męczyć przez całą karierę.

Podobnie męczy na przykład Kubę Koseckiego, który szarpie się w polskiej lidze słuchając kolejnych dziennikarzy, którzy przypominają, że jego ojciec w tym wieku przenosił się już do Galatasaray. Ile to już było komentarzy, że ojciec więcej strzelał, że ojciec lepiej grał. I pewnie to prawda, ale szczerze mówiąc nie chciałbym nigdy słuchać takich porównań.

Podsumowując te nieco wleczące się rozważanie - największą bolączką dzieci sławnych ludzi są niekończące się porównania do rodziców. Trudno wypaść w nich dobrze, a przy są cholernie denerwujące.

PS. Fejz wypuścił kolejny klip. To z pewnością nie ma nic wspólnego z twórczością Magika, ale nadal jest słabe. 


Zdjęcie zaczerpnięte z unsplash.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, polub fanpage na fejsie.

Znaczna część spośród Was wie, że Minus 3 dioptrie nie były jedynym blogiem, jaki prowadziłem i jak w ostatnim czasie zamknąłem. Nieco wcześniej przedwczesną śmiercią zakończyła się Foską, na której poruszałem tematy związane z wiarą. Stałym punktem były cotygodniowe rozkminy nad Ewangelią z danej niedzieli. Na Jest Czytelnie jest miejsce również na taką serię. Nazwijmy ją imieniem nieżyjącego już bloga. Przedstawiam Wam Foskę.

***

Wśród tych, którzy przybyli, aby oddać pokłon /Bogu/ w czasie święta, byli też niektórzy Grecy. Oni więc przystąpili do Filipa, pochodzącego z Betsaidy Galilejskiej, i prosili go mówiąc: Panie, chcemy ujrzeć Jezusa. Filip poszedł i powiedział Andrzejowi. Z kolei Andrzej i Filip poszli i powiedzieli Jezusowi. A Jezus dał im taką odpowiedź: Nadeszła godzina, aby został uwielbiony Syn Człowieczy. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. A kto by chciał Mi służyć, niech idzie na Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec. Teraz dusza moja doznała lęku i cóż mam powiedzieć? Ojcze, wybaw Mnie od tej godziny. Nie, właśnie dlatego przyszedłem na tę godzinę. Ojcze, wsław Twoje imię. Wtem rozległ się głos z nieba: Już wsławiłem i jeszcze wsławię. Tłum stojący /to/ usłyszał i mówił: Zagrzmiało! Inni mówili: Anioł przemówił do Niego. Na to rzekł Jezus: Głos ten rozległ się nie ze względu na Mnie, ale ze względu na was. Teraz odbywa się sąd nad tym światem. Teraz władca tego świata zostanie precz wyrzucony. A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie. To powiedział zaznaczając, jaką śmiercią miał umrzeć.
J 12,20-33

Fragment jest długi, ale zatrzymam się nad kilkoma zdaniami, które spodobały mi się najbardziej. "Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity." Ile razy już chciałem coś osiągnąć i chciałem to zrobić bez żadnych wyrzeczeń. Najlepiej napisać bloga, uczyć się 7 języków jednocześnie i do tego dołożyć sobie osiem różnych zajęć dodatkowych, 15 spotkań ze znajomymi tygodniowo i coś jeszcze. Tak się nie da. Nie można być spontanicznym i jednocześnie mieć wszystko zaplanowane. Nie można być w dwóch miejscach na raz. Wszystko wymaga pewnej ofiary, poświęcenia, obumarcia. Wzrost duchowy, wzrost intelektualny, wzrost fizyczny. Żeby coś mieć, trzeba coś stracić.

"Teraz dusza moja doznała lęku i cóż mam powiedzieć? Ojcze, wybaw Mnie od tej godziny. Nie, właśnie dlatego przyszedłem na tę godzinę." Kiedyś złapałem się na tym, że byłem zmęczony w trakcie drogi krzyżowej w kościele. I nie modliłem się o to, żebym miał siłę, tylko o to, żeby jak najszybciej skończyło się nabożeństwo, żebym mógł pójść do domu. Często chcemy uciec od wyzwań, od bólu, od zmęczenia, od trudu. A Jezus mówi "I co mam teraz powiedzieć? Boże, pomóż! Nie, po to przyszedłem, żeby walczyć z tym, co dostałem od życia.". I Ty przyszedłeś po to samo.


Zdjęcie zaczerpnięte z lightstock.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, polub fanpage na fejsie.
Zapomniałem z domu kluczy, bo nie chciałem się spóźnić jak ostatnim razem. Wybiegłem, ale opamiętałem się już w połowie polnej dróżki. Przecież nie będę z nią spacerował spocony. Zwłaszcza, że dziś mieliśmy iść w nowe miejsce. Ale o tym wiedziała tylko jedna osoba i byłem nią ja sam.

- Cześć! Znowu biegłeś? - przywitała się obejmując mnie na moment trwający na tyle krótko, że nie zdążyłem poprosić w myśli o to, żeby ta chwila była dłuższa. Rozgryzła mnie. Wie, że mi na niej zależy. Przecież nie biegłbym do byle kogo.
- Skądże - potwierdziłem przekornie, uśmiechając się na znak, że odkryła kolejną małą tajemnicę. - Dziś idziemy w nowe miejsce.

Na pytanie "dokąd?" odpowiedziałem tylko, że zobaczy i że powinno jej się spodobać. Na początku poszliśmy tą samą drogą, co do lasu, ale potem skręciliśmy i przeszliśmy chodnikiem aż do głównej drogi. Po drugiej stronie piaszczysta ścieżka wskazywała cel naszego spaceru, choć nie było jeszcze widać, gdzie dokładnie go skończymy. W obłokach kurzu wznoszonego wraz z naszymi krokami rozmawialiśmy o wydarzeniach ostatniego tygodnia. Oboje przygotowywaliśmy się do egzaminów, lecz nie mieliśmy pojęcia o tym, czego uczyło się to drugie. Ale to było bez znaczenia. Wystarczył nam głos, którego brakowało przez ostatnie siedem dni. Głos niezmącony wrzaskiem dzieci z pierwszej klasy, głos nieprzerwany witającymi się znajomymi, głos, którego nie zagłuszają dzwonki.

Idąc ścieżką pomiędzy lasem a polem doszliśmy do miejsca, gdzie las zamieniał się z kukurydzą miejscami i powoli kończył. Na jego skraju stał drewniany stół i dwie rozwalające się ławki. Na zszarzałym oparciu ktoś napisał "Nie rzucać petów!". Cienki blat nosił znamiona obecnej niegdyś żółto-niebieskiej ceraty, z której zostały już tylko strzępy w miejscach, gdzie widniały pordzewiałe gwoździe. Odwróciłem się i spojrzałem na nią. Nie mogła oderwać wzroku od otaczającej przyrody. Samochody były ledwo słyszalnym tłem dla muzyki, jaką wygrywała orkiestra ptaków i owadów. Tuż obok jej szarego rękawa usiadła osa. Dotknąłem ramienia i intruz odleciał, a ona zadziwiająco cierpliwie odwróciła głowę w moją stronę. Zabrałem szybko rękę, obawiając się, że pomyśli sobie, że zbliżam się zbyt szybko i zbyt blisko. Usiedliśmy okrakiem na ławce twarzami do siebie. Słońce znów z nami współpracowało. Oboje zamknęliśmy oczy, a kiedy otworzyliśmy je okazało się, że nasze głowy są tuż obok siebie. Oparła się czołem o moje i znów widzieliśmy tylko ciemność. Nie było ptaków, nie było owadów, nie było słońca, ciepła, wiatru, ani wszystkiego, co było jeszcze przed chwilą. Myślałem tylko o tym, żeby się nie odsunąć.

c.d.n.


Zdjęcie zaczerpnięte z unsplash.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, polub fanpage na fejsie.
Czasem dzień jest beznadziejnie przegrany już w południe, kiedy uwalisz dwa sprawdziany, wściekły kierowca zachlapie Ci garnitur, a przed wyjściem z domu pokłócisz się z mamą. W szkole porażka, w domu porażka i nawet w oczach dziewczyn porażka, no bo co można sobie pomyśleć o jakimś niechluju w brudnym garniturze.
Porażki są i możemy z nimi walczyć, ale zniwelować do zera się nie da. Każdemu coś się czasem nie udaje i trzeba z tym żyć. Ale czy każdy ma z tego powodu przegrany dzień? Śmiem twierdzić, że nie.

Kiedy coś istotnego, coś dużego nie wyjdzie, lekarstwem są małe rzeczy. Takie drobne codzienne kwiatki, które nikogo nic nie kosztują, a daję bezcenny uśmiech w najwłaściwszym momencie. Jestem prawie pewien, że każdy takie kwiatki dostaje, a na sto dziesięć procent mówię: każdy może takie kwiatki dać.

To głupoty, błahostki, a zmieniają postrzeganie dnia. Uśmiech obcej dziewczyny w autobusie. "Miłego dnia" powiedziane przy wyjściu w cukierni. Komplement od kumpla czy koleżanki. Wreszcie pytanie "Chcesz szafkę na górze?" przypadkowego kolegi na siłowni. To parę przykładów naprawdę błahych rzeczy, które zmieniają dzień na lepsze. Nie potrzeba wiele, żeby się uśmiechnąć. A uśmiech to już coś!

Zrób komuś dzień. Powiedz mu, że świetnie wygląda. Zapytaj, czy pomóc z torbą. Uśmiechnij się do nieznajomego. Zostaw napiwek. W parę chwili zmienisz dwa dni - czyjś i swój.

Szczęśliwi, którzy nauczyli swoje dzieci cieszyć się drobnymi rzeczami.
Jeremias Gotthelf

Zdjęcie zaczerpnięte z unsplash.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, polub fanpage na fejsie.
Czasem łatwiej ćwiczyć przez miesiąc codziennie, niż jednego dnia przez pięć minut.

Nie chodzi o to, że wydarzyło się coś, co zabrało czas na trening. Albo że zmogła choroba czy nawet kontuzja. Takie przerwy są uzasadnione i w pewnym sensie wniosek, jaki zaraz wysnuję je omija.

Łatwiej jest ćwiczyć przez miesiąc codziennie godzinę, niż zebrać się do samej rozgrzewki po tygodniowej przerwie spowodowanej lenistwem. Wciąż piszę o wysiłku fizycznym, ale w sprawach intelektualnych jest tak samo. Jeśli uczysz się samemu bez presji sprawdzianów w szkole czy na uczelni, to każdy dzień nieplanowanej przerwy oddala od celu i nie dlatego, że tego jednego dnia nie zrobisz tego, co zaplanowałeś, ale przede wszystkim dlatego, że jutro będzie jeszcze trudniej zebrać się do roboty. Pierwszy dzień lenistwa rodzi kolejny.

Nie rób sobie przerw. Nie usprawiedliwiaj się. Nie migaj. Życie i tak sprawi, że kiedyś nie zrobisz tego treningu, że kiedyś odpuścisz sobie kolejną lekcję norweskiego, że kiedyś nie rozwiążesz łamigłówki matematycznej i nie ma powodu, żebyś omijał codzienną dawkę rozwoju "bo Ci się nie chce". Systematyczność jest Twoją przyjaciółką, czy tego chcesz, czy nie.

Zdjęcie zaczerpnięte z unsplash.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, polub fanpage na fejsie.

Nie odzywałem się trzy dni, ale udało mi się wreszcie wrócić. Sporo było nauki od soboty, ale znalazłem chwilę, żeby obejrzeć ten film na youtube. Jeśli jeszcze nie widziałeś, to zerknij chociaż na minutę lub dwie. Więcej nie potrzeba, bo akcja ciągle się zapętla.
Internet jest oburzony zachowaniem tego chłopca, Marcina zdaje się. Zupełnie inaczej patrzą na to pozostali oczekujący w kolejce przez katowickim spodkiem. Widać, że świetnie się bawią jak dzieciak jedzie po jakimś starszym typie. Ten obrażany zachował nawet spokój, bo w sumie to nie zrobił nic jak na ilość bluzgów, jakie zebrał. Swoją drogą jakby tego Marcina dotknął, to chyba by go zlinczowali fani małego szaleńca. Internet się burzy, szkoła przeprasza i nawet zawiadomione są odpowiednie organy (policja, prokuratura czy ktoś tam jeszcze).

Czy do tego musiało dojść? Pewnie nie, ale jak widać rodzice nie wywiązali się z obowiązku wychowania syna. Ja wiem, że ulica wychowuje i deprawuje, a nawet że możliwe jest, że rodzice tego chłopca nigdy przy nim nie zaklęli. Ale co z tego, skoro nie znają własnego syna? Mówię, że nie znają, bo zakładam, że gdyby wiedzieliby, jak się zachowuje, to skorygowali by jego zachowanie.

Można wiele złego wywnioskować o rodzicach, według mnie nawet więcej, niż o tym chłopcu. Ale z całą pewnością najwięcej złego (na podstawie tego nagrania) trzeba powiedzieć o pozostałych czekających w kolejce. To ich aprobata, a nawet doping pobudził tego dzieciaka do takiego zachowania. Jestem pewien, że żaden z nich nie chciałby usłyszeć takich słów we własnym kierunku, a jednak nikt mu nie powiedział, że robi źle. Wręcz przeciwnie. Nie wymagam empatii dla tamtego bruneta, który stał z założonymi rękoma, nie wiedząc co robić, ale każda z osób, które tam były jest odpowiedzialna za zachowanie Marcina. To, które było i to, które będzie. Bo będzie na pewno.

Zdjęcie zaczerpnięte z flickr.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, polub fanpage na fejsie.
Słońce opadało powoli niczym pyłek dmuchawca. Promienie dosięgały jeszcze naszych twarzy, ale zdążyły już osłabnąć na tyle, żebyśmy włożyli kurtki. Byliśmy umówieni na 19. Pisałem coś wcześniej, grałem, traciłem czas, może poza lekcją gitary. Ona uczyła się na klasówkę z biologii. Ta nauka nie mogła jej wyjść, jeśli myślała o mnie tyle, co ja o niej. Ale może nie myślała.

Nie spóźniłem się, ale i tak szedłem na tyle szybko, że zdążyło mi się zrobić ciepło, gdy przemierzałem zapiaszczony chodnik. Nowe buty uwierały lekko w stopy. Przyszły dzień wcześniej. Była na miejscu prawie równo ze mną. Nie śpieszyła się ani trochę, pozwalając mi przyjrzeć się, co dziś włożyła. A włożyła nic, co by się wyróżniło z jej garderoby. Jeansy, skórzaną kurtkę i trampki.

Nie podejdę dalej, niż się umówiliśmy - myślałem, nie chcąc się zdradzić ze swoją ogromną tęsknotą. Jeśli odgadła moje uczucia, to grała na nich równie dobrze jak na fortepianie na ostatnim koncercie - zwolniła dochodząc do przystanku, aby ostatecznie zatrzymać się metr przede mną z grobową miną. Spojrzała mi w oczy, a ja zobaczyłem, że walczy, żeby się nie roześmiać.
- Dzień dobry - powiedziała wreszcie.
- Dzień dobry - odrzekłem, nie mogąc oderwać się od zielonych migdałów, w których wciąż skakały iskry. - Jakie plany na dziś?
Proszę, niech powie, że idziemy do lasu jak ostatnio, proszę. Ostatnio było tak... inaczej. Bliżej.
- Ty jesteś planem. 

Bez słowa ruszyliśmy w stronę wejścia w alejkę drzew, skąd było już blisko do naszej polany. Uśmiechała się i dostrzegłem to jeszcze zanim minęliśmy pierwszą, "graniczną" sosnę. Jakiś ptak śpiewnym głosem ogłaszał, że słońce spadło o kolejny stopień, gdy byliśmy już w centrum leśnej metropolii. Od blisko kwadransa błądziliśmy jakby bez celu po labiryncie ścieżek, kiedy odezwała się po raz pierwszy.

- Brakowało mi ciebie.

Nie mogłem uwierzyć w słowa, które płynęły z jej ust. Powiedziała wolno, wręcz dobitnie, ale było to tak wyjątkowe, że jawiło się jako para wodna, zapach, jako złudzenie. Czysta ulotność.

- Bardzo mi ciebie brakowało - dodała cichszym głosem. Pomyślałem, że jest smutna, ale stanęła nagle w miejscu i zmusiła mnie do tego samego. Prawy kącik jej ust drgnął na moment w górę. Wciąż milcząc, pozwoliłem naszym oczom na spotkanie. Nie mrugając, wytrzymaliśmy wzajemne spojrzenie, aż odwróciła się o kilkadziesiąt stopni. Nie zawtórowałem jej, chcąc, żeby spojrzała mi w oczy jeszcze raz. Spojrzała. Wyciągnąłem do niej dłoń i wstrzymałem oddech.

- Mogę? - zapytałem.
- Musisz - odpowiedziała i podała mi rękę.



Miło mi ogłosić, że już po raz drugi mam okazję wziąć udział w Share Week, bodaj najbardziej życzliwej akcji w blogsferze, przynajmniej polskiej. Wymyślił ją Andrzej Tucholski z bloga dla Odważnych Marzycieli (jestkultura.pl). Przejdźmy więc do rzeczy - kogo polecę w 2015?


Trafiłem do niego na początku swojej przygody z blogowaniem, czyli w wakacje 2013 roku. Jego sztandarowym pomysłem, ale zdecydowaniem nie jedynym, jest seria "Raperzy czytają", która regularnie przyciąga na jego bloga kolejnych czytelników. Poza świetnym gustem muzycznym i cotygodniowymi recenzjami książek znajdziecie u niego dziesiątki opisanych filmów i to, co podoba mi się najbardziej - lekkie, ale celne podejście do rzeczywistości. Idealny dla początkujących biegaczy. Rozwija się z każdym miesiącem. Publikuje codziennie. Swoje dziecko traktuje profesjonalnie. Przekonajcie się.


To absolutny unikat - w świecie opływającym w hedonizm i szeroko pojęty brak zahamowań ktoś zgłębia istotę bycia gentelmanem i robi to naprawdę dobrze. Wachlarz tematów związanych z samorozwojem mężczyzn, a do tego fachowe podejście do tematu. Lekcja savoir vivre'u, gruntownie przygotowane posty, starannie wyselekcjowane tematy wpisów. Klasa. Styl. Gentelman.


Share Week to tylko jeden z wielu wartych uwagi pomysłów Andrzeja. Ogromną zaletą Jest Kultury jest wielość tematów, jakie znajdziecie u Tucholskiego. Dla mnie jednak najlepsza jest atmosfera - bloga dla Odważnych Marzycieli jest blogiem dla... Odważnych Marzycieli. Andrzej pokazuje, że niemożliwe staje się możliwe. Nie bez kozery jest uznawany za blogera ze znaczącym wpływem na czytelników. I to jest dobry wpływ.

To moje 3 typy na 2015 rok. Share Week dopiero się zaczyna. Jeśli jesteś blogerem - weź udział. Warto się dzielić wartościową treścią. 5!


Zdjęcie zaczerpnięte z unsplash.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, polub fanpage na fejsie.
Mimo że pisałem o zmianach w niejednym poście, to jednak przenosiny na Jest Czytelnie zaskoczyły większość z Was, choć wspominałem o tym niejednokrotnie w prywatnych rozmowach. Wydawało mi się, może inaczej - przewidywałem, że opuści mnie wielu z Was, gdy zmienię nazwę, wygląd, domenę. Miło mnie zaskoczyliście, bo nie jest aż tak źle!

Nie oceniam lajków na fejsie - nie ma co oszukiwać - większość polubień, to polubienia z zaproszeń powysyłanych przez życzliwych Czytelników. Za to również dziękuję! Ale dla mnie najważniejsi jesteście Wy - Unikalni Użytkownicy. Przez ten tydzień na Jest Czytelnie pojawiło się ich ponad 300, a więc tylko trochę mniej, niż na Minus 3 przez cały luty.

Realnie oceniam, że co najmniej połowa z moich "trzystu" to randomowi podróżnicy po kolorowym świecie Internetu, ale choćby Was - wiernych Czytelników było 50, to warto pisać dalej. Dziękuję, że jesteście dalej ze mną i niech to się nie zmienia. Widzimy się jutro w tym samym miejscu. 5!


Zdjęcie zaczerpnięte z unsplash.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, polub fanpage na fejsie.
Pisałem co najmniej dwukrotnie o malutkich kuleczkach, w których zamknięta jest przeszłość. Pierwszy raz opisałem je tutaj, a następnie przypomniałem Wam o jednej z nich w tym miejscu. Dziś pokażę Wam kolejną, nieco inną od pozostałych.

Jest ósma trzydzieści i właśnie idę do szkoły. Żeby tradycji stało się zadość drogę do przystanku autobusowego przebywam w tempie szybszym, niż planowałem. Udało się - zdążyłem na autobus i jeszcze nawet go nie widać na asfaltowym horyzoncie. Jest chwila wytchnienia, chwila na głęboki, czysty oddech marcowym powietrzem. Wydaje się chłodne, ale nie przeszkadza mi to w niczym, bo promienie słońca muskają przyjemnie moje policzki i nos. Wiatr pachnie wiosną. Drzwi autobusu otwierają się a moja mała kuleczka zamyka.

Ale otwiera się z powrotem, gdy tylko wysiadam na przystanku przy szkole. Stopa spotyka się z krawężnikiem, a nozdrza z tym cudownym bezbarwnym środkiem, który jest kluczem do malutkiej kuleczki z przeszłością w środku. Przypomina się wiosna. Jedna, druga, trzecia, kolejna. Już nie jeden moment, nie jeden dzień czy okres przychodzi do głowy, ale cała seria niepoukładanych chronologicznie wydarzeń, którym towarzyszyło to samo rześkie, sycące powietrze.

Uczucie, kiedy stajesz ze zmrużonymi oczami i patrzysz, jak popołudniowe promienie grają cieniem na skraju lasu. Wszystko wydaje się jaśniejsze, pełniejsze, po prostu lepsze. Czujemy, że możemy więcej. Spać będziemy krócej. Więcej będziemy chodzić, a mniej jeździć. Będziemy się śmiać. Bawić. Uśmiechać. Głęboko do szaf wepchniemy kurtki, a swetry poczekają aż do wakacyjnych wyjazdów w góry. Marzenia wyglądają na możliwe do spełnienia. Problemy maleją. A pomysłów przybywa.

Tyle zmienia jedna malutka kuleczka. A przecież mam w niej tylko powietrze.

Zdjęcie zaczerpnięte z unsplash.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, polub fanpage na fejsie.
Obiecałem recenzję, czy raczej "tekst o" "Trans-Atlantyku" Gombrowicza, który cytowałem poprzednim razem i chodzi mi to cały czas po głowie, więc uzbrójcie się w cierpliwość - na pewno się doczekacie. Tymczasem sięgam po klasykę literatury XX wieku, czyli "Sto lat samotności" Gabriela Garcii Marqueza. Choć do końca powieści jeszcze kilkaset stron, to już dziś dzielę się tylko dwoma zdaniami. O bogactwie treści tego cytatu przekonajcie się sami.

Któregoś popołudnia ojciec Nicanor przyniósł pod kasztan szachownicę i pudełko z pionkami, by zaprosić Josego Arcadia Buendię na partię warcabów. Ten jednak odmówił, gdyż jak stwierdził, nigdy nie mógł pojąć sensu walki pomiędzy przeciwnikami, którzy zgadzają się co do zasad.
Gabriel Garcia Marquez - Sto lat Samotności 

Cześć Wam! Wczoraj pisałem dla Moich Kochanych Czytelniczek, a facetów odesłałem do domu, ale dziś chcę się trochę zrewanżować i dać Wam coś bardziej męskiego. Zastanawiałem się, czym może być zainteresowany mężczyzna, który trafi na Jest Czytelnie. Czym w ogóle powinien być zainteresowany ktoś, kto mówi o sobie "mężczyzna"? Wielu odpowiedzi mogę się spodziewać, a to, że motoryzacją, a to, że sportem, a ktoś jeszcze powiedziałby, że na pewno kobietami. Z całą pewnością jednak powinien mieć na uwadze męskość i to o niej dziś porozmawiamy.

Od czego zacząć pisanie o męskości? Przekornie odpowiem, że od Szkoły Dam. Hal Kozłowska napisała, że zdecydowanie wolałaby Dzień kobiecości w miejsce Dnia Kobiet. Oczywiście od razu pomyślałem o nas - mężczyznach. A kiedy jest Dzień męskości? Która to kartka z kalendarza? Znacie już odpowiedź, prawda?

Codziennie. Każdego dnia powinniśmy świętować Dzień męskości, panowie. Tylko co to znaczy świętować? W Święto Pracy nie pracujemy, w Dzień Kobiet traktujemy je szczególnie, w Dzień Energetyka energetycy mają wolne. To co - w Dzień męskości leżymy z piwem przed telewizorem, a Dzień męskości jest przecież codziennie, więc... ? Nic bardziej mylnego.

Męskość trzeba pielęgnować. Podlewać i wystawiać na promienie słońca, żeby rosła. Wrzucać na jak najżyźniejszy grunt, a wreszcie wyrywać chwasty, żeby otrzymać okaz godny podziwu, który da wspaniały kwiat.

Ale co to jest ta męskość? Można się spierać o to, jakie ubrania są męskie, jakie zachowania są męskie, jakie fryzury są męskie, jakie słowa są męskie i wreszcie jacy faceci są męscy.

Męskość to zespół cech, które winien rozwijać w sobie każdy osobnik, który chce nazwać się "mężczyzną". To szczerość. Poszanowanie cudzych wartości. Empatia. Umiejętność dotrzymywania słowa. Punktualność. Prawdomówność. Męskość to szacunek do drugiego człowieka. Asertywność. Własny program - wartości i wierność im. Męskość to duma, ale również pokora. Takt. Wyrozumiałość. Stanowczość. Dobroć. Sztuka prowadzenia konwersacji. Odpowiedzialność. Męskość to dbanie o siebie - swój wygląd, higienę. Rozwój fizyczny, intelektualny, duchowy. Męskość to klasa.

To zestawienie wywiera na mnie niemałe wrażenie. Nie mogę określić siebie każdą z tych cech. Brakuje mi z pewnością nie jednej i nie dwóch. Nie jestem tak punktualny, jakbym chciał. Nawet ten post piszę przed północą, zamiast po południu. Czyli nie jestem mężczyzną, tak?

Jestem pewien, że Ty też znajdziesz powyżej coś, czego Ci jeszcze brakuje. Możesz spytać tak samo jak ja - czy jestem mężczyzną?

Męskość to zespół cech, ale te cechy, to ideał. Do ideałów trzeba dążyć, do ideałów trzeba się porównywać, ale nie myśl, że ktoś już osiągnął ten ideał. Męskość bowiem, to również praca nad sobą i nad swoimi chwastami, które nie pozwalają Ci przypisać sobie tych wszystkich przymiotów.

Zabrzmi to chyba konserwatywnie, ale mężczyzna to ten, który pracuje. Pracuje nad własnym charakterem, czyli nad własnym życiem, a więc i życiem swojej rodziny, przyjaciół, znajomych i każdego napotykanego człowieka. 

Jestem mężczyzną. A Ty?


Zdjęcie zaczerpnięte z unsplash.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, polub fanpage na fejsie.
Moi Kochani Czytelnicy, musicie mi wybaczyć. Musicie mi wybaczyć, bo dziś chcę Was odesłać do domu i zająć się wyłącznie Moimi Kochanymi Czytelniczkami, wszak nie jest tajemnicą, że dziś 8 marca - Dzień Kobiet!

Moje Kochane Czytelniczki, czego mógłbym Wam życzyć? Czego ja - facet mogę życzyć Wam-kobietom? Przecież wszyscy wiemy, że nie wiemy o Was nic, ale wiemy już, że uwielbiacie od nas kwiaty. I wszyscy wiemy, że mówicie coś innego, niż myślicie, ale jeszcze czegoś innego chcecie. I dla nas zupełnie niemożliwym jest odgadnąć, o co Wam chodzi. Jesteście kompletnie niezrozumiałe i dziwne. A w tym wszystkim najlepsze na świecie.

Nie wyobrażam sobie życia bez Was. Choćbym nawet nie pisał bloga, to co to za życie bez kobiet? Ach, zaraz pomyślicie, że taki ze mnie szowinista i że tylko pranie i gotowanie mam na myśli. Ależ skąd! Zwyczajnie chcę powiedzieć, że nic na tym świecie nie może dać mężczyźnie tyle szczęścia, co kobieta. I nic tak nie motywuje jak kobieta. I nic nie manipuluje!

Ale jakiż to byłby świat bez Was? Nudny, wstrętny i w ogóle bez celu. To kobiety uczą nas wrażliwości. To Wy pokazujecie, czym jest cierpliwość i wytrwałość. I drobiazgowość! To Wy opiekujecie się nami i sobą z największą dbałością. I nas tuczycie! To wszystko Wy.

I czego może życzyć takim istotom facet? A niech mnie - pojęcia nie mam. Pieniędzy, tylko bez przesady, żebyście mogły robić coś poza wydawaniem. Uśmiechu, bo cóż może być ponad uśmiech kobiety? Radości i spełnienia marzeń - to pierwsze powinno wynikać z drugiego, ale może je również poprzedzać. Samych sukcesów i niech motywują do dalszej pracy. A przy tym dużo wolnego czasu. I tego, co najważniejsze - miłości. Wspaniałej. Młodzieńczej. Dojrzałej. Spokojnej. Szalonej. Namiętnej. Odważnej. Szczerej. Jedynej. Płomiennej. Szanującej. Wytrwałej. Prawdziwej. 

I zdrówka, bo zdrówko najważniejsze!

Całusy.

PS. Zrób swojej kobiecie raz w roku niespodziewany Dzień kobiet 2. Kup jej tulipana, daj buziaka i ciesz się jej uśmiechem.

Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, polub fanpage na fejsie.

PS2. Zapomniałem powiedzieć Wam, jaki dostałyście prezent - z okazji Waszego święta otwarto legendarną drugą linię metra!

Śmiejąc się beztrosko zbliżyła się i na moment mnie objęła. Zapach jej włosów przypominał do złudzenia poziomki, a pojedyncze wciąż wilgotne pasma upewniły mnie, że myła włosy tuż przed wyjściem z domu. Chciałem powiedzieć, że się przeziębi, ale od ponad miesiąca wiosna z każdym dniem coraz bardziej przeobrażała się w lato. Słońce przez całe popołudnia ogrzewało roześmiane twarze dzieci na placu zabaw.

- To dokąd idziemy? - radośnie zapytała. Nie miałem pojęcia, co odpowiedzieć, bo mój plan o pozostaniu w towarzystwie wrzeszczących brzdąców i ich matek siedzących na ławkach wokół piaskownicy rozpłynął się jak dym, który mówi, że świeca przed chwilą płonęła. Zapach i dotyk porwały mnie do szybkiej zmiany miejsca spotkania.
- Dokądkolwiek chcesz, o ile będzie to las - odpowiedziałem z uśmiechem na twarzy. Wpatrzona w moje źrenice przez kilka sekund pozostawała w bezruchu. Jej zielone tęczówki błysnęły i roześmiała się:
- Zawsze taki jesteś! Dajesz mi wybór, ale jest tylko jedna opcja i wychodzi tak, jak chcesz - zawiesiła swój zarzut w powietrzu, czekając co z nim zrobię. Ale nie zrobiłem nic. Odwróciłem się o dziewięćdziesiąt stopni i postąpiłem o krok w przód.
- Zgadza się. Taki właśnie jestem.

Przez ponad kwadrans opowiadała o swojej wycieczce i wszystkich kawałach, jakie jej koledzy zrobili nauczycielkom.
- Wściekła się nie na żarty, ale pewnie jej przejdzie - zakończyła u progu lasu, kiedy zostawiliśmy pierwszą parę pachnących sosen za sobą. Zieleń wokół nas przybierała na sile, a moje adidasy pierwszy raz od dawna nie taplały się w błocie podczas zwiedzania ulubionej ścieżki.
- Tam ostatnio widziałem sarnę  - pokazałem ręką w prawą stronę, gdzie drzewa rosły nieco rzadziej. W dali znajdowała się jakaś polana, jednak była w tej części lasu, której jeszcze nie zwiedziłem. Znane mi ścieżki prowadziły do siebie nawzajem, plątały się wiele razy i tworzyły labirynt, w którym nie dało się zgubić, bowiem idąc konsekwentnie którąkolwiek z nich nie można było wyjść z lasu.
- Byłeś tam?
Uniosła lekko brwi, kiedy potrząsnąłem głową. W jej źrenicach odbił się cień zadowolenia, satysfakcji, jakby udało jej się znaleźć mój słaby punkt.
- A myślałam, że byłeś już wszędzie w tym lesie. Hej, czemu się nie odzywasz?

Spojrzałem na jej delikatne dłonie i nieuczesane włosy, które samowolnie układał wiatr na jej okrągłej twarzy. Odgarnęła je tak swobodnie, że poczułem jej zaufanie. Nabrała powietrza w usta i przez moment wyglądała małe dziecko, które udaje rybę lub chomika. Poczułem lekki wiatr na przedramionach, który przyniósł znów zapach poziomek. Może to nie szampon - pomyślałem, kiedy dźgnęła mnie w bok i wyrwała z letargu.

- Zasnąłeś? Starzejesz się. A ja jestem jeszcze dzieckiem! Ha, staruch!

Nawet nie wiesz jak bardzo - pomyślałem, choć dzieliło nas tylko kilkanaście miesięcy. Była piękna. Idealnie czysta, jakby w ogóle nieskażona tym światem. Była.

c.d.n.

Zdjęcie zaczerpnięte z unsplash.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, polub fanpage na fejsie.
Mam taką ciekawą podkładkę pod kubek, którą dostałem od koleżanki. Nie ma na niej wyjątkowo żadnego obrazku, zero wzorków. Jest tylko napis na turkusowym tle "Nas geniuszy jest mało".
Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika @minus_3

Myślałem sobie o tym i oczywiście pierwsze skojarzenie to "głupie przechwałki", później nieco bardziej naukowo "co za megalomania", a ostatecznie do głowy poszedł impuls, że ta podkładka jest zwyczajnie nieskromna.

O ile pod megalomanię nadal mogę to podpisać, choć mam na myśli jedynie pozytywne tego słowa znaczenie - poczucie wyjątkowości, to nie uważam już tego ani za głupie, ani za przechwałki, ani nawet za nieskromne.

Bo kto to jest geniusz? Dla jednej Einstein, dla drugiego Szopen, a dla jeszcze kogoś tam Kamil Stoch. Geniuszem jednak może być... każdy. Wszyscy mamy talenty, trzeba tylko je odkryć i rozwijać. Pewnie słyszeliście to już tysiąc razy, więc nie będę Wam od początku tłumaczył, że możecie zajść tak daleko, jak chcecie. Jest o tym cała masa książek, bynajmniej nie zamierzam ich tutaj przepisywać.

Ale skoro każdy może być geniuszem, to dlaczego "nas geniuszy jest mało"? No dobrze, wróćmy jeszcze na moment do naszych Koperników i Pitagorasów. Jak myślicie - jaki odsetek populacji stanowią "geniusze"? Niewielki. Bardzo niewielki. Iście elitarny. Dlaczego?

Nas geniuszy jest mało, bo niewiele osób odkrywa to, co chce robić, co robi dobrze, a spośród nich niewiele to robi na tyle, by stać się geniuszem. Geniuszem w oczach innych, bo w środku każdy z nas nim jest. Trzeba tylko to odkryć.

Masz teraz weekend. Zrób coś, żeby powiedzieć "nas geniuszy jest mało", zamiast myśleć jak zwykle "ich geniuszy jest mało". Wszyscy jesteśmy geniuszami. Tylko, że jest nas mało.
Źródło: Tumblr

Już od dobrych kilkunastu miesięcy mam coś w rodzaju obrzydzenia do telewizji. Jedyne, co przechodzi mi lekko i bez wyrzutów sumienia to wszelkiego rodzaju mecze i w razie potrzeby muzyka z Eski, choć fajerwerków tam nie znajdę. Raz na jakiś czas włączę sobie jednak coś "do obiadu". I tym oto sposobem miałem przyjemność obejrzeć jakiś serwis informacyjny. Po mocy politycznych sporów, wiadomości nt. wojny na Ukrainie i arcywiarygodnych sondażach przedwyborczych prowadzący podał newsa ze świata szeroko pojętej rozrywki.

Oto jakaś rosyjska celebrytka przefarbowała swojego kota na różowo. Narobiła z nim zdjęć, powrzucała je na fejsa. Próba zaistnienia się udała... kot zmarł. Rosjanka użyła jakiejś tam farby (z tego co zrozumiałem, to zwykłej) i toksyny zabiły kota [jak coś przeinaczam, to mnie popraw, ale wydaje mi się, że tak to było]. W każdym razie zwierzę zdechło. I jak zwykle w takich sytuacjach ekolodzy wszczęli protest i zbierają podpisy pod jakąś petycją, żeby wsadzić do więzienia tę celebrytkę. Życzę powodzenia. Pomysł był faktycznie idiotyczny, ale czego spodziewać się po gwiazdach?

Bardziej zaskoczył mnie drugi wspomniany incydent. Ulubieniec trzynastolatek całego świata Justin Bieber dostał na dwudzieste pierwsze urodziny małpkę. Takie małe maleństwo, dla mnie identyczne jak to z "Piratów z Karaibów". Naturalnie pan gwiazda pochwalił się prezentem, zaprosił małpę na salony (ciekawie to brzmi, prawda?), zrobił sobie z małpą zdjęcie, dał kumplom pomiziać małpę i... pozbył się małpy. Świat jest oburzony zachowaniem Biebera. Ale jak to? Jak on mógł oddać ją do schroniska? Przecież będzie jej tam smutno.
Zdjęcie. Małpki. Źródło: eska.pl

A co miał z nią zrobić? Przecież nie będzie z nią jadać śniadań, nie będzie się z nią bawić i nie będzie z nią zasypiać. Pokazał się z prezentem, wykorzystał go, żeby narobić trochę szumu i oddał do schroniska. Ładnie się zachował, że zapewnił jej schronisko, a nie wywiózł gdzieś do Lasu Kabackiego, gdzie upolowaliby ją warszawscy gimnazjaliści. Zastanowić się zawczasu powinien ten, kto małpę wręczał. Podarunek niewątpliwie był oryginalny, ale jego wyjątkowość przegrywa pojedynek z niepraktycznością. Wiele osób ma psa i żałuje, że go ma, a co dopiero małpę? Zamiast przynosić kapcie, to by fajki podbierała.

Dawanie komuś na urodziny takiego zobowiązania jak zwierzę jest podłe. Przecież to pakowanie znajomego w kłopoty. No chyba, że ma już kolekcję 100 gołębi i dostaje kolejnego, wtedy to co innego. Gdybym dostał małpę na urodziny, to też bym ją oddał. I tak ich tyle wokoło.
Źródło: redisbad.pl
Dwa lata temu, będąc w ostatniej klasie gimnazjum, prowadziłem lekcję historii na temat Żołnierzy Wyklętych z wyszczególnieniem Witolda Pileckiego. Mówiłem niecałe 45 minut i jeśli mnie pamięć nie myli, to większość informacji czytałem z kartki, a w tle była prezentacja składająca się głównie ze zdjęć. Tak naprawdę nikt w mojej klasie nie miał bladego pojęcia, o czym ja mówię. Wysłuchali po koleżeńsku, nagrodzili brawami, ale prawdopodobnie ta wiedza, którą starałem się zaprezentować, uciekła im szybko i bezpowrotnie. Nauczyciel ze mnie marny.
To był 2013 rok i temat Żołnierzy Wyklętych wydawał mi się niemal ezoteryczny - spośród moich kolegów i koleżanek tylko nieliczne, bardzo nieliczne grono potrafiło powiedzieć coś na ten temat. Dlaczego? Wtedy winiłem Ministerstwo Edukacji i zdania chyba nie zmienię, bo o ile się nie mylę, to jedyna i bardzo powierzchowna wzmianka o Wyklętych jest w podręczniku w szkole średniej. Rzecz jasna pod koniec tego podręcznika, dokąd niejednokrotnie nauczyciel nie dochodzi, a uczeń nie zagląda.

Bieg pamięci Żołnierzy Wyklętych #Wilczym#Tropem

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika @minus_3

O złym już powiedziałem, czas powiedzieć o dobrym. Wraz ze zmianą szkoły na ogólniak, zauważyłem wielu młodych ludzi interesujących się historią Polski. Ktoś w koszulce z rtm. Witoldem Pileckim czy wilkiem i podpisem "Żołnierze Wyklęci" nie jest już ewenementem. Ogromny wpływ na to ma rozwój i promocja marek odzieżowych takich jak Red Is Bad czy Surge Polonia. Te dwa brandy są chyba najpopularniejszymi nauczycielami historii w Polsce, przynajmniej wśród młodych.
1 marca powoli przestaje być anonimową datą. Serce rośnie, gdy setki ludzi we wszelakim wieku przychodzą w niedzielę na główną ulicę miasta i pomimo zaledwie kilku stopni biorą udział w biegu pamięci Żołnierzy Wyklętych. Jeszcze bardziej cieszę się, gdy trafiam na osoby żywo zgłębiające ten temat. W Kościele, w telewizji, wreszcie w Internecie przez akcje takie jak zmiana zdjęcia profilowego słychać o naszej najmłodszej historii.
Nie ma na co narzekać. Są apele, biegi, pokazy filmów, wystawy, Msze okolicznościowe, oprawy na meczach piłkarskich i inne wydarzenia, które przypominają temat przez tyle lat zakazany. Powoli nabieramy świadomości swojej historii. Wierzę, że potrafimy się na niej uczyć.
Źródło: niezalezna.pl