Sensem dnia jest uśmiech drugiego człowieka

Leave a Comment
Źródło: Flickr
Mam ostatnio takie poczucie, że czas jest jak woda i przecieka mi przez palce. Jest to bardzo mylne, bo kiedy woda się leje, to można wziąć wiadro i trochę złapać. Czas jest absolutnie nieuchwytny i bezcenny, dlatego od jakiegoś czasu staram się jak najlepiej nim dysponować.

Wychodząc do szkoły byłem przekonany, że... stracę czas. Nie dlatego, że będzie trzeba się uczyć. Wręcz przeciwnie, właśnie dlatego, że dziś lekcje będą nieco nieco luźniejsze, niż zwykle i miałem do siebie pretensje - możesz ten czas wykorzystać lepiej! Jakaś siła, a może przyzwoitość, zaprowadziła mnie jednak do placówki i szkolny dzień się zaczął. Część lekcji mnie wcale nie zainteresuje - przewidywałem i się w swoich sądach nie pomyliłem.

Po jaką cholerę więc poszedłem do tej szkoły? Mogłem ten czas wykorzystać lepiej. Jestem tego pewien teraz, gdy piszę te słowa. Przez te 7 godzin można było się nauczyć o wiele więcej. A jednak moje przedpołudnie, południe i kawałek popołudnia miały sens. Jaki?

Myślałem, że od tego dnia nie dostanę nic. Ale nie pomyślałem ani przez chwilę, że sam mogę coś dać.

Pisałem już półtora roku temu, że sensem życia jest życie innych. Na co dzień zdarza mi się jednak o tym zapomnieć. A przynajmniej o szerszym znaczeniu tych słów. Wychodziłem z domu poirytowany, bo nie wpadłem na to, że mogę zmienić dzień. Jeśli nie swój, to czyjś.
Źródło: dreamstime.com
Wracając już ze szkoły, lekko zmęczony i rozgrzany po grze w siatkówkę wsiadłem do autobusu naszej wspaniałej ciechanowskiej komunikacji miejskiej. Wehikuł toczył się ulicami miasta już dobre pięć minut, gdy większość pasażerów wysiadła i w przedniej części pojazdu zostałem tylko ja i kobieta z dwoma małymi córeczkami. Miały może ze 3 lata, no jedna mogła mieć z 5. Nie więcej. To okropny wiek - nie lubię takich dzieci, bo jestem zbyt niewyrozumiały i niecierpliwy, żeby się z nimi bawić, a pogadać z takimi potworkami najczęściej się jeszcze nie da. Rodzina siedziała na siedzeniach po mojej lewej, a ja stałem i opierając podbródek o prawą pięść, patrzyłem na zachowanie dziewczynek.

Siedziały grzecznie, rozglądając się ciekawie, a mama starała się pilnować jednocześnie obu swoich córek, żeby nie spadły z siedzeń. Przyglądałem się im tak długo, aż wzrok młodszej spotkał się z moim. Byłem ciekaw, co zrobi, bo spotkałem się z różnym reakcjami dzieci na spojrzenie prosto w oczy. Uśmiechnąłem się do niej. Najpierw nieznacznie, potem szeroko. Ku memu zaskoczeniu - dziewczynka (nazwijmy ją Elizka) odwzajemniła uśmiech podwójnie. Zaczęła się śmiać pod nosem. Na moment przestała i zrobiła śmieszną minę, na co ja odpowiedziałem wytkniętym językiem. Elizka znów się roześmiała tak, że jej mama spytała, co ją tak bawi. Cała sytuacja musiała wyglądać komicznie dla ludzi jadących z tyłu autobusu, a żeby było jeszcze zabawniej, Elizka nie powiedziała swojej mamie, o co chodzi, tylko odczekała chwilę i rozpoczęła teatrzyk od nowa. Tym razem zabawą w komików zainteresowała się jeszcze jej siostra i tak przez kolejne kilkaset sekund wygłupialiśmy się we trójkę. Mama Elizki i jej siostry nie zorientowała się do samego końca z czego dziewczynki toczą bekę. Wysiadłem na swoim przystanku uśmiechnięty od ucha do ucha.

Ktoś tego dnia uśmiechnął się dzięki mnie. Nie znam Elizki i pewnie nigdy nie poznam, ale może to był jej jedyny uśmiech 10 lutego. A nawet jeśli był jednym z tysiąca, to warto było wyjść po 7 z domu, żeby przed 16 ją rozśmieszyć.

Sensem dnia jest uśmiech drugiego człowieka. Przesadzone? Być może, ale radość drugiego człowieka jest wystarczającym powodem, żeby oderwać się od własnego ego, a nawet nauki. W końcu książki nie uciekną, a Elizki już mogę nie spotkać. To był dobry dzień.
Next PostNowszy post Previous PostStarszy post Strona główna

0 komentarze:

Prześlij komentarz