Nie było mnie prawie tydzień i nie mam dobrych wieści - tracąc Internet, utonąłem w książkach! W głowie mi teraz tylko Karol Młot, Pepin Krótki, Bizancjum, Mahomet, Karol Wielki i Alkuin, a do tego Lalka. Ostatnim tchem zdążyłem w weekend zgłębić trochę "Trans-Atlantyk" Gombrowicza. Jest to o tyle ciekawa pozycja, że pomijając wszystko, co autor miał na myśli pisząc to dzieło, śmieszy niemal do łez. Gdy tylko przebrnę przez wczesne średniowiecze i pozytywizm podrzucę Wam tekst o "Trans-Atlantyku", tymczasem łapcie jeden z moich ulubionych fragmentów.

- Ratujcież mnie – wrzasnął Pyckal – toż ja go tu biję, a ten się z łapą pcha, a przecie ja większego Kretyna, Bałwana na oczy swoje nie widziałem, co się pchasz, co się wtrącasz? - Zabraniam – krzyknął Baron. - Zakazuję! Ciumkała, krzykiem przestraszony, zawstydził się, rękę dużą do kieszeni wsadził i w kieszeni ręką grzebać zaczął; ale zaraz zawstydził się grzebania swego i ze wstydu swego udał, że czegoś po kieszeniach szuka; czem jeszcze bardziej Barona, Pyckala rozwścieczył. - Czego tam szukasz, gamoniu – krzyknęli – czego szukasz, gapie, czego szukasz!

Witold Gombrowicz - Trans-Atlantyk 
Źródło: Flickr

Trudno nazwać ten piękny dzień "świętem", a jeśli już to chyba Świętem Otyłości. To ostatni czwartek karnawału i w Polsce (przyznaję, nie wiem, czy gdziekolwiek indziej na świecie również) przyjęło się, że tego dnia jemy więcej słodyczy, zwłaszcza tych okrągłych i ze słodkim nadzieniem, a nie chodzi wcale o praliny. Popularne są też chyba faworki zwane przez niektórych chruścikami.

Głupim zwyczajem, a jednak kultywowanym przez tłum, jest prześciganie się w tym, kto zje więcej pączków. Jemy je na potęgę, udając, że tego dnia się nie tyje, a kalorie ulatują gdzieś w przestrzeń kosmiczną, podczas gdy my zlizujemy lukier spod nosa. Niestety oszukano Was i to wszystko bujda - tyjecie dziś tak samo jak zwykle! Tylko bardziej, bo jecie więcej.

Wielkie sieciówki znają durny zwyczaj mnożenia zjedzonych pączków i robią je w jak najniższej cenie. Ceną takiej ceny jest znacznie gorsza jakość. W radiu usłyszałem dziś, że pączek w Lidlu (tylko dzisiaj!) kosztuje 49 groszy. To cena śmiesznie niska, a więc zachęcająca do kupienia i zjedzenia dużej ilości słodkich pudrowanych lub oblanych lukrem kulek. A ludzie niemądre, to i jedzą. I nie chodzi tutaj o Lidl czy inną sieciówkę, że to ich wina. Nie ich - nasza. Bo zamiast zjeść przy "święcie" smacznie, to jemy dużo.

Ale oderwijmy się na chwilę od świata ciasta, nadzienia i cukru pudru. Jesteśmy w Twoim domu, dziś jest 10. rocznica Twojego ślubu. Chcesz wykazać się i zorganizować świetną kolację. W końcu to wyjątkowa uroczystość. Chcesz, żeby Twój małżonek oniemiał z wrażenia, więc zamawiasz do domu catering, a dokładnie... 7 hawajskich.

Choć Tłusty Czwartek nie umywa się do rocznicy ślubu, to zasada jest ta sama. Zamiast zjeść coś wyjątkowego, to jesz dużo tego, co zwykle. No tak - spytasz - ale o co mi w ogóle chodzi? Co jeść w Tłusty Czwartek, skoro nie pączki?

Pączki. Bo wiecie w gruncie rzeczy pizza w rocznicę ślubu może być. Ale nie mrożona z sieciówki, ani nawet niemrożona z pizzerii. To musi być najlepsza pizza w mieście, bez patrzenia na koszt. Z najlepszymi dodatkami. Z najlepszym sosem. I w najlepszym lokalu.

I tak samo jest dziś z pączkami. Zamiast jeść 10 za 4,90zł, idź do Bliklego i zjedz JEDNEGO pączka. Zapłać jak za zboże, czyli po naszemu: jak za 6, 8 czy 10 pączków w Lidlu i pozwól sobie zapamiętać tego pączka na cały rok. A jak Ci mało, to weź dwa. Wyjdzie Ci to na zdrowie, a przy okazji zaznasz trochę kulinarnej rozkoszy.
O, tak wygląda ten Bliklepączek

Polecam Bliklego, bo stamtąd pączki jadłem, ale z pewnością jest wiele innych wyśmienitych i nieprzeciętnych cukierni, których wyroby są godne polecenia w tym miejscu.

Niech Tłusty Czwartek kojarzy Ci się z niezapomnianym smakiem, a nie z pełnym brzuchem. Pozwól sobie na odrobinę luksusu. Zasługujesz na to.
Źródło: Flickr
Mam ostatnio takie poczucie, że czas jest jak woda i przecieka mi przez palce. Jest to bardzo mylne, bo kiedy woda się leje, to można wziąć wiadro i trochę złapać. Czas jest absolutnie nieuchwytny i bezcenny, dlatego od jakiegoś czasu staram się jak najlepiej nim dysponować.

Wychodząc do szkoły byłem przekonany, że... stracę czas. Nie dlatego, że będzie trzeba się uczyć. Wręcz przeciwnie, właśnie dlatego, że dziś lekcje będą nieco nieco luźniejsze, niż zwykle i miałem do siebie pretensje - możesz ten czas wykorzystać lepiej! Jakaś siła, a może przyzwoitość, zaprowadziła mnie jednak do placówki i szkolny dzień się zaczął. Część lekcji mnie wcale nie zainteresuje - przewidywałem i się w swoich sądach nie pomyliłem.

Po jaką cholerę więc poszedłem do tej szkoły? Mogłem ten czas wykorzystać lepiej. Jestem tego pewien teraz, gdy piszę te słowa. Przez te 7 godzin można było się nauczyć o wiele więcej. A jednak moje przedpołudnie, południe i kawałek popołudnia miały sens. Jaki?

Myślałem, że od tego dnia nie dostanę nic. Ale nie pomyślałem ani przez chwilę, że sam mogę coś dać.

Pisałem już półtora roku temu, że sensem życia jest życie innych. Na co dzień zdarza mi się jednak o tym zapomnieć. A przynajmniej o szerszym znaczeniu tych słów. Wychodziłem z domu poirytowany, bo nie wpadłem na to, że mogę zmienić dzień. Jeśli nie swój, to czyjś.
Źródło: dreamstime.com
Wracając już ze szkoły, lekko zmęczony i rozgrzany po grze w siatkówkę wsiadłem do autobusu naszej wspaniałej ciechanowskiej komunikacji miejskiej. Wehikuł toczył się ulicami miasta już dobre pięć minut, gdy większość pasażerów wysiadła i w przedniej części pojazdu zostałem tylko ja i kobieta z dwoma małymi córeczkami. Miały może ze 3 lata, no jedna mogła mieć z 5. Nie więcej. To okropny wiek - nie lubię takich dzieci, bo jestem zbyt niewyrozumiały i niecierpliwy, żeby się z nimi bawić, a pogadać z takimi potworkami najczęściej się jeszcze nie da. Rodzina siedziała na siedzeniach po mojej lewej, a ja stałem i opierając podbródek o prawą pięść, patrzyłem na zachowanie dziewczynek.

Siedziały grzecznie, rozglądając się ciekawie, a mama starała się pilnować jednocześnie obu swoich córek, żeby nie spadły z siedzeń. Przyglądałem się im tak długo, aż wzrok młodszej spotkał się z moim. Byłem ciekaw, co zrobi, bo spotkałem się z różnym reakcjami dzieci na spojrzenie prosto w oczy. Uśmiechnąłem się do niej. Najpierw nieznacznie, potem szeroko. Ku memu zaskoczeniu - dziewczynka (nazwijmy ją Elizka) odwzajemniła uśmiech podwójnie. Zaczęła się śmiać pod nosem. Na moment przestała i zrobiła śmieszną minę, na co ja odpowiedziałem wytkniętym językiem. Elizka znów się roześmiała tak, że jej mama spytała, co ją tak bawi. Cała sytuacja musiała wyglądać komicznie dla ludzi jadących z tyłu autobusu, a żeby było jeszcze zabawniej, Elizka nie powiedziała swojej mamie, o co chodzi, tylko odczekała chwilę i rozpoczęła teatrzyk od nowa. Tym razem zabawą w komików zainteresowała się jeszcze jej siostra i tak przez kolejne kilkaset sekund wygłupialiśmy się we trójkę. Mama Elizki i jej siostry nie zorientowała się do samego końca z czego dziewczynki toczą bekę. Wysiadłem na swoim przystanku uśmiechnięty od ucha do ucha.

Ktoś tego dnia uśmiechnął się dzięki mnie. Nie znam Elizki i pewnie nigdy nie poznam, ale może to był jej jedyny uśmiech 10 lutego. A nawet jeśli był jednym z tysiąca, to warto było wyjść po 7 z domu, żeby przed 16 ją rozśmieszyć.

Sensem dnia jest uśmiech drugiego człowieka. Przesadzone? Być może, ale radość drugiego człowieka jest wystarczającym powodem, żeby oderwać się od własnego ego, a nawet nauki. W końcu książki nie uciekną, a Elizki już mogę nie spotkać. To był dobry dzień.
Pisałem ostatnio o przyjemnościach i spodobało mi się to, więc kontynuujmy to dzisiaj.

Minęło już ponad miesiąc temu Boże Narodzenie. A po nim była Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy i spór o nią, który miał odwrócić naszą uwagę od rzeczy naprawdę istotnych dla nas i dla Polski. Mniejsza o to, powiedzmy, że było i minęło, co najmniej na rok. Niestety dla wielu Polaków ten rok pomiędzy kolejnymi finałami WOŚPu to 365 dni przerwy w pomaganiu innym. A cóż jest przyjemniejszego od pomagania?

Święta, święta i po świętej. Taki cytat ostatnio znalazłem, przeglądając stronę Co na to Gombrowicz? na fejsie. Całkiem zabawne. Ale wróćmy do pomagania.

Święta, święta i po świętach. Zbliża się już Wielki Post, ale nieco wcześniej czeka nas jeszcze Tłusty Czwartek. Osobiście mógłbym wpisać to święto w swoje osobiste TOP 3 ulubionych uroczystości w roku, jeśli mogę tak nazwać ten dzień. Obchodzę go co roku i z tego powodu niemałą uciechę, a przy okazji kolejny powód do aktywności fizycznej.

Dziś dowiedziałem się, że pod szyldem Tłustego Czwartku i pączków kapucyni organizują pomoc dla głodnych dzieci w Afryce. Wszystkiego o akcji dowiecie się klikając tutaj, ale w skrócie wyjaśnię, że wpłacamy pieniądze na konto Fundacji Kapucyni i Misje, a oni finansują z zebranych środków posiłki dla głodnych dzieci na Czarnym Lądzie. Czy Twoje 5zł coś zmieni? Tak. Nakarmi pewnie ze dwie osoby. Może jedną. Na pewno nie jest bez znaczenia. Ale jest Was tutaj ponad setka regularnie czytających. A gdyby każdy z nas wpłacił po 10zł? To już tysiąc, a za tyle można nakarmić liczną grupę osób.

Jeśli jednak wolisz pomóc w inny sposób, to zapraszam Cię na pajacyk.pl. Tutaj nie musisz nawet wpłacać pieniędzy. Wystarczy, że klikniesz, a już zwiększysz budżet na sfinansowanie posiłku tysiącom głodnych dzieci. To tylko dwie propozycje pomocy ode mnie. Akurat Pączkowanie wpadło mi w oko, a przy okazji przypomniał mi się Pajacyk.

A w pomaganiu innym pamiętaj o tym, co piszą kapucyni na stronie Pączkowania: Bądź twórczy. Wymyśl jak jeszcze możesz pomóc i działaj!

Nie musisz pokazywać tego posta nikomu. Ale roześlij link do Pajaca i wpłać na Pączkowanie. Dobro mnożysz, gdy dzielisz je.
W zeszłym miesiącu pisałem o zamiłowaniu do gier planszowych i ogólnie pozawirtualnych. Jeśli nie czytaliście jeszcze tego posta, to znajdziecie go tutaj. Dziś zabieram Was do krainy zamków, klasztorów, chłopów, rozbójników i księżniczek, czyli na stół. Czy raczej na podłogę, jak to bywa w moim przypadku.

Carcassonne, mówi Ci to coś? Jeszcze przed Bożym Narodzeniem ja również odpowiedziałbym, że nie. Ale właśnie w ostatnich dniach 2014 roku w moje ręce trafił świat namalowany na kwadratowych tekturkach wzbogacony o plastikowe ludziki. 

Każdy gracz wybiera swój kolor pionków (zielone najlepsze) i gdy wszyscy są gotowi, rozpoczyna się rozgrywka. Na stole czy dywanie leży tekturowa płytka, od której zaczyna się budowanie Waszej średniowiecznej krainy i zdobywanie puntów. Z zakrytych tekturowych kwadracików wybierasz kolejny element i stajesz przed pierwszym wyborem: rozbudujesz drogę, zamek, a może? Kiedy zdecydujesz się, w który temat uderzyć musisz odpowiedzieć sobie na drugie arcyważne pytanie: stawiasz rycerza (na zamku), chłopa (na polu), zbójcę (na drodze) czy mnicha (na klasztorze)?

Początek gry jest dość spokojny. Widząc płytkę, jaką wylosował przeciwnik, można przewidzieć jego ruch. Jednak w miarę upływu kolejnych rund rozgrywka nabiera tempa. Każdy kartonik daje nawet kilkanaście możliwości, a od Twojego ruchu często zależy nie tylko to, ile punktów zdobędziesz Ty, ale również rezultat przeciwników. Musisz kalkulować, co Ci się opłaca bardziej: sprawić, że ktoś dostanie mniej punktów czy skupić się na pomnażaniu swojego dorobku?

O tym, ile dostaniesz punktów decyduje to, jak duży jest zamek i czy masz w nim więcej rycerzy, niż Twoi rywale. Ważne jest jednak również to, jak długa jest droga, na której postawiłeś zbójcę. No i ile zamków leży na polu obsługiwanym przez Twojego chłopa. Ale za chłopa punkty dostaniesz tylko wtedy, gdy na polu masz ich najwięcej.

Ale to nie wszystko! I wszystkiego nie jestem w stanie Wam przedstawić, bowiem Carcassonne jest wspaniałym interesem dla jego twórców - można do niego dokupić aż 10 rozszerzeń, a każde z nich zmienia zasady i mnoży opcje rozgrywki. Osobiście jestem posiadaczem jedynie dwóch rozszerzeń, a już ta gra wygląda inaczej, niż bez nich. Nie mogę się doczekać, gdy do kolekcji dołączą kolejne postacie.

Zaletą tej gry jest długość rozgrywki, którą bez rozszerzeń mogę określić na jakieś 40 minut. Carcassonne niesamowicie wciąga i może zdarzyć się tak, że będzie środek nocy, a Wy wkręcicie się do tego stopnia, że będziecie rozgrywać kolejne i kolejne partie. Liczba zasad koniecznych do zapamiętania może Was nieco odstraszyć, ale w tym przypadku zasada "Najlepszą nauką jest praktyka" sprawdza się stuprocentowo.

Choć cenowo Carcassonne nie jest najtańszą formą rozrywki, to trzeba pamiętać, że osiem dyszek (można znaleźć atrakcyjne promocje i kupić w lepszej cenie) to nie jest wiele za wiele godzin świetnej zabawy. Jeśli chcesz współtworzyć średniowieczne zamki, drogi, budować klasztory, emocjonować się ilością chłopów na danym polu i przede wszystkim zwyciężać - kup Carcassonne. Let's play!
Wspominałem o tej książce już kilka razy, aż wreszcie przyszedł czas na zapoznanie się twarzą w twarz i uroczysty uścisk dłoni. Panie i Panowie, mam przyjemność i zaszczyt przedstawić Wam "Rok 1984", dziecko Georga Orwella. W tym przypadku, ani "przyjemność", ani "zaszczyt" nie są przesadzone. "Rok 1984" to bowiem klasyka literatury XX wieku.

Ach jakby to zrobić, żeby nie rozebrać całej powieści do naga? Hm, spróbuję odsłonić tylko troszeczkę, tak, żebyś resztę chciał koniecznie zdjąć sam. Od czego zaczniemy? Od mózgu! To przecież on decyduje o wszystkim.

Mózgiem w "Roku 1984" jest Winston. Dorosły mężczyzna, który już od dobrych paru lat nie może powiedzieć o sobie "młodzieniec", mieszka w Londynie, który z kolei jest częścią Oceanii. Nie, nie pomyliłem się, a Ty nie masz halucynacji. Londyn to jedno z miast ogromnej Oceanii. W orwellowskiej powieści nazwą tą określa się jedno z trzech mocarstw, które rządzą całym światem.

Światem rządzą mocarstwa, a co rządzi nimi? Kobieta? Możemy tak to ująć. W całej Oceanii panuje bowiem Partia. I niewątpliwie rządzi twardą ręką. Twardą nie tylko dla swoich obywateli, ale i dla pozostałych mocarstw, z którymi prowadzi wojnę.

Winston jest członkiem Partii Zewnętrznej, a więc mniej uprzywilejowanego jej odłamu. Nasz bohater ma starannie zaplanowany dzień, wzorzec zachowania, a nad wszystkim  czuwa Policja Myśli - "lepiej" się nie wychylać. A jednak Winston ma o wszystkim własne zdanie.
Myślenie ludzkie ulegnie przeobrażeniu. Tego, co my rozumiemy jako myślenie, nie będzie w ogóle. Ortodoksyjność oznacza niemyślenie, brak potrzeby myślenia. Ortodoksyjność to nieświadomość.
Wraz z kolejnymi stronami następują kolejne wydarzenia, a domysły Winstona dotyczące otaczającej go rzeczywistości zaczynają składać się w jedną całość. Jednak zrozumieć to, co nas otacza, nie jest łatwo bez znajomości historii. Tymczasem:
Co stanowiło prawdę teraz, stanowiło prawdę od zawsze i wiecznie. Zasada była dziecinnie prosta. Wymagała jedynie ciągłych zwycięstw nad własną pamięcią. Nazywano to "regulacją faktów", a w nowomowie "dwójmyśleniem".
Mimo wszystko Winston nie poddaje się. Chce odkryć prawdę i zwyciężyć - pokonać cenzurę, pokonać reżim, pokonać strach. Ale wie, że to niemożliwe.
Bo lepsze jest działanie od bierności. W grze, jaką prowadzimy, nie możemy odnieść zwycięstwa. Ale niektóre przegrane są mimo wszystko lepsze od innych.
Tym, co daje do myślenia w tej lekturze, są podobieństwa i analogie pomiędzy rzeczywistością Orwella, a naszą. Bo o czym właściwie jest ta książka? O totalitaryzmie. O gnębieniu. O "trzymaniu za mordę". A właśnie tych dwóch ostatnich pojęć pełno dziś w otaczającym świecie. Totalitaryzm niestety też znajdziemy. Oczywiście nie w Polsce, ale już w Korei Północnej tak.

Jako licealista i osoba, która mówi o sobie, że czyta "całkiem sporo" i już trochę pozycji ma za sobą mówię: "Rok 1984" powinien przeczytać każdy. Nie w wieku 10 lat, ale już zakończenie gimnazjum byłoby dobrą okazją do sprawdzenia Orwella. Ta powieść powinna być w kanonie lektur obowiązkowych w szkole. Tyle, ile tam jest o ogłupianiu społeczeństwa, o metodach sterowania masami, i inwigilacji, nie przeczytałem w żadnej książce o polityce, gender czy nawet zawartości teczek IPN. Jeśli chcesz być świadomy - przeczytaj koniecznie. 
Należenie do mniejszości, nawet jednoosobowej, nie czyni nikogo szaleńcem. Istnieje prawda i istnieje fałsz, lecz dopóki ktoś upiera się przy prawdzie, nawet wbrew całemu światu, pozostaje normalny.
Źródło: Flick
Wczoraj nieco mrocznym cytatem zapowiadałem recenzję powieści "Rok 1984" George'a Orwella, jednak musicie na nią poczekać jeszcze jedną dobę. Dziś bowiem zabieram Was ponownie w świat moich przygód, a przenosimy się na... ulicę.

Jadąc samochodem jako pasażer (tym razem to istotne), nie spodziewałem się, że ze swojego auta wybiegnę na środku ulicy niczym bohater amerykańskiego filmu akcji. Może poczułbym się nawet jak Chuck Norris czy inny komandos, ale nikt nie strzelał, a jedynie czerwony opel, który był przede mną w kolejce na światłach zaczął się powolnie posuwać w moją, a więc niewłaściwą stronę. Co więcej, dwoje dorosłych próbowało temu zapobiec, jednak ich pchanie auta spotkało się z przeciwnym skutkiem.

Nie zastanawiając się wiele wysiadłem z samochodu i pomogłem pchać opla. Co trzy pary rąk, to nie dwie i razem udało się ten czerwony wehikuł dopchnąć do bocznej uliczki tak, żeby nie utrudniał ruchu na głównej drodze. Ot, nic wielkiego. Nie kosztowało to aż tyle siły, ile by się mogło wydawać, a całe odkorkowanie ulicy trwało może z 90 sekund. Nasunęło mi się jednak pewne egzystencjalne pytanie: co na moim miejscu zrobiłby Jan Cebula?

Znam go dobrze, uwielbia narzekać, krytykować i przede wszystkim nienawidzi ruszać tyłka z miejsca. Jestem pewien, że nie jest on ulicznym komandosem. Tak więc z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę orzec, że zacząłby wykrzykiwać do towarzyszy podróży, wygrażać nieszczęśnikom od zepsutego opla, a po powrocie do domu miałby trudne popołudnie. No bo jak on mógł się, żesz kuźwa, zepsuć akurat przed moim Batmobilem, jak jechałem na ciepłe flaki do domu?! Potem, nakrzyczawszy jeszcze powtórnie (profilaktycznie, raz może nie wystarczyć) na pierwszego z brzegu domownika/sąsiada/hydraulika/napotkanego_biedaka, przeszedłby do drugiej fazy swojej "pomocy", a mianowicie etapu pojenia się faktem wymierzenia sprawiedliwości światu. Zawiłe zdanie mi z tego wyszło, ale w skrócie: najpierw pozwoliłby, żeby opel popsuł mu dzień, nie pomógłby, a potem w ramach rewanżu zepsułby nastrój komuś jeszcze.

Przekoloryzowałem to zdrowo, ale są setki sytuacji, kiedy narzekamy, zamiast zakasać rękawy, odwalić robotę i z uśmiechem na twarzy wrócić do swojego życia. Wystarczyło wysiąść i popchnąć, innym razem wystarczy wstać i wynieść śmieci, jeszcze innym zrobić sobie nieplanowany spacer do sklepu. Czasem codzienność wymaga od nas więcej czasu i energii, ale zawsze chce ich mniej od narzekania.

Nie narzekaj. Rusz tyłek. Nie bądź Jasiem Cebulą.
Dziś jeszcze raz podzielę się dziełem wybitnego autora, niewiele dokładając od siebie. "Rok 1984" przyniósł co najmniej kilka cytatów godnych umieszczenia w Moje nie moje, ale żeby nie zrobić z tej serii kącika fanów Orwella, wrzucam coś z "Roku 1984" po raz ostatni. No może do recenzji się wplącze jeszcze kilka zdań.

Te parę zdań to jeden z najbardziej refleksyjnych momentów książki. Całą tę powieść starałem się czytać, porównując ją równolegle z rzeczywistością. Wiele rzeczy wygląda podobnie, wiele działań można ze sobą skojarzyć. Dobra, wystarczy, bo zespoileruję wszystko, co jest w recenzji. Miłej lektury.

Prowadząc z nią rozmowy uzmysłowił sobie, jak nietrudno jest udawać wierność ideologii, o której nie ma się bladego pojęcia. I rzeczywiście partyjny światopogląd najłatwiej dawał się wpoić ludziom o zbyt ograniczonej inteligencji, aby go mogli pojąć. Bez protestu akceptowali nawet najjaskrawsze wypaczenia rzeczywistości, bo nie rozumieli w pełni potworności tego, czego od nich żądano, a ponadto zbyt mało interesowali się aktualnymi wydarzeniami, aby zdawać sobie sprawę z grozy sytuacji. Niewiedza pozwalała im zachować zdrowe zmysły. Przełykali wszystkie kłamstwa, i to bez najmniejszego dla siebie uszczerbku, bo przelatywały przez nich - nie strawione - niczym kamyki przez układ pokarmowy ptaka.
George Orwell - Rok 1984 
Źródło: kliknij
Wygraliśmy z Hiszpanami, na lotnisku kibice przywitali polskich szczypiornistów i sprawę możemy uznać za zamkniętą. Ja jednak chciałbym pozostać jeszcze na trochę przy piłce ręcznej, a nawet przy zakończonym już turnieju.

Chyba nikomu nie muszę przypominać, czemu udało nam się wygrać z Hiszpanami. Przez Szybę, tak tak, ale przede wszystkim dlatego, że wcześniej przegraliśmy z Katarem. Gdyby nie Katar, gralibyśmy z Francuzami o złoto. Właśnie, czy faktycznie przegraliśmy z Katarem? Z całą pewnością nie. Przegraliśmy z reprezentacją tego państwa z Półwyspu Arabskiego, na pewno jednak nie można powiedzieć o tej drużynie Katarczycy. Wiecie sami, że gra tam Francuz, Bośniak, Serb, Czarnogórzec, Hiszpan, Kubańczyk i chyba ktoś jeszcze. Istna "legia cudzoziemska", a przecież w kilku spotkaniach pomogli im również sędziowie.

Sytuacja z zakończonych wczoraj Mistrzostw Świata pokazuje absurdalność przepisów, które praktykowane są w piłce ręcznej, a mianowicie możliwość gry dla wielu reprezentacji. Widziałem już komentarze, że w piłce nożnej przecież jest tak samo, bo Di Stefano grał dla Hiszpanii, Argentyny i Kolumbii. Naprawdę? Proszę, kiedy to było? Teraz przepisy futbolowe znacząco ograniczają roszady pomiędzy reprezentacjami narodowymi.

Czy nie dałoby się tego powtórzyć w przypadku piłki ręcznej? Sędziowie pomagają gospodarzom niemal zawsze i niemal w każdym sporcie i trudno będzie z tym walczyć, choć nie można tego przyjąć za normę, proste. Ale o wiele prostsze byłoby ustanowienie wspomnianego już prawa - możesz grać tylko w jednej reprezentacji narodowej (dorosłej).

Nie chciałbym, żeby sytuacja z Kataru powtórzyła się na jakichkolwiek innych zawodach. I chyba żaden kibic nie chciałby, żeby wygrywała przeciwko niemu czy choćby dla jego kraju drużyna złożona z farbowanych lisów. Pamiętam, ile było negatywnych głosów przy występach Rogera Guerreiro w drużynie biało-czerwonych. A on w Canarinhos nie grał! Byliśmy jego wyborem po 2 latach gry w Legii! Co prawda istnieje podejrzenie, że skusiła go możliwość występu na Euro 2008 (notabene zdobył tam jedyną bramkę dla Polski). Ale wciąż Polska jest jedyną reprezentacją, w której występował.

Mistrzostwa Świata to dla mnie turniej narodów, turniej państw, turniej krajów.  Grają ludzie, których coś łączy z Niemcami, Chinami, Rosją, Arabią Saudyjską czy Grenlandią. Miejsce urodzenia, narodowość mamy, taty, ewentualnie jakaś więź nawiązana w trakcie długiego pobytu w danym państwie. Ale nie pieniądze!

Tym którzy nie wiedzą, powiem jeszcze, że przeciwko Polsce w półfinale mógł zagrać mój ulubiony piłkarz ręczny, czyli... Marcin Lijewski. Mógł, ale odmówił. Nie skusiły go pieniądze. Jestem dumny. W identycznej sytuacji "nie" powiedział polski pływak Bartosz Kizierowski. Miał dostawać 600 tysięcy euro rocznie. Wtedy chciał go podkupić... a jakżeby inaczej - Katar.

Wielki szacunek dla osób, którym pieniądze nie przesłaniają wartości takich jak ojczyzna czy honor. Niestety nie wszystkim na tym zależy, niektórzy wolą medale zdobywane przez najemników. Warto by im to utrudnić, nieprawdaż?

PS. Warto zajrzeć w to miejsce. Oby ten turniej w Katarze był ostatnim, po którym jest okazja do dyskusji nad naturalizowaniem zawodników z innych nacji.
Źródło: unsplash.com
Jako dziecko chodziłem na mecze na halę sportową do mojej szkoły. Nasza ciechanowska drużyna była wtedy w II lidze, a ja nie miałem pojęcia o grze w piłce ręczną. Rzuca się, a nie kopie. No i nie ma trawy. Tyle ogarniałem mając jakieś 6 lat.

Gdy przybyło mi kolejnych 6 wiosen Jurand grał już w innej hali. Takie z kolorowymi trybunami, dwoma tablicami do wyświetlania wyniku i koszami, które opuszczały się z rusztowań na suficie. Jurand grał raz lepiej, raz gorzej, ale pamiętam mecze, które przyprawiały o dreszcze lokalnych fanów niemalże tak bardzo jak dzisiejszy pojedynek z Hiszpanami. Pamiętam awanse do wyższych klas rozgrywkowych i pamiętam szampana i wspólny taniec kibiców i zawodników na boisku.

Jeden z zawodników, wcale nie najwyższy, nie najlepiej zbudowany, wyróżniał się grą. Kiedy wszyscy nie mogli, to on rzucał, a kiedy rzucić mogli wszyscy, on trafiał częściej. Wyskakiwał z dziesiątego czy nawet jedenastego metra i rzucał. Rzadko się mylił, nie raz przeciwnicy kryli go indywidualnie. Po prostu - był najlepszy. To pierwszy gracz, który z Juranda przeszedł do znacznie silniejszej drużyny. Może "znacznie" jest nieco na wyrost, ale Nielba Wągrowiec, bo właśnie o nią chodzi, awansowała wtedy do Superligi. Tak więc postęp kariery był znaczący. Niektórzy sceptycznie podchodzili do jego przyszłości. Trudno się przebić na rozegraniu mają metr osiemdziesiąt cztery. Ja nie zdawałem sobie z tego sprawy. Wierzyłem, że sobie poradzi, bo przecież w naszym Jurandzie jest najlepszy. Musi sobie poradzić.

Myślę, że się nie pomyliłem. Ulubieniec kibiców z Ciechanowa do tej pory gra w piłkę ręczną. Ostatnio rzucił nawet całkiem niezłą bramkę (kliknij). I wygrał kilka meczów. I nazywa się Przemysław Krajewski. Poradził sobie.

Skoro jemu nie przeszkodził wzrost w drodze z Ciechanowa do reprezentacji Polski, to co może przeszkodzić Tobie w drodze na Twój szczyt? Sky is the limit.