Więc chodź, pomaluj mój świat

Leave a Comment
unsplash.com
Dzień zaczął się fatalnie. Wstałem później, niż chciałem. Woda pod prysznicem była zimna. A potem wyjrzałem przez okno. Śnieg. Wszędobylska biel. I jeszcze ten chłód, który czuć już przy zbliżeniu do okna. Zachmurzone szare niebo. A miał być spacer w blasku słonecznych promieni, miała być starówka, dziesiątki uśmiechniętych dziewczyn i cukierki. Zawsze coś, kuźwa. Akurat w dzień wyjazdu spadł ten durny śnieg. Najlepiej bym się walnął i przespał z nadzieją, że jak znów otworzę oczy, to miejsce śniegu zajmie słońce. Najlepiej, ale nie chce mi się spać.

Miałem napisać, że pociąg wtoczył się na peron, ale to raczej ja wtoczyłem się do pociągu, który posłusznie na mnie czekał. Urósł trochę od soboty. Tak o jeden poziom siedzeń. Ruszył prawie punktualnie i prawie punktualnie dojechał, ale jak mógłbym mu to rozpamiętywać, kiedy był taki schludny, czysty, cichy, szybki i najważniejsze - luźny. Nikomu przez myśl nie przyszło się do mnie dosiadać i to chyba nie ze względu na moją osobę, a na ilość wolnych miejsc. Uch, chociaż jeden pozytywny aspekt tego marnego szaro-białego dnia.

Zachwalam maszynę, ale czym by był ten beznadziejny szaro-biały dzień bez ludzi?

Był roześmiany i trzymał w ręce gazetę. Zabrałem Mu ją, gdy tylko się przywitaliśmy. Przyjechałem zobaczyć jak żyje i okazało się, że jeszcze lepiej, niż wygląda. Choć wycieczka była raczej po wnętrzach, niż po najpiękniejszych miejscach Warszawy, to zobaczyliśmy to, co najlepsze - siebie nawzajem. Ileż to było śmiechu, ile do opowiedzenia, ile do powspominania. I zrobił to, co zwykle.

- Skończ to, zanim się zacznie.
- Zawsze mi wszystko spieprzysz.
- Jestem Twoim sumieniem.

Moje Sumienie nakarmiło mnie, zaspokoiło pragnienie i rozwiało egzystencjalne wątpliwości, nie zapominając by stworzyć nowe. Ale przyszedł czas, że trzeba było się z Sumieniem rozstać. Podaliśmy sobie dłonie.

- Żegnaj Sumienie.
- Żegnaj Tomek.

Samotność nie zasiedziała się u mnie długo. W sumie jej nie wpuściłem. Nie było na nią miejsca, odkąd pojawiła się Ona. Sumienie śmiało się szeroko, ale było to niczym przy Jej uśmiechu. Radośnie stawiane kroki zbliżyły nas do siebie. Drobna. Dziarska. Energiczna. Można jej zarzucić o wiele więcej, ale na pewno nie smutek. Nie wiem, ile czasu była obok. Za mało, ale wystarczająco. W sam raz, żebym zdążył zapomnieć, jaki ten dzień jest fatalny i szaro-biały. Było już kawał po zmroku, kiedy podaliśmy sobie dłonie.

Znalazłem chwilę na Samotność i już jej otwierałem drzwi, kiedy w betonowym tunelu - esencji szarości tego dnia - usłyszałem dźwięk szkła. Szkła i wody. Niemineralnej, ale jakiejś takiej... innej. Może to nie było szkło. Może to nie była woda. Ale dźwięk płynął. Płynął delikatnie, dynamicznie, subtelnie. Pluskał się w tym podziemnym przejściu. Zobaczyłem go. Siedział po turecku i miał między nogami jakiś przedmiot, w który uderzał dłońmi. A za każdym razem, gdy dłoń spotykała się z osobliwym bębnem, moje ucho spotykało się ze śpiewającą falą. Łaziło tam sporo ludzi, ale byliśmy sami. Ja, on i jego fale. Powiedzieć o tej muzyce "miód na uszy", to nie powiedzieć niczego. To coś więcej, coś... Nie pamiętam. Coś mi wypadło. Coś metalicznie stuknęło w puszce. Trzeba było iść. Przechodząc koło niego zobaczyłem, że ten dzień nie był ani przez chwilę szaro-biały. Instrumentem, narzędziem czy raczej melodyjną różdżką okazało się naczynie pomalowane na wszystkie 3 znane mężczyznom kolory i jeszcze 100 innych, które potrafi nazwać płeć piękna.

Ten garnek, wazon lub cokolwiek to było, wyglądał jak mój dzień. Nie miał własnego głosu, ale śpiewał, mógł być beznadziejnie nudny i szaro-biały, a był barwny jak ogrody Edenu.

Każdy taki może być. Ona, On i Pan z garnkiem namalowali mój dzień. Ale tylko jedna osoba może uczynić Twój pięknym. Ta osoba właśnie czyta ten tekst. Od niej zależy czy wsiądzie do pociągu, czy zostanie na cały szaro-biały dzień w łóżku. Nie oglądaj się - o Ciebie chodzi! Wsiadaj!
Next PostNowszy post Previous PostStarszy post Strona główna

0 komentarze:

Prześlij komentarz