Not easy but necessary

Leave a Comment
Źródło: tutaj
Zdobyć bilety do muzeum. To była jedna z pierwszych rzeczy, jakie chciałem zrobić po przyjeździe do Pragi. Ktoś kiedyś powiedział, że były w punkcie informacyjnym. Były, ale ja zobaczyłem po nich jedynie ślad - "We haven't tickets yet" namazane markerem na kartonie. Już nie mają, ale czy nie będą mieli? Trzeba było spytać. I tutaj pojawił się mur - czy oni zrozumieją w ogóle mój angielski?

Zanim zdążyłem podejść do stolika i zapytać któregoś z wolontariuszy zrobił to już mój kolega. Bilety miały być o 12.30. Nie było ich już nigdy. Do dziś krążą o nich rozmaite mity, opowieści oraz ballady śpiewane przy ogniskach, jednak już nikt ich nie zobaczył. Cóż, w każdej legendzie jest cząstka prawdy - może faktycznie kiedyś były w tym punkcie informacyjnym?

Godzinę potem moja blokada językowa rozpadła się w drobny pył. Udało mi się opowiedzieć pewnej Czeszce moje marzenia o zakwaterowaniu u rodziny. Nie dość, że mnie zrozumiała, to zrobiła to, o co prosiłem! Prawdopodobnie największy wpływ miały uśmiechy kolegów stojących obok, którzy wyglądali jak dzieci w sklepiku szkolnym, którym brakuje 10 groszy, ale jednak udało się wytłumaczyć w czym rzecz i wyprosić korzystne rozwiązanie.

Dzień później na pierwszym spotkaniu w grupie zobaczyłem, że naprawdę potrafię opowiedzieć to, co mam na myśli. Litwinom, Francuzom, Szwajcarowi. Nawet Polacy rozumieją mój angielski. Jest nieźle - pomyślałem. Potrafię się dogadać, zapytać o której i gdzie i co i po co się dzieje, a nawet poczęstować tabletkami na gardło. Jednak na tym samym spotkaniu zobaczyłem, że potrafię opowiedzieć to, co mam na myśli, ale nie tak ładnie, jak bym chciał, nie tak dokładnie, jak czuję, że powinienem, nie tak błyskotliwie, jak lubię.

Pobyt w Czechach pokazał mi, że jestem gotowy, żeby rozmawiać z tymi, dla których nasz ojczysty polski jest czarną magią. Pokazał, że z moim angielskim nie jest najgorzej. Potrafię załatwić to, co chcę. Ale czas spędzony tam z ludźmi z innych stron Europy pokazał mi również, że angielski może być o wiele ciekawszy w nieco bardziej zaawansowanej formie.

Najcenniejszym pieniądzem za granicą jest znajomość obcego języka. Możesz wiele zdziałać, gdy porozumiewasz się mową, a nie tylko gestami.

W szkole często narzekamy, że uczą nas głupot na lekcjach języka obcego. I to prawda. Nauczymy się pięknie mówić, a jak przyjdzie co do czego, to okaże się, że do dogadania się wystarczyło znać podstawy gramatyki.. Żeby napisać artykuł do The Times'a już nie. Ale do zrobienia zakupów i opowiedzenia o sobie wystarczy szczypta gramatyki. I obfite garści słówek. Bogate słownictwo to jak dobre przyprawy. Bez nich zupa będzie jadalna, ale czymże jest niesłony rosół?

Angielski nie jest łatwy. Jest wiele słów, wiele czasów i te durne nic nie oznaczające the, a i an. Ale mimo wszystko jest bezcenny, gdy chcesz zaprosić na kolację dziewczynę, w której się zakochałeś, a akurat nie masz kasy i musisz wytłumaczyć, że oddasz jej hajs po powrocie do Polski. Chyba, że zabierze Cię ze sobą do Wenecji - wtedy odpracujesz. Obcy język jest bezcenny. Bezcenny, więc warty poświęcenia długich godzin nauki. Kto wie? Może dzięki tym dobom spędzonym na powtarzaniu słówek "zagadasz" bez obaw do swojej przyszłej żony? Daj sobie szansę i się przekonaj.
Next PostNowszy post Previous PostStarszy post Strona główna

0 komentarze:

Prześlij komentarz