Mentor cz.1

3 comments
Źródło: unsplash.com

Kiedyś w wakacje sprzedawałem książki na kiermaszu podręczników używanych. Nic wielkiego - mogłoby się wydawać i w istocie sam proces sprzedawania nie jest porywający. Ludzie się przepychają, są nerwowi i niecierpliwi. Trudno im się dziwić - kto by chciał w wakacje tracić popołudnie w kolejce po książkę i to w dodatku książkę do szkoły?

Na szczęście poza negatywnymi aspektami pracy z ludźmi, sprzedając książki można zobaczyć coś jeszcze. Hojność czy życzliwość są wspaniałe. Wyrozumiałość też. Ale największa wrażenie zawsze robiła na mnie taka zwyczajna dobroć. Dobroć brata dla siostry, ojca dla syna, córki dla matki. Kiedy odbierając kupione książki, jedno mówi do drugiego "daj, ja poniosę". Kiedy człowiek patrzy na monety trzymane w dłoni i po chwili konsternacji padają słowa "wydał mi pan za dużo". Kiedy w chwili przerwy jesz bułkę, a wchodząca pani mówi zwykłe "smacznego".

Ale oprócz obcych poznałem też wspaniałych kolegów i koleżanki. Mógłbym o każdym z nich napisać dłuższy lub krótszy tekst, bo w każdym jest coś wartego dostrzeżenia. Ale dziś tylko o jednym z nich. Koledze. Starszym. W końcu nie mógłby być inny - byłem zdecydowanie najmłodszym ogniwem w naszej ekipie.

Pamiętam jak zaczynałem od noszenia książek, jeszcze przed pójściem na sprzedaż. Wszystko wydawało się duże, a ludzi było tyle, że sam nie wiedziałem, gdzie jest koniec kolejki. I on chyba też nie wiedział, bo usłyszałem w końcu "Tomek, możesz nam pomóc.". Dobrze widzicie - to było pozwolenie. Rwałem się do tego, ale nie dziwię się obawom pozostałych. Miałem 13 lat.

Sprzedaż książki wymagała poprawnego przepisania kodu, odłożenia sterty podręczników, na które klient się nie zdecydował i w między czasie pobranie pieniędzy, ewentualnie wydania reszty. Jednej książki. To nic trudnego, ale gdy przychodzi mama bliźniaków po trzydzieści sztuk, to zaczynają się schody. Matematyka nigdy nie była moją najsłabszą stroną, ale w handlu nie ma co cwaniakować - kalkulator nie jest Twoim wrogiem. On Cię nie upokarza, on pomaga nie popełnić błędu. Tego mnie nauczył.

Zaufał mi. Poświęcił czas i wziął odpowiedzialność za moje domniemane błędy. Rok później zająłem jego miejsce - wiedziałem najlepiej, co gdzie leży, jak wygląda i czy jest, jeśli chodzi o książki do języków obcych. Zająłem jego miejsce, bo on został szefem. I przyznam szczerze - nie widziałem chyba nigdy osoby, która w takim wieku (studenckim) lub młodszym pokierowałaby tak dobrze swoimi rówieśnikami. Bo nie chodzi tylko o to, żeby nic się nie spieprzyło. Żeby stan zgadzał się z przychodem, a praca kończyła się o wyznaczonej porze. Atmosfera w zespole. Wzajemne zaufanie, życzliwość, odpowiedzialność. O to wszystko potrafił zadbać.

Dzięki niemu wiedziałem jak zorganizować ułożenie książek do francuskiego, rosyjskiego, niemieckiego, angielskiego i łaciny. Wiedziałem co robić, gdy ktoś prosi o fakturę. Ale przede wszystkim pokazał mi, że nie trzeba być jak wszyscy. Że być porządnym to nie jest wstyd. Że można być dobrym dla ludzi.

Pamiętam jak pomógł niememu klientowi. Jak odkładał dla niego książki i jak z ciepło potraktował tego pana, kiedy po nie wrócił. Wtedy nie wiedziałbym pewnie jak się zachować. Nie spróbowałbym się porozumieć, wzruszyłbym ramionami i smutno spuścił wzrok. On pokazał mi, że każdy jest warty uwagi.

Miał trochę ponad dwadzieścia lat. Chyba dwadzieścia jeden. Jego kumple szaleli, czekali na okazję do wypicia wódki, szukali mocnych wrażeń. A on po prostu był dobry. Był dojrzały. Był z klasą. Dziś rzadko się widujemy. Kiedy ja piszę ten tekst, on ratuje życie ofiarom wypadków. Jest dobry.
Next PostNowszy post Previous PostStarszy post Strona główna

3 komentarze:

  1. Odpowiedzi
    1. Dzięki. Zawsze miło słyszeć takie słowa. :)

      Usuń
  2. Na początku myślałem, że już gdzieś to czytałem, ale mówię dam szansę autorowi... (i nie zawiodłem się). Ciekawie go opisałeś, fajnie spotkać kogoś takiego na swojej drodze,dla Ciebie był dobry, a ja powiem on jest bardzo dobry tak jak Twój tekst!
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń