Hobbit: Bitwa Pięciu Armii

Leave a Comment
Źródło: screencrush.com
Jedna książka i to wcale nie najgrubsza, jaką w życiu przeczytałeś, a wystarczyło jej na 3 ponad dwugodzinne filmy. To znaczy prawie wystarczyło. Twórcy filmowej adaptacji „Hobbita” musieli trochę od siebie dodać. Niestety do Tolkiena im daleko.

Przed seansem przeczytałem tylko jedną recenzję ostatniej części ekranizacji. „Bitwa Pięciu Armii” nie zapowiadała się porywająco, ale nie warto wydawać sądów, dopóki nie zobaczy się na własne oczy.

Muszę przyznać, że mało brakowało i bym nie zobaczył z bardzo prozaicznego powodu. Przez pierwsze 20 minut toczyłem swoją własną bitwę. Przeciwnikiem był sen i miałem chyba trudniej, niż Bilbo i reszta paczki Thorina, a nawet trudniej od wszystkich krasnoludów i elfów, bo sen wydawał się słodki i kojący, w niczym nie przypominał Bolga i jego kumpli. Cóż, koniec tych dywagacji. Oczywiście wygrałem.

Na samym początku z ekranu buchają płomienie. Możecie się domyślić, że to Smaug mści się na mieszkańcach miasta. I co tu dużo gadać – nie trwa to długo. Żeby nie przesadzić ze spoilerami, nie powiem Wam już nic więcej na temat smoka.

Jak głosi sama nazwa film opowiada o bitwie. Muszę przyznać, że czekałem na nią cierpliwie i z wiarą, że wynagrodzi mi ona nudnawy wstęp, schematyczny wątek miłosny i wszędobylskiego idiotę, który leci do monet jak ćma do światła. Nie pomaga machanie rękami, wrzaski, przekleństwa – klei się do pieniędzy do samej śmierci.


Co do samej bitwy: szczęśliwie mnie nie zawiodła – było całkiem ciekawie. Peter Jackson przedstawił walkę w sposób fascynujący dla widza, dodał do tego liczne efekty specjalne i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie przewidywalność zarówno przebiegu starć jak i rezultatu. Jedyne, co mogę nazwać zaskoczeniem to śmierć. Nie powiem Wam czyja, bo być może ktoś zechce wydać kilkanaście peelenów i obejrzeć ekranizację jednej z nielicznych lektur szkolnych z gatunku fantasy.

To co mnie lekko rozczarowało w ukazaniu wielkiej bitwy to fakt, że od pewnego momentu jest ona sprowadzona jedynie do kilku osób. Rozumiem – inaczej się nie dało. Okej. Ale miało być pięć armii, a było pięciu walczących na krzyż.

A po bitwie koniec. Kilka godzin Bilbo szedł po ekranie do Góry, tymczasem powrót do domu zajął mu coś około 10 sekund. Wiem, wiem – czepiam się.

Film nie jest jakiś beznadziejny. Jest przyjemny dla oka i gdyby nie najpóźniejszy seans prawdopodobnie nikogo nie dopadłaby senność, a co najwyżej znudzenie. Trzeba jednak przyznać, że nie jest to zbyt ambitne dzieło. Fabuła jest zbyt prosta. „Władca Pierścieni” robi większe wrażenie. Może tylko dlatego, że wyszedł pierwszy, ale robi.


Definitywnie jeśli macie zaskórniaki tylko na jeden bilet do kina w tym miesiącu, to wydajcie je na coś innego. Osobiście nastawiłem się na drugą część „Wkręconych”. Będzie lepsza od poprzedniej – Gosia Socha zrobi różnicę. 
Next PostNowszy post Previous PostStarszy post Strona główna

0 komentarze:

Prześlij komentarz