W wakacje pisałem, że 10 dni to dużo, a przede wszystkim, że to zawsze tyle samo czasu, obojętnie, czy wakacje się zaczynają, czy kończą. Dziś zaczynam mój ostatni wolny weekend przed Wielkanocą. Zostało mi 58 godzin do zakończenia ferii. I wiecie co? To jest masa czasu.

Dziś wydaje nam się, że to mało. Niczego nie zdążę obejrzeć, niczego nie zdążę przeczytać. W ogóle nic nie może się udać w takim czasie, no chyba, że sernik na zimno z kartonika. Ale nic poza tym. A jak się nie uda, to nie warto przecież zaczynać.

Nie mów, że nigdy tak nie pomyślałeś. Każdy pomyślał, chociaż z raz. Mnie się to zdarzało pewnie nawet regularnie i czasem wracają te brednie do głowy. Ale jeszcze wcześniej przechodziłem okres, kiedy nie mogło mi to przyjść do głowy. 2 dni?! Toć to kupa czasu. Można się tyle bawić, rysować, grać w piłkę. Masa rzeczy do zrobienia.

Wiecie co wtedy było? W sumie powinienem spytać, czego wtedy nie było, ale i to byłoby złe pytanie, bo "TO COŚ" istniało od dawna, tylko, że ja tego nie używałem. Więc jeszcze raz: wiecie czego wtedy nie było w moim życiu? Internetu.

Dziś nie wyobrażamy sobie miesiąca bez Internetu. Miesiąca. Dzień tak. Tydzień nie każdemu się uda, ale osobiście nie miałbym większych problemów. No ale miesiąc? Jestem w stanie to zrobić, ale przyznaję - to bardzo, bardzo trudne. Są osoby, dla których jest to nieosiągalne. Internet stał się naszym oknem na świat. Oknem, przez które wszystko widać tylko w dwóch wymiarach i przez które nigdy nie wpada świeże powietrze. Możemy sobie ustawić widoczek i regulować dźwięki "zza okna", ale to wciąż marna imitacja.

Dobrowolnie, choć niekoniecznie świadomie, powierzyliśmy Internetowi naszą opinię na temat niemal wszystkiego. Uczyniliśmy go źródłem informacji nt. rzeczywistości. Ba! Kreatorem rzeczywistości! Ilu jest takich, którzy nie chcą się ruszyć sprzed komputera i nawet mają na to dobrą wymówkę! A jednak wszystko, co oferuje nam sieć, to wciąż marność przy zapachu ściętej trawy, mokrym chłodzie śniegu na policzku czy morskiej bryzie wiejącej po plecach.

Internet to środek do poznania. Ale powinniśmy poznawać z jego pomocą to, co niedostępne bez niego. Żadna sesja zdjęciowa przyrody nie odda nigdy piętnastu minut spędzonych na spacerze w lesie. Zamknij Internet i otwórz sobie okno. To prawdziwe. I nie narzekaj, że czasu jest za mało. Większość swoich wolnych chwil i tak spędzasz w sieci. Ile dasz sobie godzin w tym prawdziwym świecie w ten weekend?
Źródło: Flickr
Każdy lubi dawać prezenty. Każdy, ale ta reguła nie jest pozbawiona wyjątków. Znajdą się i tacy, którzy z dawaniem chcieliby mieć jak najmniej wspólnego. Co ciekawe, z braniem również.

Weźmy sobie kogoś za przykład. Powiedzmy, że ma na imię Stefan i ma 45 lat. Stefan od dziecka był uczony, że na wszystko trzeba zapracować. Zapracować samemu. Po drodze Stefana wykiwali koledzy w szkole. Mieli go zabrać na dyskotekę, tymczasem nie poczekali przed wejściem, poszli bez niego i Stefan musiał do każdej napotkanej dziewczyny podchodzić sam, onieśmielony i nieco zrezygnowany przez fakt, że kumple o nim zapomnieli.

Potem Stefan miał dostać podwyżkę w pracy, gdy pomoże wyżej postawionemu znajomemu. Pomógł, ale ten przy składaniu szefowi raportu zapomniał o nim wspomnieć. Stefan pożegnał się z kasą, zanim zdążył ją powąchać.

Dziś Stefan walczy ze światem. W pojedynkę, a jakże! Stara się pokazać, że do wszystkiego dojdzie sam. Na każdy prezent czy życzliwość reaguje podejrzliwością. Na pewno ktoś chce go wykorzystać i dlatego jest miły! Sam Stefan też nikomu niczego nie daje. W końcu nie jest nikomu nic winien, do wszystkiego doszedł sam i ma prawo się sam z tego cieszyć, sam wydawać na siebie swoje pieniądze i nie dzielić się z nikim.

Nie potrafi przyjąć od drugiej osoby i nie potrafi dać. Chce być niezależny, ale nie rozumie, że dawanie prezentów czy choćby komplementów wcale tego nie wyklucza. Nie lubi Świąt. Życzenia, podarunki, uśmiechy. To wszystko wydaje mu się fałszywe. Nic od nikogo nie chce i marzy o tym, żeby od niego też nikt niczego nie chciał.

Ktoś, kto nie potrafi wziąć, nie potrafi również dać.


Nie pamiętam, czy Wam mówiłem, że w ostatnie wakacje szedłem do Częstochowy. Taka wakacyjna "rozrywka" dla hardcore'ów. Nie wiem, czy macie pojęcie, jak to wygląda. Idzie się cały dzień. Śpiewa. Modli. Postój jest co półtorej godziny, co dwie, co dwie i pół. Ogrom świetnych ludzi w każdym wieku. Zasypia się o 22, 23 w porywach do północy. Nie warto później, bo następnego dnia maksymalnie w pół do 6 trzeba wypełznąć z namiotu i składać go na zroszonej trawie. Albo przemokniętej przez całonocną ulewę.

I właśnie tej mokrej, zielonej, pachnącej, ubitej setkami namiotów trawy mi brakuje dziś, kiedy za oknem jest mokry, lepki, jeszcze biały śnieg. Kiedy trwają moje ferie i mogę wstawać o 11, nie spóźniając się na 4 lekcje. Właśnie dziś, gdy mogę cały dzień oglądać House of cards, czytać "Rok 1984", pisać posty na bloga, maile, listy, sprzątać, biegać, robić pompki czy tańczyć.

Tydzień przed wyjściem do Częstochowy wróciłem z gór. Moich ukochanych gór. Żaden ze mnie taternik, nigdy nie szedłem sam nawet na Gubałówkę. Ale tygodnie, które spędziłem w Tatrach od zawsze uznawałem za najlepsze w roku. Prawie codziennie budząc się, patrzyłem na skąpaną słonecznymi promieniami dolinę odległą od mojego okna o kilka kilometrów. Prawie codziennie, bo czasem mgła chowała ją przede mną nawet na kilkadziesiąt godzin. Wieczorem wracając do domu przyglądałem się światłom miasteczka leżącego w dolinie. Nie szczekał żaden pies. Nie wyła żadna syrena. Nie dzwoniły dzwony. Było ciemno, ciepło i pusto, a każdy mój krok odbijał się na asfalcie tak, że czułem, jakby cała dolina słyszała mój powrót do domu. Pachniało nocą. Pachniało latem. Pachniało rajem.

W mieście, nawet niewielkim, trudno o tak błogie spotkania z naturą. Mam to szczęście, że nie mieszkam w bloku, ale ogród, ogródek czy nawet las, to mglista namiastka letnich romantycznych wieczorów i rześkich poranków. Świadomość, że jest się częścią otaczającego, wielkiego i przepięknego świata, to moje najbardziej ekologiczne i największe wspomnienie tego lata. Poprzedniego i przedpoprzedniego też. Tęsknię za tym, ale to dobra tęsknota, bo wiem, że za pół roku ją zaspokoję i rozpalę jeszcze bardziej. To dlatego wakacje są najlepszą częścią roku. Nie przez brak konieczności chodzenia do szkoły. To miejsce, gdzie jestem czyni je wyjątkowymi, nie ilość wolnego czasu.

Tyle na dziś. Pociągnę ten temat jeszcze, bo czuję, że nie wyczerpię go nawet w kolejnym tekście. Wakacje już niedługo. Trzymajcie się ciepło.

Są takie dni, że nic się nie chce. W dodatku budzik zadzwonił za wcześnie, a za oknem widać zupę koloru szarego bez jakichkolwiek dodatków. Wszystko mówi "Idź spać". I chcesz się obudzić, ale jakoś tak... nie ma po co.

Są też takie dni, że smutek przychodzi sam. Raz przez osobę, raz przez wydarzenie, niepowodzenie, mecz naszej reprezentacji, a czasem bez powodu. Humor nie pozwala na efektywne wykorzystanie czasu. Żyć się nie chce.

Choć na smutek najlepszym lekarstwem jest Nutella i dobre towarzystwo, to muszę przyznać, że są takie dni, że w pobliżu nie ma, ani jednego, ani drugiego. Co może poratować? Muzyka! Dobre, energiczne kawałki, które nie tylko dają kopa, by wziąć ten dzień w swoje ręce, ale wprost częstują optymizmem, a jeśli nie, to chociaż kolorują ten szary nudny krajobraz zza okna.

1. Coma - Los, cebula i krokodyle łzy
Choć dźwięki intra, jak również pierwszej zwrotki, nie są zbyt energetyczne, to Coma rozkręca się razem ze słuchaczem. Tekst mówiący wszystko na temat Twojego złego humoru, słowa "Przestań wyć!" aż po mocniejsze wejście perkusji i gitary. Przy tej piosence jeszcze nigdy nie znalazłem dobrego powodu do smutku. 
2. Macklemore - Can't hold us
Tym razem coś anglojęzycznego. Hit lata 2013, czyli przebój Macklemor'a "Can't hold us". Dla mnie był to kawałek, który zapętlałem wielokrotnie już po pierwszym przesłuchaniu. Choć na co dzień rzadko słucham muzyki zza Oceanu, to "Can't hold us" zagościło na stale na mojej liście odtwarzania. W tamte wakacje nie byłem na imprezie, na której ten track Macklemore'a nie porwałby do tańca nawet największych sztywniaków.
3. Zabili mi żółwia - Wiosna
Choć ta pioenka ma już 9 lat, to odkryłem ją dopiero wiosną 2014. Gdybym przeczytał sam tekst, z pewnością nie powiedziałbym, że ten kawałek może wyciągać spod ścian obrażalskich czy robić wieczór nieszczęśliwie zakochanym. A jednak energetyczny refren działa lepiej od kawy, gdy potrzeba liścia na odmułkę.

4. Macklemore - And we danced
I wracamy do rapera ze Stanów. Imprezowe "And we danced" nakazuje uśmiechnąć się za każdym razem, gdy przypominam sobie własną imprezę, na której we danced. Choć tekst nie należy do najmądrzejszych, to wspomnienie dobrej zabawy zawsze daje szczyptę optymizmu i pytanie "to kiedy powtórka?".
5. DonGURALesko feat. Pezet - Wznieście ręce w powietrze
Nie mogłem się powstrzymać, żeby nie wrzucić czegoś z rodzimego rapu. Pewnie znalazłoby się więcej hiphopowych kawałków twórców znad Wisły pasujących do tego zestawienia, ale ten był pierwszym, który usiadł mi w pamięci na tak długo. Głowa rusza się sama, gdy tylko wchodzi refren. Wznieście ręce w powietrze!

A jakie są Wasze kawałki na szare dni? Podrzućcie je koniecznie w komentarzach! Kto wie, może Twoja piosenka zrobi komuś innemu dzień?
Źródło: Flickr
Jest sobotni wieczór. Wszyscy idą na domówkę, do klubu albo obejrzeć w pubie mecz. A Ty zostajesz w domu jak ostatni nolife, bo nikt Cię dziś nigdzie nie zaprosił. Masz kilku kumpli, którzy tego wieczora również nie spędzają w większym gronie. Niech wpadną, co Ci szkodzi?

Przychodzą, nalewasz soki, włączasz wieżę. Muzyka gra. Trochę poobgadujecie tych, którzy nie słyszą, ale to nieładnie, więc długo to nie trwa. I co tu zrobić? Tak! Fejs! Snap! Insta! Zróbmy sobie WiFi-party. Więc wybieracie wygodnie swój kąt, swój fotel czy miejsce na kanapie i śledzicie, wyświetlacie, dajecie serduszka. Jest wspaniale.

A teraz wyobraź sobie, że dzieje się to samo, ale... nie ma Internetu. Jak to?! Pomocy! Nie! Mamo, zrób coś! Dzwonię na policję! No nie ma, klikasz w ten router i nic. Po prostu mogiła. Co robić?

W czasach, gdy w ulicznych korkach stały dinozaury, a kuchenki gazowe odpalało się krzemieniem, ludzie potrafili odpowiedzieć sobie na to pytanie. Zagłębiali się w odmęty szaf, wchodzi na krzesła, zaglądali na regały i wyciągali kartonowe pudła.

Monopol. Rummikub. Scrabble. Skip-bo. Ryzyko. Ręka do góry, kto pamięta gry planszowe!

Dla mnie te zakurzone pudła wyjmowane po tygodniach zapomnienia to prawdziwe skarby. Ileż to było radości po zwycięstwach, a ile nerwów i wrzasków, gdy ktoś oszukiwał. A jakie wielkie sińce pod oczami pojawiały się następnego dnia po nieprzespanej nocy. Ciągle ktoś krzyczał "gramy jeszcze raz!", bo mu się nie powiodło. A to wciąga. Cyfry. Litery. Działki. Zamki. Żołnierze. Po prostu karty.

Rozgrywka, rywalizacja i kreatywność. Tyle można z tych pudeł wyciągnąć, ale to dopiero początek litanii. Poza zdrowym, a na pewno zdrowszym, niż przed ekranem, sposobem spędzania czasu, te gry uczą przede wszystkim logicznego myślenia. Eliminowania. Dostrzegania zależności, możliwości. Uczą wykorzystywania ich. To taka matematyka, tylko o wiele ciekawsza, bo nie Kasia kupiła sześć cukierków po 2 złote i siedem po 4, tylko wujek Stefan zaraz położy siedem liter, zgarnie potrójną premię i będzie miał najwięcej punktów, znowu!

Dla mnie gry planszowe i nie tylko planszowe są esencją towarzyskiego życia. Bo można w szachy i warcaby, w karty i w Scrabble zagrać przez Internet, ale to tak jak porównywać granie w Fifę do prawdziwego meczu. Trawa nie brudzi kolan i nie czuje się kopnięć rywala. Pionków nie brakuje, plansza jest idealnie gładka i nie czuć tego wiercącego wzroku rywala.

Może dla Ciebie rozegranie partii w coś oprócz LoLa będzie powrotem do korzeni. Dla mnie to żywa tradycja, w dodatku jedna z moich ulubionych. Dzwoń po kumpli, zamów pizzę i wyciągaj planszę. Sobota trwa! Have fun!
Źródło: sklep.jasonhunt.pl
Wspominałem jakiś czas temu, że przyszły mi książki Kominka. Nie powiedziałem Wam jednak wszystkiego - obie już miałem i obie przeczytałem. Po co dublować pozycje, które już stoją na półce?

Tomek Tomczyk zmienił oba blogi kominek.es i kominek.in w jeden - Jason Hunt. Ale to nie wszystko - poszedł jeszcze dalej. Wydał reedycję czy raczej rozszerzone wydanie swojej pierwszej książki. Ulepszona wersja nosi tytuł "Bloger i social media".

Czytając to dzieło po raz pierwszy czułem się, jakbym spotkał się z kimś, kto na blogowaniu zjadł zęby, i wysłuchał jego wykładu na temat pisania bloga. No właśnie- pisania? Tomczyk szeroko i wyczerpująco wyjaśnia, że blog to nie tylko pisanie. Co więcej, pisze, że sam blog jest i będzie coraz mniej ważny dla blogerów.

Książka Kominka to obowiązkowa pozycja dla każdego, kto ma aspiracje zdziałać coś w sieci. Oczywiście target stanowią blogerzy, ale nie sposób nie zauważyć, że na tych 500 stronach kryje się wiele uniwersalnych spostrzeżeń dotyczących każdego użytkownika Internetu. Wskazówki Tomka są trafne. Wielokrotnie dzieli się on swoimi przewidywaniami na najbliższe lata. Niektóre już się ziściły (w okresie pomiędzy pierwszym a aktualnym wydaniem książki), niektóre już na pewno się nie spełnią. Swoje pomyłki zauważa sam autor i przyznaje się do nich, jednocześnie wysnuwając wnioski na przyszłość.

Język na kartach "Blogera i social mediów" jest inny od tego najczęściej spotykanego w książkach. Nie trzeba się zastanawiać co oznacza dane słowo, bo styl, w jakim utrzymana jest książka, jest po prostu luźny. Prosty i bardzo rzeczowy. Trzeba się mocno napocić, żeby źle zinterpretować słowa Tomczyka.

Na własnym przykładzie Kominek pokazuje, czego unikać w kontaktach z reklamodawcami, jak nie dać się wykiwać przy negocjacjach i jak kreować wizerunek. Poza tym, że "Bloger i social media" to świetny poradnik, muszę przyznać, że historia Tomka Tomczyka to motywacja sama w sobie, która daje kopa i wysyła na drogę kreatywności i działania.

Czy warto kupić rozszerzoną wersję "Blogera", skoro mam już pierwsze wydanie? Warto. Rozdział poświęcony social mediom, to najlepsza analiza funkcjonowania na Facebook'u, Twitterze czy Instagramie, na jaką trafiłem, a na pewno najlepsza wykonana przez polskiego blogera. Poza tym wiele rozdziałów jest zaktualizowanych (prawie za każdym razem aktualizacje są wyraźnie zaznaczone - jeśli chcesz szybko doczytać tylko to, czego nie ma w poprzednim wydaniu, które znasz już na pamięć, to nie będzie to problemem). Nie będę przyznawał gwiazdek czy serduszek tej książce. Lepszej na temat blogowania i polskiej blogosfery nie znajdziesz. No chyba, że tę drugą Kominka.
Źródło: spadkopca.pl
Może ze trzy dni temu rozmawiałem ze znajomym o kinie. W zasadzie prosiłem go, żeby podrzucił mi coś do obejrzenia. Już dawno nie oglądałem czegoś, co by mnie porwało. No dobrze, była produkcja o Relidze, była ciekawa produkcja "Powstanie Warszawskie", ale mimo wszystko zdecydowana większość filmów, które ostatnio obejrzałem, to były obraz lekkie i przyjemne, takie jak "Wkręceni". Nie oznacza to, że były złe. Po prostu zbyt proste, żeby myśleć o nich po wstaniu z granatowego fotela na sali kinowej.

Wpisując do kalendarza kino, nie miałem pojęcia, na co się piszę. Ktoś mi polecił i miałem sposobność sprawdzenia, więc czemu nie? Nie mam pojęcia, kim jest Zanussi, z kim współpracował do tej pory, ani jakie filmy stworzył. Znawca kina ze mnie żaden. Ale swoje dwa grosze wtrącę.

Obce ciało. Co to może być? Sprawdziłem na filwebie czy czymś takim, ale widząc pierwsze kilka komentarzy, uciekłem stamtąd ze strachu przed spoilerami. Sprawdzę sam - to zawsze najlepsze wyjście.

Pierwsze sceny ukazują zakochanych ludzi. Celowo nie piszę kochających się. Miłość to nie beztroska, zakochanie tak. I właśnie taką beztroskę widać na samym początku filmu. Piękny krajobraz i szczęśliwa kobieta ze szczęśliwym mężczyzną. Tak to wygląda. Do czasu.

Bo Kasia, w którą wcieliła się Agata Buzek, chce zostać... zakonnicą. Jak to?! Co?! Zakonnicą?! Ano zakonnicą. I choć najbliższa rodzina chce jej to utrudnić, to wszystko na nic. Kaśka wybiera klasztor zamiast Angelo - przystojnego Włocha, który nie traci wiary w uczucie i jedzie za swoją wybranką do Polski, by ją odzyskać.

Mogę wiele napisać o dziwności tego obrazu. W ogóle jak można zrobić film o zakonnicy? Osobiście nie wiem jak, tyle że wbrew powszechnym lamentom ten film... nie jest o zakonnicy. Więc o czym? Przecież pisałeś, że Kaśka poszła do zakonu. No pisałem. To o co chodzi?

Nie myślcie, że Angelo siedzi 24/7 pod bramą klasztoru i drze się "Kaśka! Piosenkę ci napisałem!". Nic z tych rzeczy. Trafia w sam środek korpobagna, które chce go zassać do środka. Bez namacalnego powodu, bez motywacji osobowej Angelo... nie daje się zassać.

"Obce ciało" to film, który spełnił moje oczekiwania. Pomijając wszelkie kwestie religijne - ma ogromny atut, który jest u mnie najwyżej punktowany. Jest niebanalny. Na spotkaniu z reżyserem padły słowa "Dzisiejszy świat stawia szybkie pytania i chce szybkich odpowiedzi.". Dokładnie tak, to zdanie trafia w samo sendo. I dalej mówca ciągnął "Tymczasem ten film nie daje ani szybkich pytań, ani szybkich odpowiedzi.". Nic dodać, nic ująć.

Można zapytać o miłość w tym obrazie, można zapytać o powołanie i jeszcze o wiele innych ważnych rzeczy. Ale mi na usta ciśnie się pytanie o wartości. Czy je mam? Czy ich bronię? Dlaczego to robię?

Dziesiątki myśli można wyciągnąć z "Obcego ciała", a każdą z nich uznać za motto. Tylko po co?

"Obce ciało" nie jest dobrym wyborem, jeśli chcesz się pośmiać. "Obce ciało" to fatalny wybór, gdy chcesz się zrelaksować. "Obce ciało" nie jest lekkie. "Obce ciało" nie jest poprawne. "Obce ciało" robi to, czego świat nienawidzi - skłania do myślenia. Myślenia o sensie życia i jak to życie przeżyć. Po co mi wolność i co to jest wolność? I po jaką cholerę oglądałem ten film?

Jeśli stać Cię na to, żeby się oderwać od korpobagna, to je obejrzyj w kinie. Jeśli zakonnica to dla Ciebie wariatka, to obejrzyj ją w kinie. Jeśli wybrałeś swoją drogę, to sprawdź, jaka jest, w kinie. "Obce ciało" to film, w którym każdy odnajdzie siebie. Ale nie wszyscy się z tego ucieszą. Prawda boli.
Źródło: onet.pl

Drugi odcinek z serii Moje nie moje. Tym razem przeczytacie kilka zdań od angielskiego twórcy, o którym było już głośno na tym blogu. 
Najgorsze w Dwóch Minutach Nienawiści było nie to, iż człowiek czuł się zmuszony do takiego zachowania, ale że nie umiał się wręcz powstrzymać od przyłączenia do zbiorowego obłędu. Już po trzydziestu sekundach udawanie stawało się zbędne. Ohydna ekstaza strachu i mściwości, pragnienie mordu, zadawania tortur, miażdżenia kilofem twarzy płynęły przez całą grupę jak prąd elektryczny, przemieniając wszystkich wbrew ich woli w toczących pianą rozwrzeszczanych szaleńców. Ta przemożna furia była abstrakcyjnym, nie ukierunkowanym uczuciem, które z łatwością skupiało się na tym lub innym celu niby płomień lampy lutowniczej.
 George Orwell - Rok 1984

Jestem przekonany, że ta lektura dostarczy wielu inspiracji. A zacząłem ją czytać niemal niechcący...
unsplash.com
Dzień zaczął się fatalnie. Wstałem później, niż chciałem. Woda pod prysznicem była zimna. A potem wyjrzałem przez okno. Śnieg. Wszędobylska biel. I jeszcze ten chłód, który czuć już przy zbliżeniu do okna. Zachmurzone szare niebo. A miał być spacer w blasku słonecznych promieni, miała być starówka, dziesiątki uśmiechniętych dziewczyn i cukierki. Zawsze coś, kuźwa. Akurat w dzień wyjazdu spadł ten durny śnieg. Najlepiej bym się walnął i przespał z nadzieją, że jak znów otworzę oczy, to miejsce śniegu zajmie słońce. Najlepiej, ale nie chce mi się spać.

Miałem napisać, że pociąg wtoczył się na peron, ale to raczej ja wtoczyłem się do pociągu, który posłusznie na mnie czekał. Urósł trochę od soboty. Tak o jeden poziom siedzeń. Ruszył prawie punktualnie i prawie punktualnie dojechał, ale jak mógłbym mu to rozpamiętywać, kiedy był taki schludny, czysty, cichy, szybki i najważniejsze - luźny. Nikomu przez myśl nie przyszło się do mnie dosiadać i to chyba nie ze względu na moją osobę, a na ilość wolnych miejsc. Uch, chociaż jeden pozytywny aspekt tego marnego szaro-białego dnia.

Zachwalam maszynę, ale czym by był ten beznadziejny szaro-biały dzień bez ludzi?

Był roześmiany i trzymał w ręce gazetę. Zabrałem Mu ją, gdy tylko się przywitaliśmy. Przyjechałem zobaczyć jak żyje i okazało się, że jeszcze lepiej, niż wygląda. Choć wycieczka była raczej po wnętrzach, niż po najpiękniejszych miejscach Warszawy, to zobaczyliśmy to, co najlepsze - siebie nawzajem. Ileż to było śmiechu, ile do opowiedzenia, ile do powspominania. I zrobił to, co zwykle.

- Skończ to, zanim się zacznie.
- Zawsze mi wszystko spieprzysz.
- Jestem Twoim sumieniem.

Moje Sumienie nakarmiło mnie, zaspokoiło pragnienie i rozwiało egzystencjalne wątpliwości, nie zapominając by stworzyć nowe. Ale przyszedł czas, że trzeba było się z Sumieniem rozstać. Podaliśmy sobie dłonie.

- Żegnaj Sumienie.
- Żegnaj Tomek.

Samotność nie zasiedziała się u mnie długo. W sumie jej nie wpuściłem. Nie było na nią miejsca, odkąd pojawiła się Ona. Sumienie śmiało się szeroko, ale było to niczym przy Jej uśmiechu. Radośnie stawiane kroki zbliżyły nas do siebie. Drobna. Dziarska. Energiczna. Można jej zarzucić o wiele więcej, ale na pewno nie smutek. Nie wiem, ile czasu była obok. Za mało, ale wystarczająco. W sam raz, żebym zdążył zapomnieć, jaki ten dzień jest fatalny i szaro-biały. Było już kawał po zmroku, kiedy podaliśmy sobie dłonie.

Znalazłem chwilę na Samotność i już jej otwierałem drzwi, kiedy w betonowym tunelu - esencji szarości tego dnia - usłyszałem dźwięk szkła. Szkła i wody. Niemineralnej, ale jakiejś takiej... innej. Może to nie było szkło. Może to nie była woda. Ale dźwięk płynął. Płynął delikatnie, dynamicznie, subtelnie. Pluskał się w tym podziemnym przejściu. Zobaczyłem go. Siedział po turecku i miał między nogami jakiś przedmiot, w który uderzał dłońmi. A za każdym razem, gdy dłoń spotykała się z osobliwym bębnem, moje ucho spotykało się ze śpiewającą falą. Łaziło tam sporo ludzi, ale byliśmy sami. Ja, on i jego fale. Powiedzieć o tej muzyce "miód na uszy", to nie powiedzieć niczego. To coś więcej, coś... Nie pamiętam. Coś mi wypadło. Coś metalicznie stuknęło w puszce. Trzeba było iść. Przechodząc koło niego zobaczyłem, że ten dzień nie był ani przez chwilę szaro-biały. Instrumentem, narzędziem czy raczej melodyjną różdżką okazało się naczynie pomalowane na wszystkie 3 znane mężczyznom kolory i jeszcze 100 innych, które potrafi nazwać płeć piękna.

Ten garnek, wazon lub cokolwiek to było, wyglądał jak mój dzień. Nie miał własnego głosu, ale śpiewał, mógł być beznadziejnie nudny i szaro-biały, a był barwny jak ogrody Edenu.

Każdy taki może być. Ona, On i Pan z garnkiem namalowali mój dzień. Ale tylko jedna osoba może uczynić Twój pięknym. Ta osoba właśnie czyta ten tekst. Od niej zależy czy wsiądzie do pociągu, czy zostanie na cały szaro-biały dzień w łóżku. Nie oglądaj się - o Ciebie chodzi! Wsiadaj!
Powiem Wam szczerze, że im dłużej człowiek nie pisze, tym trudniej napisać cokolwiek. I nie jest to niby odkrywcze, bo przecież trudniej kopnąć prosto piłkę po 3 miesiącach przerwy, niż 3 meczach z rzędu, a jednak wielu może wydawać się inaczej. No bo jak to? Pisałeś codziennie i miałeś temat, a teraz miałeś 3 dni przerwy (czytaj: 3 tematy) i przychodzisz z niczym?

Na szczęście nie z niczym. Bo gdy bloger nie ma o czym napisać, to pisze o tym, co się dzieje. Połowa stycznia. Karnawał. Bale. Szale. Disco polo. Jednym słowem - STUDNIÓWKA.

Nikomu nie trzeba tłumaczyć, że studniówka to taki przedmaturalny bal. Każdy wie, że potem po fejsie latają fotki-meteory, na których jest kilka dziewczyn z kieckami zadartymi w celu pokazania czerwonych podwiązek. Czy to mądre, czy to fajne - nieważne, taka tradycja, to się jeszcze przez lata nie zmieni. Nie jest to może piękny widok (jakoś nie kręcą mnie te czerwone podwiązki na rajstopach, czy wszystko ze mną ok?), ale z pewnością nie jest najgorszy.

Bo najgorsze przed Tobą. Przed Tobą, gdy stoisz przed rzędem przyszłych maturzystek, wszystkie stoją do Ciebie przodem, a Ty nie masz pojęcia jak wyglądają. Przecierasz oczy, dajesz sobie liścia na odmułkę i nic. Nie widać, co tam się kryje.

Widać puder. Fluid. Podkład. Nakład. Tusz. Atrament. Szminkę. Błyszczyk. Brokat. Kredkę. Flamaster. No wszystko. Wszystko, oprócz oblicza stworzenia. Widać kształt, czuć zapach, słychać, co mówi, ale to wszystko marność, kiedy nie wiadomo, czy twarz jest ładna i zadbana.

Ładna i zadbana - niesztuka zrobić to przy pomocy wszystkich wymienionych przeze mnie instrumentów i ich droższych zamienników. Sęk w tym, żeby pokazać się bez tego wszystkiego.

Ale stop. Chwileczkę. Ja wiem, Drogie Panie, że Wy musicie. Że bez tego, to przecież bym na Was nie spojrzał itd. No racja, zgoda, oczywiście, same też byście na siebie nie spojrzały i w ogóle wszyscy byśmy chodzili z zamkniętymi oczami, ale nie kładźcie tego więcej, niż zwykle. Dlaczego? To sekret.

Zdradzę Wam ten sekret: im tego więcej, tym gorzej.

A dlaczego wiążę tę tajemnicę ze studniówkami? Bo tam stężenie ciał obcych na Waszych pięknych twarzach, Kochane Czytelniczki, sięga zenitu. Zenit przekraczacie na weselach.

Makijaż jest konieczny na taką imprezę. To nie ulega wątpliwości. Ale umówmy się - wszystko jest dla kobiet, tylko że z umiarem. Mam nadzieję, że Was zobaczę na studniówce. I Wasze buzie też.

Źródło: Flickr
Lepszego zdjęcia nie znalazłem, choć pani z obrazka to zdecydowanie nie szczyt makijażowej głupoty.
Wczoraj przyszły mi książki Kominka. Choć mało prawdopodobne, żebyście go nie znali, to na wszelki wypadek przedstawię. Tomek Tomczyk. 7 lat (a właściwie 9) pisał jako Kominek. Od dwóch tygodni wszystko się zmieniło. Jego nowy blog nazywa się Jason Hunt. Zapomniałbym dodać - lider polskiej blogosfery.

Teoretycznie kupiłem 2 książki, które już przeczytałem. Paczka zawierała drugą książkę Tomka "Blog. Pisz, kreuj, zarabiaj", którą przeczytałem rok temu i rozszerzoną wersję pierwszej, której tytuł pierwotnie brzmiał "Bloger", teraz jest przechrzczony na "Bloger i social media". Również przeczytana, ale w pierwotnej wersji. Wszystkim, którzy myślą o blogowaniu czy współpracy z blogerami polecam sprawdzić obie, ale o tym więcej będzie prawdopodobnie w przyszłym tygodniu.

Dziś podzielę się z Wami tylko jedną myślą zaczerpniętą z książki Kominka. "Zmiany. Są dobre." Właściwie mógłbym urwać i dać Wam dużo miejsca i czasu do własnej interpretacji tych słów, ale nie po to tu przyszedłem. Dodam trochę od siebie.

Pisałem już kiedyś o tym, że boimy się tego, czego nie znamy i stąd nasz lęk przed zmianami. Zmiany, o których mowa w książce Tomka Tomczyka dotyczą bloga. Jego wyglądu, nazwy, domeny, tematyki. Wszystkiego. Oprócz autora. Lepiej od niego tego nie wyjaśnię - kupcie lub poczekajcie do przyszłego tygodnia na moją recenzję.

Zmiany są dobre. Również te pozablogowe. Nowa szkoła, nowa praca, nowe mieszkanie, nowi ludzie, nowe miasto, wreszcie nowy nauczyciel. Wszystko, czego jeszcze nie znasz, może Cię wpędzić w obawy. A z tego zrodzi się pytanie - a może sobie odpuścić? Jeśli jesteś słaby, odpowiesz "tak". Nie będzie to koniec świata, ale pozostaniesz w miejscu, w którym byłeś do tej pory.

Ktoś powiedział kiedyś, że stać w miejscu to cofać się, bo świat nie stoi, a idzie naprzód. Zapamiętaj te słowa, bo to prawda. Ty się tylko zastanawiasz, Ty się tylko boisz, a świat Ci ucieka. Twoje marzenia. Twoje ambicje. Twoje plany. Nie stój. Do roboty. Zmiana.
Nie wiem, czy Was cokolwiek obchodzi polityka. Zazwyczaj mówię, że się tym interesuję i z prawdą się nie mijam, ale od czasu do czasu mój stosunek do polityki lepiej określiłoby słowo "obrzydzenie". 

Tak czy inaczej coś Cię z politykami łączy. Jestem pewien, że kiedyś się pokłóciłeś. Z mamą. Z tatą. Z rodzeństwem. Z wściekłą nauczycielką. Z nieuczciwym graczem na serwerze. Z najlepszą przyjaciółką. Z obcym człowiekiem. Każdy kiedyś się pokłócił i tego nie da się podważyć.

Spory przybierają najróżniejsze formy. Niektóre kończą się zdejmowaniem marynarek i pokazywaniem pozawerbalnych argumentów, inne ciągną się przez całą noc nad kieliszkami, żeby nad ranem ululać dyskutantów do snu.

Dziś chcę zaledwie wspomnieć o czymś, czego na pewno doświadczyliście. Argumentum ad personam. Tak to się fachowo nazywa, a w przełożeniu na nasze - jak już nie wiesz, co powiedzieć, przeciwnik Cię punktuje, a Ty rzucasz heroiczne "zamknij ryj, idioto!" z nadzieją, że może coś ugrasz. Jeśli jesteś grzeczniejszy lub kobieca, mówisz słodkim głosem "nie wiem, jak możecie wierzyć takiemu kretynowi". Tak to wygląda w krzywym zwierciadle.

Argumentum ad personam. Z łaciny te 3 słowa oznaczają argument do osoby. I jak typowy bloger nie będę sugerował, tylko zapytam. Serio uważasz, że to jest argument? Że w dyskusji można merytorycznie nazwać kogoś cwelem, nie odnosząc się do jego racji?

Ludzie traktują czasem argument ad personam bardzo poważnie. Nie ulega wątpliwości - w ten sposób można wygrać kłótnię. Przeciwnik zaczyna się denerwować, odpowiada pięknym za nadobne, robi się gorąco. Łatwo go sprowokować. Czasem postronne osoby przyglądające się dyskutującym mogą pomyśleć "dobrze mówi, ten drugi to jakiś palant". Ale nadal inwektywa nie jest argumentem w dyskusji. Może być sposobem wygrania jej, ale nie jest argumentem.

Merytoryczne wypowiedzi są w cenie, gdy rozmawiają ludzie mądrzy. Niestety mądrych jest mniej od pozostałych i często wygrywa ten lew, który najgłośniej ryczy.

Jeśli kiedyś zdarzy Ci się, że podczas kłótni ktoś odpowie zniewagami na Twoje argumenty, powiedz mu, że argumentum ad personam to żaden argument (możesz dosadniej, wedle uznania) i przytocz jeszcze raz własne racje. Niech się zagotuje. Jeśli ktoś wyjdzie na debila, to z pewnością nie Ty.
Źródło: wp.pl
W zeszłym tygodniu we Francji zaatakowali islamscy terroryści. Zginęło kilkanaście osób. W Paryżu odbył się ogromny marsz - manifestacja, której celem było powiedzenie "nie" terroryzmowi. Wzięli w niej udział politycy z wielu państw świata, europejskich i nie tylko.

Niestety nie było to najbardziej krwawe wydarzenie 2015 roku. Bojówkarze islamskiego ugrupowania Boko Haram w Nigerii w bestialski sposób rozprawili się z ponad 2 tysiącami osób. Z miasteczka Baga uciekło blisko osiem tysięcy ludzi wg danych, które udało mi się odnaleźć. 1/5 ludności dziesięciotysięcznej miejscowości została zamordowana. A wszystko to dzieje się w cieniu wydarzeń z nad Sekwany.

Dla nas Europejczyków ataki we Francji były czymś przerażającym. Szok. Niedowierzanie, że to się jednak stało. Nieco mniej liczne głosy przypominały "mówiliśmy o tym od jakiegoś czasu". Życie każdego spośród zabitych, zarówno z Europy jak i z Afryki, było warte tyle samo. Odnoszę jednak wrażenie, że dla wielu osób w Europie nie jest tak straszna sama śmierć tylu osób, co fakt "to jest tak blisko nas!". 

Każdego dnia w wojnach na całym świecie giną tysiące ludzi. Ale nikt w krajach "pierwszego" świata wydaje się nie być tym zainteresowany, dopóki morderstwa nie dzieją się na naszych oczach. Normalne - ktoś może powiedzieć. Co mnie to obchodzi. Niech się zabijają. Co mam zrobić? Nic nie poradzę. Mam własne zmartwienia.

Nie mam pomysłu na pomoc ludziom w Afryce, którzy padają ofiarą ataków takich jak ten z Bagi. Ale mam świadomość, że moje życie nie jest warte więcej od życia tych wszystkich z Nigerii czy Charlie Hebdo. I mam ogromne szczęście, że żyję w Polsce. Bo mogłem się urodzić kilka tysięcy kilometrów na południe i tydzień temu być w stanie Borno w okolicach Bagi. Nie mam na co narzekać. Ty też nie.
Dzień był deszczowy i wieczór też. Zdążyło się ściemnić, gdy skręcałem w boczną uliczkę. Idąc po szarej kostce minąłem się z parą zakapturzonych rowerzystów. To był dobry dzień - pomyślałem. Krople deszczu na szklanej powierzchni powoli utrudniały widoczność. Przetarłem je niebieskim rękawem bluzy wyłaniającym się spod czerwieni kurtki. Uliczka prowadziła pod górę, aż do samej kładki na torami. Wchodząc zobaczyłem z daleka paradoksalnie blade i jaskrawe zarazem światła pociągu. Jechał powoli, wolniej od zwykłych pociągów. Idąc spiralą kładki obserwowałem cały czas toczące się po torach wagony. Pociąg zbliżył się, a ja zobaczyłem tony węgla, które przewoził. Ot tak. Zwykły towarowy pociąg. Ale coś we mnie obudził. Coś mnie tchnęło, że skądś znam ten dźwięk przesuwania się po torach.

Nie mogłem sobie przypomnieć skąd. Kładka się skończyła. Węgiel odjechał, a ja poszedłem dalej, nie myśląc dłużej o tym. Nie zdążyłem ujść kolejnej ulicy, kiedy do głowy wpadł mi niesłuchany od kilkunastu tygodni track Bisza. Bardzo lubię klimat tego kawałka, więc chętnie odpaliłem go z telefonu. Po pierwszych kilku sekundach już wiedziałem, skąd znam dźwięk pociągu. Trainspotting wszedł mi głębiej do głowy, niż się spodziewałem.
Pamiętacie tekst o Malutkich kuleczkach, w których zamknięta jest przeszłość? Pociąg i Trainspotting to trochę taka matrioszka. Z jednego wyszło drugie, a już sam kawałek Bisza jest kuleczką, która działa jak malusieńka bomba atomowa. Łańcuchowa reakcja przywoływania kolejnych wspomnień. Aż kończą się te związane z daną kuleczką i albo trafiasz na kolejną, albo wracasz do teraźniejszości.

Nasz mózg zapamiętuje o wiele więcej informacji, niż myślimy. Świadomość własnych wspomnień zapisanych w pamięci jest relatywna - zależy od tego, co akurat robimy, z kim, gdzie, o jakiej porze, jak tam pachnie i co nam się z tym kojarzy. Mieliście kiedyś tak, że przypomniało Wam się coś po latach jakieś wydarzenie, o którym nigdy wcześniej nie myśleliście?

To ciekawe. Psychologia powinna się tym zająć i pewnie już to zrobiła. Ale na tym się znać możecie tylko Wy - gdzie poszukać czegoś na ten temat?
Choć jestem blogerem, to zostało też we mnie trochę człowieka. Nie jestem najmądrzejszy na świecie, za to zdarza mi się czytać. Książki, opowiadania, artykuły, blogi dostarczają masy inspirujących, życiowych, śmiesznych czy po prostu wartych sprawdzenia cytatów. Warto się nimi podzielić. Niniejszym rozpoczynam serię "Moje nie moje", w której będę wrzucał najciekawsze cytaty, z którymi się spotkam.

Na dobry początek coś o dwoistości. Człowiek - bloger, człowiek - wilk. Z tym że ta pierwsza kompilacja ma przynosić skutki odwrotne do tych:
Był najczęściej bardzo nieszczęśliwy, temu nie można zaprzeczyć, i mógł także innych unieszczęśliwiać, mianowicie tych, których kochał, i tych, którzy jego kochali. Wszyscy bowiem, którzy go pokochali widzieli w nim tylko jedną stronę. Niektórzy kochali go jako człowieka subtelnego, mądrego i ciekawego i byli potem przerażeni i rozczarowani, gdy nagle dostrzegali w nim wilka. A dostrzec go musieli, gdyż Harry, jak każda żywa istota, chciał być kochany cały i dlatego nie mógł ukrywać i zapierać się wilka w sobie właśnie przed tymi, na których miłości najbardziej mu zależało. Byli jednak i tacy, którzy kochali w nim właśnie wilka, to co było swobodne, dzikie, nieokiełznane, niebezpieczne i silne, i ci z kolei byli znów ogromnie rozczarowani i zawiedzeni, gdy nagle dziki, zły wilk okazywał się również człowiekiem, tęskniącym za dobrocią i delikatnością, pragnącym słuchać Mozarta, czytać wiersze i mieć ogólnoludzkie ideały. I ci właśnie byli najbardziej zawiedzeni i źli, i dlatego to wilk stepowy wnosił swoją własną dwoistość i rozdwojenie we wszystkie obce losy, z którymi się stykał.
Herman Hesse - Wilk stepowy

Wy też czytacie. Dzielcie się w komentarzach tym, co najlepsze z Waszych lektur. 5!

PS. Do tych postów obrazków nie będzie. Te cytaty nie potrzebują tła - tak się umówmy.
Źródło: unsplash.com

Kiedyś w wakacje sprzedawałem książki na kiermaszu podręczników używanych. Nic wielkiego - mogłoby się wydawać i w istocie sam proces sprzedawania nie jest porywający. Ludzie się przepychają, są nerwowi i niecierpliwi. Trudno im się dziwić - kto by chciał w wakacje tracić popołudnie w kolejce po książkę i to w dodatku książkę do szkoły?

Na szczęście poza negatywnymi aspektami pracy z ludźmi, sprzedając książki można zobaczyć coś jeszcze. Hojność czy życzliwość są wspaniałe. Wyrozumiałość też. Ale największa wrażenie zawsze robiła na mnie taka zwyczajna dobroć. Dobroć brata dla siostry, ojca dla syna, córki dla matki. Kiedy odbierając kupione książki, jedno mówi do drugiego "daj, ja poniosę". Kiedy człowiek patrzy na monety trzymane w dłoni i po chwili konsternacji padają słowa "wydał mi pan za dużo". Kiedy w chwili przerwy jesz bułkę, a wchodząca pani mówi zwykłe "smacznego".

Ale oprócz obcych poznałem też wspaniałych kolegów i koleżanki. Mógłbym o każdym z nich napisać dłuższy lub krótszy tekst, bo w każdym jest coś wartego dostrzeżenia. Ale dziś tylko o jednym z nich. Koledze. Starszym. W końcu nie mógłby być inny - byłem zdecydowanie najmłodszym ogniwem w naszej ekipie.

Pamiętam jak zaczynałem od noszenia książek, jeszcze przed pójściem na sprzedaż. Wszystko wydawało się duże, a ludzi było tyle, że sam nie wiedziałem, gdzie jest koniec kolejki. I on chyba też nie wiedział, bo usłyszałem w końcu "Tomek, możesz nam pomóc.". Dobrze widzicie - to było pozwolenie. Rwałem się do tego, ale nie dziwię się obawom pozostałych. Miałem 13 lat.

Sprzedaż książki wymagała poprawnego przepisania kodu, odłożenia sterty podręczników, na które klient się nie zdecydował i w między czasie pobranie pieniędzy, ewentualnie wydania reszty. Jednej książki. To nic trudnego, ale gdy przychodzi mama bliźniaków po trzydzieści sztuk, to zaczynają się schody. Matematyka nigdy nie była moją najsłabszą stroną, ale w handlu nie ma co cwaniakować - kalkulator nie jest Twoim wrogiem. On Cię nie upokarza, on pomaga nie popełnić błędu. Tego mnie nauczył.

Zaufał mi. Poświęcił czas i wziął odpowiedzialność za moje domniemane błędy. Rok później zająłem jego miejsce - wiedziałem najlepiej, co gdzie leży, jak wygląda i czy jest, jeśli chodzi o książki do języków obcych. Zająłem jego miejsce, bo on został szefem. I przyznam szczerze - nie widziałem chyba nigdy osoby, która w takim wieku (studenckim) lub młodszym pokierowałaby tak dobrze swoimi rówieśnikami. Bo nie chodzi tylko o to, żeby nic się nie spieprzyło. Żeby stan zgadzał się z przychodem, a praca kończyła się o wyznaczonej porze. Atmosfera w zespole. Wzajemne zaufanie, życzliwość, odpowiedzialność. O to wszystko potrafił zadbać.

Dzięki niemu wiedziałem jak zorganizować ułożenie książek do francuskiego, rosyjskiego, niemieckiego, angielskiego i łaciny. Wiedziałem co robić, gdy ktoś prosi o fakturę. Ale przede wszystkim pokazał mi, że nie trzeba być jak wszyscy. Że być porządnym to nie jest wstyd. Że można być dobrym dla ludzi.

Pamiętam jak pomógł niememu klientowi. Jak odkładał dla niego książki i jak z ciepło potraktował tego pana, kiedy po nie wrócił. Wtedy nie wiedziałbym pewnie jak się zachować. Nie spróbowałbym się porozumieć, wzruszyłbym ramionami i smutno spuścił wzrok. On pokazał mi, że każdy jest warty uwagi.

Miał trochę ponad dwadzieścia lat. Chyba dwadzieścia jeden. Jego kumple szaleli, czekali na okazję do wypicia wódki, szukali mocnych wrażeń. A on po prostu był dobry. Był dojrzały. Był z klasą. Dziś rzadko się widujemy. Kiedy ja piszę ten tekst, on ratuje życie ofiarom wypadków. Jest dobry.
Źródło: screencrush.com
Jedna książka i to wcale nie najgrubsza, jaką w życiu przeczytałeś, a wystarczyło jej na 3 ponad dwugodzinne filmy. To znaczy prawie wystarczyło. Twórcy filmowej adaptacji „Hobbita” musieli trochę od siebie dodać. Niestety do Tolkiena im daleko.

Przed seansem przeczytałem tylko jedną recenzję ostatniej części ekranizacji. „Bitwa Pięciu Armii” nie zapowiadała się porywająco, ale nie warto wydawać sądów, dopóki nie zobaczy się na własne oczy.

Muszę przyznać, że mało brakowało i bym nie zobaczył z bardzo prozaicznego powodu. Przez pierwsze 20 minut toczyłem swoją własną bitwę. Przeciwnikiem był sen i miałem chyba trudniej, niż Bilbo i reszta paczki Thorina, a nawet trudniej od wszystkich krasnoludów i elfów, bo sen wydawał się słodki i kojący, w niczym nie przypominał Bolga i jego kumpli. Cóż, koniec tych dywagacji. Oczywiście wygrałem.

Na samym początku z ekranu buchają płomienie. Możecie się domyślić, że to Smaug mści się na mieszkańcach miasta. I co tu dużo gadać – nie trwa to długo. Żeby nie przesadzić ze spoilerami, nie powiem Wam już nic więcej na temat smoka.

Jak głosi sama nazwa film opowiada o bitwie. Muszę przyznać, że czekałem na nią cierpliwie i z wiarą, że wynagrodzi mi ona nudnawy wstęp, schematyczny wątek miłosny i wszędobylskiego idiotę, który leci do monet jak ćma do światła. Nie pomaga machanie rękami, wrzaski, przekleństwa – klei się do pieniędzy do samej śmierci.


Co do samej bitwy: szczęśliwie mnie nie zawiodła – było całkiem ciekawie. Peter Jackson przedstawił walkę w sposób fascynujący dla widza, dodał do tego liczne efekty specjalne i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie przewidywalność zarówno przebiegu starć jak i rezultatu. Jedyne, co mogę nazwać zaskoczeniem to śmierć. Nie powiem Wam czyja, bo być może ktoś zechce wydać kilkanaście peelenów i obejrzeć ekranizację jednej z nielicznych lektur szkolnych z gatunku fantasy.

To co mnie lekko rozczarowało w ukazaniu wielkiej bitwy to fakt, że od pewnego momentu jest ona sprowadzona jedynie do kilku osób. Rozumiem – inaczej się nie dało. Okej. Ale miało być pięć armii, a było pięciu walczących na krzyż.

A po bitwie koniec. Kilka godzin Bilbo szedł po ekranie do Góry, tymczasem powrót do domu zajął mu coś około 10 sekund. Wiem, wiem – czepiam się.

Film nie jest jakiś beznadziejny. Jest przyjemny dla oka i gdyby nie najpóźniejszy seans prawdopodobnie nikogo nie dopadłaby senność, a co najwyżej znudzenie. Trzeba jednak przyznać, że nie jest to zbyt ambitne dzieło. Fabuła jest zbyt prosta. „Władca Pierścieni” robi większe wrażenie. Może tylko dlatego, że wyszedł pierwszy, ale robi.


Definitywnie jeśli macie zaskórniaki tylko na jeden bilet do kina w tym miesiącu, to wydajcie je na coś innego. Osobiście nastawiłem się na drugą część „Wkręconych”. Będzie lepsza od poprzedniej – Gosia Socha zrobi różnicę. 
Źródło: Flickr
Wychodząc rano na autobus zobaczyłem bajkowy wschód słońca. Barwy tańczyły na niebie, a poranek choć mroźny wydawał się zwiastunem dobrego dnia. I dzień faktycznie był dobry. Ba, był wspaniały. Dla mnie i mam nadzieję, że dla Ciebie też.

Ale półtora tysiąca kilometrów na zachód i jeszcze trochę na południe wydarzyło się coś, czego prawdopodobnie nikt się nie spodziewał. W redakcji pisma "Charlie Hebdo" rozegrał się dramat. XI dzielnica Paryża stała się świadkiem brutalnego morderstwa. Zamaskowani muzułmanie zastrzelili 12 osób. Widziałem nagranie z dachu, na którym dobijają jednego z policjantów.

Od jakiegoś czasu Państwo Islamskie krwawo rozprawia się z chrześcijanami w Iraku. Świat patrzy na to, stara się coś robić, ale zagrożenie wciąż jest realne. Do tej pory argument - to daleko, u nas to nie przejdzie był w jakimś stopniu uzasadniony. W końcu gdzie Polska, a gdzie Bliski Wschód. Ale Francja? Francja to już nieopodal. W końcu zachodni sąsiad naszego zachodniego sąsiada.

Nie należę do największych cykorów i nie odwracam się w kinie, gdy krew kapie z ekranu. Ale mimo tego ciarki mnie przechodzą, kiedy wyobrażam sobie, że ktoś wchodzi do jednej z kamienic w moim mieście i nie bez zawahania strzela do ludzi, z którymi mijam się na ulicy. Rzadko używam tego słowa, a na pewno rzadko właściwie, ale tutaj wyjątkowo pasuje - to straszne.

Wiem o tym, że gazeta, której pracowników zamordowano, kpiła z islamu. Wiem również, że regularnie kpiła z katolicyzmu czy chrześcijaństwa w ogóle. I wiem, że w islamie nie ma nadstawiania drugiego policzka. Dlaczego oni o tym nie wiedzieli? Wiedzieli. Ale łamanie sacrum uczynili czymś zwyczajnym. Dlaczego piszę sacrum? Bo to cudza religia. To cudzy prorok. To mój papież.

Żaden, nawet najpodlejszy żart nie usprawiedliwia ani jednego mordu. Obojętnie czy ginie ten, kto żart wymyślił, ten, kto go opublikował, czy ten, kto znał ich z widzenia. Każdy z nich ginie niezasłużenie. Jednak taki obrót sprawy można było przewidzieć. We Francji zamordowano z powodu religii. W laickiej Francji.

W Internecie wrze niczym lawa dyskusja na temat zagrożenia ze strony islamistów w Polsce. Zagrożenie jest. Nie obecne, ale potencjalne. Przecież i do nas mogą napłynąć imigranci w poszukiwaniu pracy, i u nas mogą dostać swoje prawa, i w Polsce mogą zacząć walczyć o ich poszerzanie.

Co robić, gdy wydaje się, że nie da się zrobić nic? Czy humanizm (jak ładnie określiłem ateizm, wow) jest w stanie poradzić sobie z islamem? Nad Sekwaną sobie nie poradził. A nad Wisłą? Co mamy u siebie, czego nie ma Francja? Czym się różnimy? Co może mieć ten naród, który tyle wycierpiał, a który jest mistrzem w sporach między sobą? Co może mieć Polska?

Wiarę. Choć ewangeliczne przesłanie nadstawienia drugiego policzka jest zawsze aktualne, to nie jest ważniejsze od przykazania miłości - do Boga, do bliźniego, ale i do siebie. Siebie i swojego życia. Kochać je to znaczy szanować je, dbać o nie, bronić go.

Nie chodzi o to, żeby żołnierzom jadącym na front wręczać krzyże i robić z nich uczestników jakiejś krucjaty. Wystarczy, że będziemy mieli własną, silną wiarę. Wiarę, która nie załamie się pod naporem innego wyznania. Wiarę, którą będziemy żyli. Wiarę, której będziemy bronić. Wiarę, którą będziemy się kierować. Nie ślepą, tylko realną. Prawdziwą.
Źródło: tutaj
Zawsze z wakacji przywozimy sobie jakieś pierdoły. Breloczki, figurki, podkładki pod kubek, kufle, widokówki, alkohol, ciepłe skarpety od babci z Krupówek. Różności, ale nie przywiązujemy do tego zbyt wielkiej uwagi. Po latach robiąc porządki przed Wigilią znajdujemy te wszystkie suweniry w jakimś zakurzonym pudle z rupieciami i z uśmiechem na twarzy wracamy do czasu, gdy spaliliśmy się na plaży czy zabłądziliśmy na górskim szlaku.

Ja z Pragi przywiozłem sobie coś większego. Coś, co zamierzam oglądać codziennie, z czym chce się zżyć i co chcę uczynić częścią każdego dnia. Przywiozłem sobie obraz.

Nie jestem krytykiem sztuki, zwłaszcza malarstwa. Nie wiem, czy to impresjonizm, kubizm czy może raczej surrealizm. Dla mnie mój obraz jest zupełnie realny. Szczegóły są oddane idealnie, bez ani jednej wady, żadnych niedociągnięć. Wygląda jak zdjęcie. Jest bardzo dynamiczny. Mój obraz. Tak na niego mówię. Nie dałem mu innego imienia. No dobrze - Mój obraz z Pragi.

Co na nim jest?

Dużo ludzi. Bardzo dużo. Ale wszyscy jacyś tacy skopani przez życie. Ani się nie ubrali najlepiej, ani nie wyglądają na wypoczętych. Jadą dokądś. Ale nie samochodem, absolutnie. Mój obraz to nie pachnąca skórą limuzyna. To raczej zatłoczone metro, w którym każdy, kto nie stoi, czuje się jak zwycięzca na loterii. I nawet tak wygląda - uśmiecha się szeroko, rozmawia, patrzy bez strachu pozostałym w oczy. To musiała być jakaś dziwna loteria, bo chyba więcej osób wygrało. Wszyscy się uśmiechają. Nawet ci, którzy stoją. Uśmiechają się szeroko, ani trochę nie zwracają uwagi na swoje fryzury, w ogóle nie zastanawiają się jak teraz wyglądają. Tak jakby im na tym nie zależało. Zupełnie jakby byli...

I wychodzą z metra. Ciasno jak w godzinach szczytu, a jest już wieczór. Idą dokądś całą chmarą. Mówią różnymi językami, słychać każdą część Europy, ale im to nie przeszkadza. Nie, to zdecydowanie nie Wieża Babel. Każdy zachowuje się, jakby wpadł tutaj z samymi dobrymi kolegami. Pomaga coś podnieść z ziemi. Przybija piątkę. Śpiewa. Cieszy się. Jest...

Przywiozłem sobie ten obraz, bo w Polsce rzadko takie widywałem i zawsze wydawały mi się tandetne. W czeskiej stolicy zrozumiałem, że wcale tandetne nie są. To, że nie kosztują wiele, nie przekreśla ich ogromnej wartości. Postanowiłem, że muszę ten obraz mieć, że uczynię go swoim. I uczyniłem.

Mój obraz z Pragi. Już Wam prawie powiedziałem, co przedstawia. Przedstawia ludzi. Pełnych nadziei. Głodnych życia. Radosnych. Po prostu szczęśliwych.

Marzyłem o tym, by zabrać to dzieło do Polski. By mieć je zawsze ze sobą, żeby każdy człowiek, którego spotkam, domalował własnoręcznie kilka pociągnięć pędzlem. Żeby wziął do ręki każdy moment, z którego powinien się cieszyć, żeby zanurzył go w puszce z ciepłymi słowami, jakie kiedykolwiek usłyszał i żeby dodał od siebie coś pięknego. Uśmiech, przybite high five czy dodatkowy zachrypnięty głos śpiewający w metrze.

Nawet jeśli nie masz płótna, farb, pędzla, ani nawet kartki - możesz zostać malarzem. Musisz tylko bardzo chcieć namalować komuś taki obraz, jaki mi namalowali ludzie w Pradze. Stworzysz dzieło sztuki, prawdziwy majstersztyk, rarytas dla duszy, perełkę dla każdego, kto ją zobaczy. To będzie najlepsze, co możesz komuś pokazać. To będzie Twój obraz szczęśliwego człowieka. 
Źródło: tutaj
Zdobyć bilety do muzeum. To była jedna z pierwszych rzeczy, jakie chciałem zrobić po przyjeździe do Pragi. Ktoś kiedyś powiedział, że były w punkcie informacyjnym. Były, ale ja zobaczyłem po nich jedynie ślad - "We haven't tickets yet" namazane markerem na kartonie. Już nie mają, ale czy nie będą mieli? Trzeba było spytać. I tutaj pojawił się mur - czy oni zrozumieją w ogóle mój angielski?

Zanim zdążyłem podejść do stolika i zapytać któregoś z wolontariuszy zrobił to już mój kolega. Bilety miały być o 12.30. Nie było ich już nigdy. Do dziś krążą o nich rozmaite mity, opowieści oraz ballady śpiewane przy ogniskach, jednak już nikt ich nie zobaczył. Cóż, w każdej legendzie jest cząstka prawdy - może faktycznie kiedyś były w tym punkcie informacyjnym?

Godzinę potem moja blokada językowa rozpadła się w drobny pył. Udało mi się opowiedzieć pewnej Czeszce moje marzenia o zakwaterowaniu u rodziny. Nie dość, że mnie zrozumiała, to zrobiła to, o co prosiłem! Prawdopodobnie największy wpływ miały uśmiechy kolegów stojących obok, którzy wyglądali jak dzieci w sklepiku szkolnym, którym brakuje 10 groszy, ale jednak udało się wytłumaczyć w czym rzecz i wyprosić korzystne rozwiązanie.

Dzień później na pierwszym spotkaniu w grupie zobaczyłem, że naprawdę potrafię opowiedzieć to, co mam na myśli. Litwinom, Francuzom, Szwajcarowi. Nawet Polacy rozumieją mój angielski. Jest nieźle - pomyślałem. Potrafię się dogadać, zapytać o której i gdzie i co i po co się dzieje, a nawet poczęstować tabletkami na gardło. Jednak na tym samym spotkaniu zobaczyłem, że potrafię opowiedzieć to, co mam na myśli, ale nie tak ładnie, jak bym chciał, nie tak dokładnie, jak czuję, że powinienem, nie tak błyskotliwie, jak lubię.

Pobyt w Czechach pokazał mi, że jestem gotowy, żeby rozmawiać z tymi, dla których nasz ojczysty polski jest czarną magią. Pokazał, że z moim angielskim nie jest najgorzej. Potrafię załatwić to, co chcę. Ale czas spędzony tam z ludźmi z innych stron Europy pokazał mi również, że angielski może być o wiele ciekawszy w nieco bardziej zaawansowanej formie.

Najcenniejszym pieniądzem za granicą jest znajomość obcego języka. Możesz wiele zdziałać, gdy porozumiewasz się mową, a nie tylko gestami.

W szkole często narzekamy, że uczą nas głupot na lekcjach języka obcego. I to prawda. Nauczymy się pięknie mówić, a jak przyjdzie co do czego, to okaże się, że do dogadania się wystarczyło znać podstawy gramatyki.. Żeby napisać artykuł do The Times'a już nie. Ale do zrobienia zakupów i opowiedzenia o sobie wystarczy szczypta gramatyki. I obfite garści słówek. Bogate słownictwo to jak dobre przyprawy. Bez nich zupa będzie jadalna, ale czymże jest niesłony rosół?

Angielski nie jest łatwy. Jest wiele słów, wiele czasów i te durne nic nie oznaczające the, a i an. Ale mimo wszystko jest bezcenny, gdy chcesz zaprosić na kolację dziewczynę, w której się zakochałeś, a akurat nie masz kasy i musisz wytłumaczyć, że oddasz jej hajs po powrocie do Polski. Chyba, że zabierze Cię ze sobą do Wenecji - wtedy odpracujesz. Obcy język jest bezcenny. Bezcenny, więc warty poświęcenia długich godzin nauki. Kto wie? Może dzięki tym dobom spędzonym na powtarzaniu słówek "zagadasz" bez obaw do swojej przyszłej żony? Daj sobie szansę i się przekonaj.
Źródło: tutaj
Walczyłem ze sobą, idąc brukowanymi uliczkami. Otwarte drzwi restauracji obnażały to, co mają najlepsze. Królewskie zapachy zapraszały do przeżycia kulinarnej przygody. Albo to tylko złudzenie, które zrodziło się z późnej pory, mroku i uroku tych kamienic. Witajcie w Pradze.

Pierwszy raz jechałem w tak daleką podróż tak małym autobusem. 30-osobowy wehikuł dowiózł nas do Pragi w 10 godzin bez jakichkolwiek incydentów. Po wyjściu z autokaru zobaczyłem ogromną bladą bryłę. Jak się później okazało - jadłem w niej i modliłem się codziennie przez cały pobyt w Czechach. Mowa o halach wystawowych na Letňanach. Hal było bodaj 7, z czego co najmniej jedna to po prostu potężny namiot. Puste z pewnością wydają się trudne do zapełnienia, ale 30 tysiącom ludzi jakoś się to udało i miejsca nie było za dużo.


Już na pierwszy rzut oka widać, że Praga jest lepiej rozwinięta komunikacyjnie od jakiegokolwiek polskiego miasta. 3 linie metra robią wrażenie, zwłaszcza, że nawet w Rzymie są tylko 2, jeśli mnie pamięć nie myli. Zmieniając linię z A na C zobaczyłem najdłuższe ruchome schody w życiu. Trudno będzie się wstrzelić dokładnie w ich rozmiar, ale daję im 100m lekką ręką. Jadąc w dół można było sobie zrobić kanapkę, zjeść, wytrzeć buzię i zawiązać oba buty.
Źródło: tutaj
Z katedry na Hradčanach wracałem przez Most Karola. Piękne miejsce, szczególnie nocą, gdy jest bardzo ładnie oświetlone. W dzień zlatuje się tam mnóstwo turystów, a miejscowi rozstawiają kramy podobne do tych na polskich starówkach np. w Gdańsku. Karykatury, muzycy i something else, nie pamiętam, bo nie zwracałem na to uwagi. Wszystkich przechodzących obserwują uważnie poczerniałe posągi stojące po obu stronach kamiennej balustrady. Legenda głosi, że ktoś wie, kogo przedstawiają.

Mieszkając w centrum Pragi zobaczyłem jej najbardziej kuszące oblicze. Smukłe kościoły gotyckie i neogotyckie zapraszały do poznania wnętrza. Wspaniałe kamienice wydawały się spać, bo choć w Pradze mieszka milion osób, to w wielu budynkach nie świecą się światła. Szkoda, bo tak pięknej okolicy jeszcze nie widziałem.

Na porządku dziennym są stragany z grzanym winem stojące na ulicach. To cieplejsze akcenty wyłaniające się spomiędzy setek stoisk z pamiątkami. Jeśli chcielibyście coś kupić w Pradze, jakiś kubek, breloczek czy inny suwenir to nie róbcie tego w sklepach z przeszklonymi wystawami, a właśnie na tych straganach. Jest dokładnie to samo, a np. na kubku można zaoszczędzić co najmniej 30 koron, czyli coś około piątaka w naszej walucie.

Praga całuje słodko smakiem i zapachem cynamonowych tredlników. Wedle ochoty można odwzajemnić tego całusa z dodatkiem szminki o smaku Nutelli, która przyjemnie podkreśla wyjątkowość chwili, kiedy spotykają się Wasze usta. Choć cena 60 koron za ciastko może wydawać się komuś zbyt wygórowana, to są one warte sprawdzenia. Pokochacie się od pierwszego pocałunku.
Zapożyczone z Wikipedii
Innym przysmakiem czeskim jest smażony ser. Nie mogłem odpuścić sobie takiej przygody i po walce o menu z właścicielką restauracji (skądinąd przegranej) wybrałem księżniczkę numer 9, która przeprowadziła się do mnie na śnieżnobiałym talerzu wraz z całym swoim dworem - pomidorami, ogórkiem i kapustą. Oprócz obsługi - było idealnie.

Nie zobaczyłem stadionu Sparty i nie mam pojęcia jak wyglądają peryferia praskie, ale stolica Czech jest niewątpliwie miejscem, do którego chcę wrócić. Warszawskie Stare Miasto jest okruszkiem w porównaniu z rozległą kolebką Pragi, której pomimo upływających lat nie dręczą zmarszczki, a jedynie drobna nieświeżość. Muzeum Narodowe i pomnik św. Wacława z pewnością zaprezentują się jeszcze lepiej po renowacji.

Choć nasz romans był krótki, to wierzę, że mój nagły powrót do rodziny nie przekreśli naszego uczucia, Prago. Wiem, że nie możesz do mnie przyjechać, ale jeszcze się zobaczymy. Obiecuję.