Kiedy w średniowieczu chrześcijańscy władcy mieli ochotę powiększyć swoje państwo o terytorium, na którym rządził niechrześcijański władca, brali miecz, pochodnię i parę tysięcy żołnierzy i ruszali "chrystianizować" kolejne ziemie. Oczywiście w imię głoszonej przez Chrystusa miłości do bliźniego zabijali ludzi i palili wsie. Całą naukę przekazaną przez apostołów rzucili na ziemię, a potem podnieśli i wytarli sobie nią gębę.

Blisko tysiąc lat później w imię poprawy byt ludu robotniczego "reformatorzy" mordowali i grabili - wszystkich jak leci, biedny czy bogaty - nieważne. Teraz tak musi być, bo jest rewolucja. Będzie po naszemu, to będzie dobrze. Rewolucja pożerała własne dzieci i to nie tylko u Żeromskiego. Z ideą wolności na ustach strzelano i gwałcono - nie tylko "nierównych". Głęboko gdzieś była równość. Bardzo głęboko.

A dziś? Dziś sztandarem demokracji wycierają sobie nos ci, którzy niedawno sami tę demokrację psuli. Złamali konstytucję, ale dopiero dziś przeciwko temu protestują. Oskarżali o podpalanie Polski, dziś sami ją podpalają. Walczą z obecną władzą, chciał nie chciał, demokratycznie wybraną. W obronie... demokracji. W rzeczywistości demokracja niewiele ich obchodzi. Przecież przez ostatnie osiem lat było jedno wielkie kolesiostwo, partyjniactwo i obsadzanie czego się tylko da ludźmi obozu rządzącego. A dziś zależy im na demokracji?

Nie dajcie sobie odebrać pięknych wartości, które wypracowały setki, jeśli nie tysiące pokoleń. Nie dajcie sobie zabrać tych pięknych ideałów, za które wielu ludzi oddało życie. Dziś nie zmieniło się nic - wciąż komuś zależy na własnym interesie, wciąż ktoś wyciera sobie gębę Waszymi ideałami.

PS. Nie utożsamiajcie mnie z PiSem, please. Nawet się nie chcę o nich wypowiadać. Ja tu tylko o wartościach piszę.

Lektury szkolne - bez sensu

Po co przerabiać coś takiego jak "Chłopi"? Ciężki język, akcję trudno określić "wartką", fabuła taka bez szału. To samo "Ludzie bezdomni". Był Judym, który pochodził z biednego domu, został lekarzem, chciał pomagać biednym, kobiety zawróciły mu w głowie, a jak wreszcie kroiło się coś poważnego, to stwierdził, że jednak musi wrócić do biednych. A po co przerabiać "Granicę"? Jakiemuś chłopu oblewają twarz kwasem, potem sam strzela sobie w głowę. Też mi historia. Bez sensu te lektury, chyba się ze mną zgodzicie?

Konkurs: to Zenon z Justyną czy Elżbietą?

Ja vs. Granica

Siadając do "Granicy" liczyłem, że nie zanudzę się na śmierć i jakoś przebrnę przez tę powieść. Tytuł niby niejasny, ale jednak coś tam sugeruje. Albo będzie przebiegać między kimś a kimś jakaś wyraźna granica, albo ktoś jakąś granicę będzie przekraczał. (Staliśmy nad przepaścią i uczyniliśmy wielki krok naprzód, czy jakoś tak) Pierwsze podejście było moją porażką, zasnąłem, a wcześniej wynudziłem się na tyle, że przegapiłem... wszystko, co się temu Zenonowi przydarzyło na kilkunastu pierwszych stronach.

Na szczęście potem było już tylko lepiej. Kroczek po kroczku zbliżałem się do połowy książki, a tutaj nareszcie akcja ruszyła. Skupiony śledziłem kolejne wydarzenia rozgrywające się pomiędzy tercetem Elżbieta-Zenon-Justyna. Trochę zmęczyły mnie wątki poboczne, jednak nie można narzekać - jak na lekturę, to czytało się przyjemnie.

Przeczytane - warto

Jeszcze zanim dobrnąłem do końca "Granicy" zauważyłem, że jest... kapitalna.
  • "Granica" pierwotnie nosiła tytuł "Schematy". Był on równie trafiony, bo Nałkowska jasno pokazała proces powtarzania błędów przodków przez kolejne pokolenia. Czy nie jest tak, że często chcemy być inni niż nasi rodzice, dziadkowie, buntujemy się przeciwko nim, a koniec końców kopiujemy ich zachowania? "Granica" pokazuje to idealnie.
  • Skomplikowane relacje damsko-męskie, ich waga i konsekwencje złych wyborów - to wszystko jest gdzieś w trójkącie Elżbieta-Zenon-Justyna. Skutki niepowiedzenia "nie" w odpowiednim momencie widać tutaj jak na dłoni (o tym może nawet napiszę osobny tekst, bo świetny temat "na oddzielną konferencję").
  • Podłoga dla Ciebie to sufit dla kogoś innego. Albo na odwrót. "Granica" pokazuje, niestety nie do końca przestarzałe, podziały w społeczeństwie. Z biegiem kart rodzi się refleksja nad tym, jaki wpływ miało położenie Justyny na jej odczuwanie romansu z Zenonem. I jaki wpływ ma nasza przeszłość, wychowanie, kompleksy, położenie na to jak odbieramy innych ludzi?
  • Ileż to razy mówimy sobie "dobra, ostatni raz oszukam, żeby mieć spokój i następnym razem będę już porządny", ile razy myślimy, że to tylko jeden nic nie znaczący czyn, czynek dosłownie, kto by się tym przejmował. No ostatni raz. A potem budzimy się z ręką w nocniku. Jak Zenon.
  • To, co mnie najbardziej wkurzyło w całej powieści, to opis psa. Fitek to, Fitek tamto i tak przez dwie strony. Szczęśliwie udało mi się zrozumieć metaforę stojącą za tą sceną i zwracam honor Nałkowskiej - szacunek za tak sprawne posługiwanie się formą (ciekawe co na to Gombrowicz). Literatura taka jak ta nie należy do najlżejszych, ale doskonale pokazuje bogactwo języka - dziś tak często niewykorzystywane.
  • Ostatni powód, dla którego warto było przeczytać "Granicę", jest taki, że kiedy wertowałem kolejne stronice i zdałem sobie sprawę z fenomenu tej książki, zastanowiłem się nad poprzednimi lekturami. I wiecie, "Lalka" czy "Zbrodnia i kara" to naprawdę kapitalne dzieła i mają w sobie ponadczasową treść. Ich przesłanie się nie przedawnia i to jest ich największy skarb.

"Granica" to moja ulubiona lektura. Może to właśnie ona była dla mnie granicą, którą trzeba przekroczyć, aby zrozumieć dobór kanonu lektur. Ponadczasowy charakter, wielowymiarowy geniusz tej literatury i najważniejsze - nieśmiertelne, nieprzedawnione przesłanie uczą nas wielu rzeczy, ale przede wszystkim pozwalają zajrzeć wgłąb siebie. Taka jest rola lektur.

A jaka jest Twoja ulubiona lektura i dlaczego jest to "Anaruk, chłopiec z Grenlandii"?


Wykorzystałem zdjęcie ze strony unsplash.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, dołącz do NEWSLETTERA i polub fanpage na fejsie.
Nie warto zabierać się za ten tekst, jeśli nie czytałeś pierwszej części. Możesz to nadrobić w tej chwili, klikając tutaj - Liny. Jeśli tamten tekst jest Ci znany, zapraszam na część drugą - ostatnią.

Z zielenią stało się coś dziwnego. Drzewa sięgające chmur za dnia i gwiazd w nocy zaczęły tracić liście. Spadały powoli, klucząc wśród oddechów wiatru gdzieś pomiędzy konarami. Bieg rzeki spowalniał, a wody ubywało. Była jakby susza. Jakby, bowiem nikt nie zauważył, że coś zaczyna się zmieniać, kruszyć. To przyszło nagle. Kwiaty zwiędły, motyle zginęły gdzieś w cieniach lasu, a pszczoły nie wychodziły ze swoich gniazd. To był trudny czas dla tego świata, który przez wiele dni, miesięcy i lat był poukładany w kolorowy, radosny sposób.



Olbrzym i mała dziewczynka, ściskając w dłoniach liny, patrzyli sobie w oczy. Oboje chcieli coś powiedzieć, coś na kształt pożegnania, jednocześnie nie rozstając się. Wreszcie olbrzym pochylił głowę, jakby skruszony tym, że jest większy od małej dziewczynki, tym, że oddzielają go od niej liny. Oboje przyzwyczaili się już do tego, że są - oni i liny. Przyzwyczaili, ale nigdy z tym nie pogodzili. Wolno, delikatnie, a zarazem bardzo wyraźnie i zdecydowanie pogłaskała go po włosach. Byli teraz razem przy linach. Byli teraz osobno przy linach. Ta chwila miała nigdy się nie skończyć.

Lecz kiedy liście zaczęły swój lot ku ziemi, kwiaty uschły, a źródło przestało dzielić się wodą z tym światem, uschły również liny, które oddzielały olbrzyma i małą dziewczynkę. Po wielu łzach i uśmiechach, które spędzili wspólnie, mogli zbliżyć się tak jak nigdy dotąd i być razem. 

Ale i olbrzym, i mała dziewczynka byli wtedy już daleko, bardzo daleko od lin. Każde z nich było już kimś innym. Olbrzym przestał być tak duży i niezdarny. Pozostała mu siła i wyjątkowość. Mała dziewczynka dorosła. Zachowała swoją wrażliwość i łagodność, ale potrafiła podejmować trudne decyzje. Pierwszą z nich było odejście od lin. Po przeciwnej stronie odszedł olbrzym.



Ten świat się skończył. Nie było już kwiatów i drzew. Ptaki nie przemierzały już podniebnych szlaków. Źródło wyczerpało się. Sarny i lisy skończyły się - po prostu zniknęły. Nie było już olbrzyma i małej dziewczynki, choć żyli oboje. Żyli w nowym innym świecie. Pamiętali siebie nawzajem i byli sobie wdzięczni za czas spędzony przy linach. Choć mieli już tyle za sobą, nie mieli za sobą niczego. Wszystko było przed nimi.

Wykorzystałem zdjęcie ze strony unsplash.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, dołącz do NEWSLETTERA i polub fanpage na fejsie.

Poranek był rześki i bezchmurny, dokładnie taki, jakie są poranki o tej porze lata. Dzień rozwijał się niczym czerwony dywan i w ten sam sposób prowadził do finału, na który czekałem - wieczoru. Gdy niebo nabierało bladoróżowej barwy, słońce próbowało schować się za horyzont, a w pobliskich kawiarniach słychać było coraz wyraźniej gwar rozmów, nadszedł czas naszego spotkania.

Znaliśmy się już jakiś czas, ale nigdy dotąd się z Nią nie umówiłem. Nie wiedziałem czego się spodziewać. Ubrała się ładnie, jak zawsze, ale nie wyjątkowo wieczorowo, dlatego odetchnąłem z ulgą, nie miałem ochoty na żaden wytworny lokal tego dnia. Myślałem raczej o cichej, schludnej, klimatycznej knajpce, o ile w ogóle mielibyśmy dokądś pójść.

- Dobry wieczór - powitałem Ją z ogromną ciekawością w oczach. Co przyniesie ten wieczór? Dokąd pójdziemy?
Objęła mnie na moment. Chwilę nam zajęło rozmawianie o pogodzie i niczym, a kolejną ustalanie dokąd pójdziemy. Stanęło na tym, że brzegiem przed siebie. Był piękny zachód i szkoda byłoby zmarnować taki widok na siedzenie w czterech ścianach.

Szliśmy obok siebie kilkadziesiąt minut, doskonale czując się w swoim towarzystwie. Cieszyliśmy się chwilą, tym, że możemy spędzić ją razem, kiedy na naszej drodze stanęło wejście na molo.

- Idziemy? - zapytała wertując moje oczy swoimi zielonymi, okrągłymi źrenicami. "No, co Ty na to?" zdawał się mówić Jej wzrok.
Czy idziemy? Oczywiście, że idziemy, co za pytanie.
- Nigdy tam nie byłem - wymigałem się od jednoznacznego "tak".
- To na co czekamy?
Nie oglądała się za siebie, wchodząc na drewniany pomost. Szedłem za Nią, stąpając bezszelestnie po deskach. Szliśmy bez słów, delektując się pluskiem wody uderzającej o burty zacumowanych łódek.

- Podoba mi się tutaj - uśmiechnąłem się.
- Mnie też. Idziemy dalej.
- A co jest dalej?
- Masz ochotę na kawę?

Na kawę ochoty nie miałem, za to szarlotka była przepyszna tak jak cały ten wieczór. Słońce opadło, ale lampy rozświetlały ciemność wystarczająco, żebym dostrzegł, że uśmiech nie schodzi z Jej twarzy. Ruszyliśmy w stronę plaży. Szedłem lekko z tyłu, żeby móc popatrzeć na jej falujące na wietrze włosy. Zatrzymała się gdzieś w połowie balustrady i oparła o balustradę. Dotknąłem lekko Jej boku. Wzdrygnęła się.

- Zrobiłeś to cellowo.
- Tak, zrobiłem.

Ująłem Jej rękę, spojrzałem roześmianym wzrokiem w zielone, płonące oczy i zrobiłem krok, jakbym chciał rozpocząć walca. Pozwoliła prowadzić się jeszcze przez dłuższą chwilę. Lubiła tańczyć, pełna radości. Tak długo, jak nie poczułem dreszczy na Jej przedramieniu, wirowaliśmy na molo, pomiędzy ostatnimi spacerowiczami.

- Zimno mi.

Oddałem jej swoją bluzę. Wróciliśmy do miasta cisi i spokojni, dziękując w myślach za ten krótki, różowy i ciepły wieczór. Rozstaliśmy się w centrum, żegnając czułym, przyjacielskim uściskiem. Włożyła mi palec w żebra, czekając na grymas bólu i zdziwienia na mojej twarzy.

- Zrobiłaś to cellowo.
- Tak, zrobiłam.



Wyszedł późnym wieczorem wiedząc, że musi to zrobić, pomimo wszystkich "przeciw". Nie było żadnego "za". Po prostu musiał. Dla wyższego dobra czy wyższego zła. To bez znaczenia. Nie widział innej możliwości.

Prawdę mówiąc kiedy już włożył buty, kurtkę i wyszedł, nie widział prawie nic. Gęsta mgła, formowała się niczym obawy przed ważnym egzaminem i zdawała się wypierać powietrze z atmosfery. Mrok współpracował i tylko blade światło lamp ulicznych docierało do chodnika, którym szedł. Rozpędzał się w miarę jak nabierał coraz pewniej powietrza w nozdrza. Pamiętał, żeby nie oddychać ustami.

Samochodów było już niewiele. Pieszych wcale. O tej porze wszyscy wracali do domów lub oglądali drugi odcinek serialu. Nikt nie myślał o wychodzeniu na zewnątrz przy tak niskiej temperaturze. Wreszcie złamał się i wziął wdech ustami. Wypuszczone CO2 ukazało mu się jako ulotny obłok. Biegł sam. Sam ze swoim dniem, tygodniem i życiem. W słuchawkach głośno grała Coma, ale on czuł, że w tej chwili jego umysł niemal nie kontaktuje się ze słuchem. Liczył się widok. Wzrok nie mógł go zawieść, odkąd wzdłuż jego szlaku skończyły się lampy. Drogę wyznaczała mu jasna plama chodnika.

Biegł długo, nie myśląc o Celu. Cel był odległy, wiedział, że dziś do niego nie dobiegnie. Ale może chociaż spróbować się zbliżyć. Gdyby tylko mu zależało. Cel przestał być motywacją. Motywacją jest już tylko sam fakt podążania.

Po 40 minutach odczuł zmęczenie i skierował się w stronę domu. Chciał wrócić do punktu wyjścia, ale czuł, że już nie może. Nic nie będzie takie samo, choć czuł dokładnie to samo co osiem miesięcy wcześniej. Wiele dostał i wiele stracił. Zbyt wiele, by móc być tą samą osobą co kiedyś.

Nie cieszył się z przebiegniętego dystansu. To nic w porównaniu z Celem. Wiedział, że powinien ciężko pracować. Mimo, że Celu już nie ma.

Wróciłem - pomyślał patrząc na migoczące w oddali światło w oknie domu.

Jar mieniący się odcieniami zieleni. Natura nietknięta ludzką ręką. Wysokie drzewa, okazałe krzewy i kwitnące kwiaty. Tańczące ze sobą zapachy roślin i zwierząt. Odgłosy śpiewu owadów, bzyczenia ptaków i falujący plusk wody bijącej z ukrytego gdzieś pomiędzy skałami źródełka. Garstka zwierząt typowych dla takich miejsc – sarny, lisy, dzik i cała gama ptactwa. Wirujące w powietrzu motyle i pływające między nimi pszczoły. A pośrodku tego rajskiego krajobrazu ktoś wbił słup. Kilkadziesiąt metrów dalej kolejny, a potem znów kolejny i kolejny. Pomiędzy nimi rozciąga się naprężona lina. Mocna, gruba, sztywna i odporna na próby sforsowania.

Po jednej stronie lin siedzi olbrzym. Nawet w takiej pozycji jest niemal równy z najwyżej położoną liną. Duży, niezgrabny, umięśniony i silny. Zadrapany, poraniony, noszący blizny zamiast biżuterii. A do tego wszystkiego kompletnie niepasujące oczy. Głębokie, troskliwe, czułe. Prawdziwe, błyszczące, lecz wciąż jakby smutne. Tylko po nich można poznać, że jest wrażliwy. To z nich płynie jego wzruszenie, żal i szczęście. Tylko z nimi można poznać go całego. Całego takim, jakim jest.

Po drugiej stronie liny jest mała dziewczynka. Trzeba przyznać, że jest prześliczna. Ma uroczy uśmiech i niespotykanie delikatną, urzekającą cerę. Drobna, szczupła i niepozorna. Można by rzec krucha. Jednak w rzeczywistości jest bardzo silna. I odważna. Nie bała się podejść do samych lin i przyjrzeć olbrzymowi. Później nie bała się go dotknąć i zostać na dłużej. Pozwoliła się poznać i zaufała mu jak nikomu innemu na świecie. Zaufała mu bardziej, niż komukolwiek po swojej stronie lin.

Olbrzym i dziewczynka spotykali się tak często jak mogli. Czas, kiedy patrzyli na siebie pomiędzy linami i rozmawiali, upływał szybciej, niż kiedykolwiek. Nigdy nie brakowało im tematów do rozmów i nigdy się sobą nie znudzili, a mimo to nie zawsze używali słów. Zdarzały się dni, gdy nie mówili prawie wcale. Dziewczynka podchodziła do samych lin podobnie jak olbrzym i znajdując miejsce pomiędzy nimi przytulali się z największym ciepłem, jakiego kiedykolwiek doświadczyli. Nie byli wobec siebie zobowiązani, ale z czasem nie chcieli już żyć bez siebie nawzajem. Każde z nich znało ludzi po swojej stronie lin, dziewczynka była piękna i potrafiła znaleźć z innymi wspólny język. Olbrzym był wyjątkowy i nie narzekał na brak zainteresowania. Rozmawianie przychodziło mu zaskakująco lekko jak na ciężką budowę i wygląd. Jednak zawsze prędzej lub później olbrzym i dziewczynka wracali do lin, by być blisko siebie. Niekiedy dziewczynka wsuwała rękę pomiędzy linami na część olbrzyma, a ten całował ją w dłoń, aby okazać swoje uczucia. Zdarzało się też, że olbrzym schylał się i przyciskał policzek z całej siły do lin, by dziewczynka mogła go obdarzyć pocałunkiem. Byli sobie najbliżsi.


Mimo wszystko nawet pomiędzy najmocniejszym ich uściskiem zawsze są liny. Zbyt ciasne, by przecisnęła się między nimi dziewczynka. Zbyt mocne, by przerwał je olbrzym. Zbyt wysokie, by je przeskoczyć. Zbyt nisko zawieszone, by przejść pod nimi. Zbyt duże, by mogli być razem.

Wielkie nadzieje, racjonalnie niewielkie szanse. Ogrom planów i zdecydowanie mniej kroków, by je zrealizować. A jednak kilka drobnych, a nawet nieco większych rzeczy też się udało. Tak mógłbym streścić kolejny rok blogowania. Mimo wszystko był to jednak rok udany.

Co się udało?

Przenosiny
Jeszcze rok temu spotykałem się z większością z Was na Minus 3 Dioptriach. Jednak doskonałość wymaga ciągłych zmian, które nie omijają mojej wizji blogowania, upodobań layoutowych, a ostatecznie nawet nazwy bloga. Jest Czytelnie jest nie tylko lepszą wersją poprzedniego bloga, ale również czymś nowym.

Domena
Wraz z przenosinami postanowiłem postarać się również o przyzwoitą domenę - efektem jest przyjemna końcówka ".pl" w linku w miejsce przydługiego i ociężałego ".blogspot.com". 

Społeczność
Choć był to jak na razie jednorazowy sukces, to w styczniu na mojego bloga zawitało ponad 1000 osób. Ucieszyłem się bardzo. Tekstem "Studniówka? Obrzydliwe" pobiłem również prywatne rekordy wyświetleń jednego dnia.

Newsletter
Było to moje małe, malusieńkie marzenie, żeby operować takim newsletterem jak mój blogowy kumpel i niedawno moje marzenie się spełniło. Jeśli chcecie być informowani jako pierwsi o nowych wpisach i "czymś jeszcze" - dołączcie do mojej listy Stałych Czytelników (przyciśnij tutaj)

Czego wciąż brakuje?
Z moich planów pisania jednego wpisu dziennie niewiele zostało, jednak nie mam do siebie o to żalu. Dojrzewając odkrywam swoje priorytety i choć blog to znaczna część mnie, to zdecydowania nie jest najważniejsza. Zamierzam nieco zmienić profil bloga, ale o tym być może porozmawiamy w niedalekiej przyszłości.
Rzeczą, za którą tęsknię, a którą dać możesz mi właśnie Ty są komentarze. Pozytywne, negatywne - Twoje!

I na koniec tego małego podsumowania najpopularniejsze teksty tego roku:

Ewidentnie udało mi się zaciekawić Was tytułem. Tekst przyjęty różnie, ale zdecydowanie nieobojętnie. O to właśnie chodzi.

Magia tytułu działa, ale w tym wpisie jest zdecydowanie coś więcej. Bez wątpienia jest to Wasz ulubiony tekst od czasu powstania Jest Czytelnie. Liczy się pomysł.

Wpis bardzo osobisty, a zarazem szczery. Promocja zrobiła swoje, ale myślę, że mimo wszystko magnesem na Unikalnych Użytkowników była treść.

Pierwszy odcinek serii przypadł Wam do gustu najbardziej. Wstyd mi, że tak bardzo zaniedbałem tę serię. Myślę, że nie rozstaliśmy się definitywnie.

Tekst, który pisało mi się wyjątkowo przyjemnie. Choć tematyka była w jakiś sposób trudna i kontrowersyjna, to lubię teksty (pisać i czytać) skierowane szczególnie do mężczyzn.

Dziękuję Wam za obecność. Bez Was nie byłoby mnie tutaj, a Jest Czytelnie nie byłoby wcale. Jak myślisz - gdzie będziemy za rok?


Nie jestem przyzwyczajony, że poznaję piękną dziewczynę, a raczej próbuję poznać i tylko sobie wyobrażam, że będzie piękna, bo kiedy ja mówię "cześć" i chcę spojrzeć w oczy, to ona nawet nie podnosi powiek gdzieś w swoim śpiworze. A może to taka dziwna pościel. Tak, to musiała być pościel, bo spod pachnącej tkaniny widać było kawałek łydki. Lekko opalony, ale wciąż śpiący kawałek łydki.

Na szczęście każdy sen kiedyś się kończy i choć jej chyba nie był koszmarem, to nie narzekała, kiedy zobaczyła sprawcę jej przebudzenia. Poprosiła, żeby wyszedł i wrócił wieczorem, na co niechętnie przystałem. Mając nadzieję, że będzie wyglądać zniewalająco, gdy wrócę, odszedłem w swoją stronę. Udało mi się nawet nie zerknąć za siebie. No dobra, prawie udało. Ale po czterech krokach się nie liczy. Zresztą tylko na parę sekund. Nevermind, zostawmy to.

Wieczorem wróciłem ogolony i wypachniony, gotowy na wszystko, ale nie na kosza. Ale ona nie przejęła się za bardzo naszą randką. Na ten wieczór spodziewałem się, że włoży raczej dress, niż dres (taka gra słówek). Szare, za szerokie spodnie i bluza ze zbyt długimi rękawami. A co pod tą bluzą? Pojęcia nie mam. Trzeba jej jednak oddać - potrafiła mnie sobą zainteresować. Nie pokazała od razu wszystkiego. ba, nie pokazała prawie nic. Ale w swojej pewności siebie miała coś, co nazwałbym "bezczelnością", gdyby nie to, że mnie tym urzekła.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika @jestczytelnie

Boso zeszliśmy ze stromego klifu. Minąwszy wcześniej budki z jedzeniem pachnącym nowotworem, przedarłszy się przez stado wrzeszczących dzieciaków z pobliskiej kolonii, które sypały piachem na prawo i lewo, wreszcie kalecząc stopy o rozkruszony beton, pozwoliliśmy sobie poczuć chłód czerwcowego Bałtyku. Staliśmy patrząc na zachodzące słońce na tyle długo, że chyba zmarzła, a przynajmniej chciała, żebym tak myślał. Przytuliła się do mojego ramienia i powiedziała słodkie "polubiłam cię na samym początku". Było tak słodkie, że dla wyrównania odparłem "no w sumie też jesteś spoko". Następnego dnia o świcie pożegnaliśmy się i wróciliśmy do łóżek, żeby stworzyć chociaż pozory snu. Nie wiem, co na to moja Śpiąca Królewna, ale po zamknięciu powiek widziałem tylko ją. W tym szarym dresie.

To właśnie ona. Jastrzębia Góra.


Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, dołącz do NEWSLETTERA i polub fanpage na fejsie.
Powiedzieć, że wpadliśmy sobie w ramiona, to nie powiedzieć nic. Wprost oszaleliśmy z zachwytu, kiedy zobaczyliśmy się o te pół roku starsi. Ja dojrzalszy, a ona jakby młodsza, kwitnąca, energetyzowała swoim nieprzeciętnym ciałem.

Mógłbym powiedzieć o niej więcej, niż tysiąc słów, ale i tak nie opisałbym tego jak bardzo wyróżnia się spośród wszystkich poznanych wcześniej przeze mnie. Z daleka może wyglądać na taką samą, ale kiedy podchodzisz bliżej, nie możesz oderwać od niej wzroku. Jakby tego było mało, ona wyciąga do Ciebie dłoń. Ale nie natarczywie, totalnie inaczej. Jest w tym geście niewysłowiona subtelność, lekkość, a zarazem stanowczość - oboje wiecie, że jej nie odmówisz i dasz się porwać.

Gdy wróciłem do niej, nie wiedziałem, czego się spodziewać. Może jest taka sama, a może jest zupełnie inna. Na początku nie mogłem ocenić, która teoria jest prawdziwa. Widzieliśmy się z daleka, mrugając nie dostrzegłem znanego mi tak dobrze uroku.

Później przyglądaliśmy się sobie z bliska, ale w towarzystwie nie była zbyt rozmowna. Jej wdzięki tak samo piękne jak sześć miesięcy temu, jednak uroda wydała mi się inna, cieplejsza, żywsza, świeższa. Jej styl luźniejszy, wyjątkowo subtelna szminka, promieniujące cienie. Uśmiech na twarzy zapisany na zawsze, zawarty w genach, niemal niezależny od niej, będący odrębnym bytem.

Męczyliśmy się patrząc sobie w oczy, kiedy wszyscy wokół na moment się odwracali. Chcieliśmy wreszcie zostać sami, bez zbędnych spojrzeń, bez podejrzeń, bez plotek. Randka sam na sam była warta najdłuższego oczekiwania. Zmieniała stroje kilka razy. W dzień przyszła w szykownej sukni po swojej babci. Wisiała w szafie przez ponad dwadzieścia lat. Gdy ją obejmowałem, kreację wciąż otulał kurz. Pozaciągane nitki, których nie ucięła babcia, wciąż zwisały z rękawów, jednak zjawiskowy, niepowtarzalny strój wyglądający jak z filmów kostiumowych uwiódł mnie swoją wyjątkowością. Wieczorem włożyła jeansy i przewiewną bluzkę bez rękawów. Doskonale eksponowała jej ramiona. Gdybym miał namalować młodość, wyglądałaby właśnie tak jak ona. Na noc zostawiła swoje najlepsze oblicze. Szkarłatna sukienka z granatową kokardą, włosy spięte w kok, drobna, podkreślająca biżuteria, makijaż niemal niewidoczny, wysokie buty i ten zniewalający biały uśmiech. Pocałowała mnie.

Prosiła, żebym nie mówił jak spędziliśmy noc. Następnego dnia spakowałem się i wróciłem do siebie. Nie wiem, czy potrafilibyśmy stworzyć stały związek, ale tego, co z nią przeżyłem nikt mi nie zabierze.

Miała na imię Praga.


Wykorzystałem zdjęcie autorstwa Kuby Chrostwoskiego. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, dołącz do NEWSLETTERA i polub fanpage na fejsie.

Zamykając oczy widziałem mikrozjeżdżalnię zrobioną z jakiejś dechy i krzesła. Miałem z niej zrobić rozbieg, żeby potem wyjść z progu, czyli oparcia wersalki i na końcu wylądować na brązowej tapicerce. Tak miał wyglądać początek mojej kariery skoczka narciarskiego. Później dziadek zbudowałby mi z desek skocznię przed domem. Tam już używałbym nart. A moja kolejna mała Wielka Krokiew stanęłaby w lesie. A potem już niedaleko do Zakopanego, Innsbrucka i Lillehammer - myślałem, a potem usypiałem na prawie dziesięć godzin. Miałem przecież sześć lat i zasypianie przed 21 nie było niczym nadzwyczajnym.

A potem byłem pewien, że jeszcze zdążę wystartować z karierą piłkarza. Robiłem już listę klubów, w których zagram. Milan, Bayern, Barcelona i koniecznie Manchester, ale United. City kojarzyło mi się wtedy tylko z Milą i Groclinem. No, to jak już pojadę do Barcelony grać na Camp Nou, to zabiorę tam wszystkich kolegów. A może któryś z nich będzie w naszym składzie? W końcu mój zaciszny Ciechanów musi być niebywałą kopalnią talentów, a my będziemy pierwszą parą napastników światowego formatu, która siedziała razem w ławce.

Miałem dziesiątki takich marzeń. Byłem pewien, że zwiedzę cały świat, a jak będę studiował, to tylko na Oxfordzie. I nauczę się mówić w kilkunastu językach, co najmniej. A mój dom będzie zbudowany na wzór domów rzymskich - wewnętrzny dziedziniec, koniecznie z fontanną. I nie ma możliwości, żebym nie jeździł Ferrari. Nie jednym, przecież będzie mnie stać na parę.

A potem dorosłem i wszystko to uznałem za niemożliwe.

To było najgorsze, co w życiu zrobiłem. Moje marzenia odleciały w nicość w chwili, gdy przestałem wierzyć, że mogą się spełnić. Wiem, że niektóre z nich były nierealne, ale przecież nie wszystkie. Dlaczego mam nie mieć pieniędzy na Ferrari i nie mówić 15 językami? Co mi stoi na przeszkodzie, oprócz mnie samego i moich własnoręcznie zbudowanych barykad do szczęścia? Dlaczego ma się nie udać? Bo dorosłem? Bo nie jestem dzieckiem?

Więc chcę być nim znowu. Wierzyć, że mogę pojechać, dokąd zechcę. Być pewnym, że w czymś będę najlepszy na świecie, a pieniędzy nigdy nie zabraknie mi na nic. Chcę zamykać oczy i widzieć pod sobą zeskok w Planicy, a jeśli nie, to chociaż tłum ludzi, do którego mówię ze sceny. Widzieć swoje nazwisko na książkach w każdej księgarni i pod cytatami przytaczanymi w gazetach.

Żeby pozostać lub stać się na powrót dzieckiem. Tego życzę sobie w Dzień Dziecka. I każdemu z Was też. Buziaki.


Wykorzystałem zdjęcie z unsplash.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, dołącz do NEWSLETTERA i polub fanpage na fejsie.

Otwierasz szerzej oczy i zadajesz sobie pytanie: czemu nie wiedziałem tego wcześniej? Przecież to dokładnie tego mi brakuje, dokładnie o to mi chodzi. To jest ten brakujący element, którego szukam od tylu dni. Zastanawiałem się, czemu nie mogę ruszyć z miejsca, czemu wciąż popełniam ten sam błąd. A to zaskakująco proste.

Dawno, dawno temu na tym blogu napisałem ostatnią recenzję książki. Dziś postanowiłem twórczo wrócić do magicznej krainy regałów i półek. Regałów, półek i Kindli - tak powinienem powiedzieć, żeby w pełni oddać jak wygląda moja podróż pomiędzy kolejnymi lekturami. Korzystając z promocji na Woblinku kupiłem trzy książki i wracając ze zwycięskiego meczu Legii napocząłem jedną z nich.

Słyszałem lub czytałem gdzieś o tej pozycji. Chyba w Internecie, ale ręki nie dam sobie uciąć. W każdym razie coś mi mówiło, że to może być ciekawe i że czas poświęcony na przeczytanie tej książki nie będzie zmarnowany. Trafiłem w dziesiątkę.


Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika @jestczytelnie
"Siła nawyku" w wersji polskojęzycznej zaczyna się od "Wstępu do polskiego wydania"> Brzmi obrzydliwie, co nie? W zasadzie w stu procentach przypadków, kiedy czytałem takie wstępy, to okazywały się niewiele mówiącymi smętami tłumaczów, którzy koniecznie chcieli dorzucić swoje dwa grosze do wybitnego dzieła zagranicznego autora. Zupełnie inaczej jest w przypadku kilku dodatkowych stron od Ewy Woydyłło.

Kolejne, te właściwe rozdziały książki Charlesa Duhigga to już czysta wiedza, ale nie taka jak z vademecum, ubrana w niemodne przetarte dresy i T-Shitr za duży o cztery rozmiary. Amerykanin ubrał zgromadzone informacje w najlepiej skrojoną i nienagannie wyszukaną sukienkę, elegancką, ale nie dającą się zamknąć w ramach "stroju wieczorowego". Każdy następny rozmiar to kolejny unikalny szczegół tej kreacji, która jest przecież jedynie opakowaniem najcenniejszej rzeczy w "Sile nawyku" - treści.

Powołując się na badania naukowe, Duhigg pokazuje nam motyw przewodni swojej książki - pętlę nawyku ze wszystkich stron. Robi to jednak bardzo zręcznie, nie mówiąc wszystkiego na raz, pozwalając odkrywać kolejne strony, na których na przykładzie kolejnych osób czytelnik może zauważyć, że siła nawyku nie jest tylko fikcją literacką, a żywym sposobem na zmiany. Nietrudno jest utożsamić siebie z postaciami, jakie przywołuje pisarz, bo choć często użyte przykłady mogą wydać się zupełnie abstrakcyjne, to pełno w nich analogii do naszego własnego życia.

A kiedy zauważysz, że to co czytasz jest o Tobie samym, a jestem pewien, że będzie to nie dalej, niż na trzecim rozdziale, to całą resztę "Siły nawyku" chłoniesz, chcąc poznać bliżej... własne nawyki. Lekki język, ciekawe historie z XX i XXI wieku oraz łatwość odnalezienia siebie samego w tej książce sprawiają, że nie mogę jej nie polecić każdemu, komu zależy na sobie samym. Trzeba uczciwie przyznać - Duhigg nie daje gotowych, uniwersalnych rozwiązań, bo takie zwyczajnie nie istnieją. Stwarza za to warunki do dogodnego rozpoznania, co będzie skuteczne w moim przypadku - m.in. jak zastępować stare nawyki nowymi.

Jeśli nie potrafisz powstrzymać się od słodyczy po obiedzie, to książka dla Ciebie. Jeśli musisz zapalić codziennie rano, to książka dla Ciebie. Jeśli chcesz zacząć biegać, to książka dla Ciebie. Jeśli chcesz mieć w życiu łatwiej, to książka dla Ciebie.


Wykorzystałem zdjęcie z unsplash.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, dołącz do NEWSLETTERA polub fanpage na fejsie.

Wychodzisz z domu i zdajesz sobie sprawę, że zmarnowałeś całe wczorajsze popołudnie, wieczór, a noc zarwałeś gapiąc się w ekran lub chodząc po mieście. I właśnie przypomniało Ci się, że przecież na dziś była praca domowa, czeka Cię klasówka z matematyki albo ważna rozmowa w pracy. Zapomniałeś też o mniejszych rzeczach. Czegoś nie wydrukowałeś, czegoś nie sprawdziłeś, umknęła Ci poczta do wysłania. Znasz to uczucie?

Budzę się z nim przynajmniej z raz w miesiącu i walczę z tą Pouczającą Częścią Mnie, która przypomina o obejrzanym wczoraj meczu, długim spacerze i wyjściu do kina. Mówi mi bardzo dosadnie: miałeś czas, żeby się przygotować, zawaliłeś to, Tomek. Pouczająca Część Mnie bardzo szybko znika i pojawia się jeszcze gorsza - część odpowiedzialna za Zdenerwowania i Zbędne Wyrzuty. Jest to kulturalny blog, więc nie będę przytaczał słów, jakie wypowiada wspomniana dama. Jednej rzeczy nie wolno wtedy zrobić - uwierzyć jej.

Co więc trzeba zrobić? Dać jej chwilę, żeby się wyszalała. Wziąć kilka głębszych wdechów i spokojnie odpowiedz sobie na pytanie: co mogę zrobić? To najważniejszy punkt radzenia sobie z porankiem pełnym zdenerwowania, brzydkich słów, pośpiechu, a może i pani paniki. Co mogę zrobić, żeby złagodzić jak najbardziej skutki wczorajszego lenistwa?

Co najmniej w połowie takich przypadków okazuje się, że do "wyjścia cało" z tej sytuacji, wystarczy pomyśleć trzeźwo przez parę chwil i zrobić tyle, ile jeszcze się da. Wieczorem wracam do domu i widzę, że tak naprawdę nie było powodu do nerwów czy paniki, bo robiąc tak naprawdę niewiele, zrobiłem niezbędne minimum, które okazało się wystarczające, żeby nie ponosić konsekwencji gapiostwa dnia wczorajszego lub je przynajmniej złagodzić.

Naturalnie złotym sposobem na takie poranki jest dobre planowanie dnia i trzymanie się ustalonych punktów tak, żeby nigdy nie budzić się z ręką w nocniku. Jesteśmy jednak tylko (i aż!) ludźmi - czasem coś nie pójdzie po naszej myśli lub zaskoczą nas okoliczności. Ważne, by wtedy nie panikować, powiedzieć "wait", pomyśleć, co jeszcze da się zrobić, a potem zacząć działać. Keep calm and do what you can.


Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, dołącz do NEWSLETTERA polub fanpage na fejsie.


Jezus powiedział: Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce. Najemnik zaś i ten, kto nie jest pasterzem, którego owce nie są własnością, widząc nadchodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka, a wilk je porywa i rozprasza; /najemnik ucieka/ dlatego, że jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach. Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają, podobnie jak Mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca. życie moje oddaję za owce. Mam także inne owce, które nie są z tej owczarni. I te muszę przyprowadzić i będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia, jeden pasterz. Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo Ja życie moje oddaję, aby je /potem/ znów odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. Taki nakaz otrzymałem od mojego Ojca.
J 10,11-18

Każdy, kto to czyta, chodził kiedyś do szkoły. Pamiętacie swoich wychowawców? Jacy byli? Szanowaliście ich czy raczej niekoniecznie? Byli surowi czy można im było wejść na głowę? Stanowczy czy można było mu wejść na głowę? Sympatyczni czy niemili? I najważniejsze: czy byli częścią klasy?

Ja swoich wychowawców zapamiętywałem nie tylko po tym, czego od nas wymagali, jak nas wychowywali i jak się ubierali. Bardzo istotne było, co wychowawca potrafi załatwić swoim uczniom. Czy staje w ich obronie, stara się, aby mieli jak najlepiej w szkole czy jest "najemnikiem", który modli się o dzwonek, żeby jak najszybciej uciec od swoich uczniów. Kolejną ważną sprawą jest to, czy się nami interesowali, czy znali nas nie tylko na podstawie ocen z dziennika, czy wiedzieli, jacy jesteśmy.

Jezus jest wzorem wychowawcy, wzorem pasterza. Zna swoje owce, a gdy grozi im niebezpieczeństwo nie ucieka, ale zostaje z nimi i jest gotów o nie walczyć. I właśnie dlatego jest dobry. Nie robi tego za pieniądze jak najemnik, ale robi to z miłości (dobry nauczyciel to nauczyciel z powołania). Jezus nie oddaje za nas swojego życia, bo ktoś Mu każe, ale robi to od siebie. Kocha. Można na Niego liczyć, więc nie trzeba liczyć tylko na siebie.

Kiedy przychodzi wilk nie musisz uciekać. Masz dobrego pasterza.



Wykorzystałem zdjęcie z unsplash.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, polub fanpage na fejsie.

Sierpień był upalny. Wychodziliśmy często, najczęściej do lasu, bo w południe wszędzie indziej była za wysoka temperatura, a wieczory przeznaczaliśmy na coś innego. Nie dłużyło mi się, kiedy była obok. Nie doceniałem nawet, jak wiele mądrych rzeczy mówiła mi w tamtym czasie. Zobaczyłem to dopiero po miesiącach.

Jednak od samego początku emanowała zaufaniem do mnie. Zaskoczyło mnie moje zdziwienie z tym związane, bo sam mówiłem jej najbardziej osobiste rzeczy niemal od pierwszego spotkania. Wiele razy potem zastanawiałem się: dlaczego? Odpowiedź zawsze brzmiała tak samo. Bo mogłem.

Słuchała mnie z większą uwagą, niż koneserzy muzyki klasycznej koncertu w Filharmonii Narodowej. Sam nie wiem, czy mogę powiedzieć to o sobie. Choć starałem się nie stracić choćby słowa, to są całe białe plamy w moim zapisie naszych rozmów. Może nie byłoby ich, gdybym zamknął oczy.

Była piękna i nie dało się oderwać od niej wzroku. Czasem przejęta marszczyła mimowolnie brwi, innym razem zupełnie niespodziewanie zaczynała się śmiać w środku swojej opowieści, wiedząc, jak chce spuentować swoją historię. Była urocza.

Myślałem o tym wieczorem w ostatnim tygodniu przed powrotem do szkoły, kiedy telefon zagwizdał obwieszczając nową wiadomość. "Musimy się spotkać." napisała. Nie miałem pomysłu, co się mogło stać, więc do głowy przychodziły najczarniejsze scenariusze. Dwadzieścia godzin później przekonałem się, że nie stało się nic. Chciała, żebym wziął ją za rękę.


Wykorzystałem zdjęcie z unsplash.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, polub fanpage na fejsie.

Słyszy się o nich wiele, a nawet wszystko. Wszystko, co najgorsze i czego nie chciałbym o sobie usłyszeć nikt normalny. Że biją, że kradną, że najgorsi i że przez nich jest źle. Bo o tym, że jest niebezpiecznie to aż strach mówić. "Cały czas burdy, zamieszki, zniszczenia i trzeba potem płacić. Zamknąć ich wszystkich, najlepiej razem, żeby się powybijali. Tacy oni są właśnie. A skąd wiem? Już ja ich dobrze znam. W telewizji o nich słyszałem..."

Statystycznie rzecz biorąc, na tym blogu nie ma osoby, która nie słyszałaby czegoś złego o kibicach. Jedni uważają, że się ciągle biją na tych stadionach. No autentycznie nie ma meczu, żeby się nie tłukli. Wszystko rozwalają i równają z ziemią. Wiem to na pewno, przecież mówili w telewizji.

A poza tym, to oni są tymi no, jak im tam było, tymi z marszu, co drzewka powyrywali, no, faszystami! Właśnie, oni to są w ogóle diabły wcielone. Piekło tam musi być, a między nich wleźć to już kaplica. No chyba, że obklejony ładunkami wybuchowymi. A dajcie spokój, lepiej się trzymać z daleka.

I oto ja, osiemnastoletni bloger wszedłem w sam środek tego "piekła". Piekła najbardziej piekielnego jak się w Polsce da. Najbardziej znienawidzony klub, a jednocześnie od kilku lat najlepszy. Przy okazji o jego kibicach jest najgłośniej. Legia Warszawa. Żyleta. Zapraszam.

Tak było w niedzielę:
Obejrzyj nagranie powyżej. To namiastka wrażeń z trybun.

Wszystko to zaczyna się wcześniej, niż mogłoby się Wam wydawać. To nie jest tak, że o 18, równo z pierwszym gwizdkiem sędziego wchodzą kibice na trybunę i zaczynają doping. Oni są tam już od dobrych kilkudziesięciu minut, a pierwszy "śpiew" zaczyna się w chwili, gdy piłkarze wychodzą na boisko, a nawet chwilę wcześniej. Na Legii obowiązkowo śpiewa się hymn "Sen o Warszawie". Dla mnie nie jest to utwór najłatwiejszy pod względem wokalnym i przypuszczam, że dla pozostałych tysięcy facetów, którzy na Żylecie stanowią 95 procent obecnych, a jednak cały tekst słychać wyraźnie. Nikt się nie krępuje, śpiewają wszyscy. Bo jeśli nie śpiewają...

Żyleta zdecydowanie nie jest miejscem dla osób, które chcą obejrzeć każde muśnięcie piłki, dostrzec, jaką minę miał trener po bramce czy przyjrzeć się fryzurze sędziego. Nie jest też miejscem dla tych, którzy przyszli tam dla towarzystwa i skupiają się raczej na smartphonie, niż tym, co dzieje się na murawie. Nie radzę tam iść również tym, którzy chcą sobie zobaczyć, jak to jest być na meczu Ekstraklasy.

Żyleta to krzyk. Żyleta to gwizd. Żyleta to mocne słowa. Żyleta to duma. Żyleta to radość. Żyleta to wierność. Żyleta to organizacja. Żyleta to równość. Żyleta to siła.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika @jestczytelnie

Widzicie, tam nie ma przypadkowych ludzi, a jeśli są, to tylko jeden jedyny raz. Tam każdy wie, po co przyszedł i czego dziś chce, bynajmniej nie jest to oglądanie meczu. Miejsce na Żylecie to możliwość wzięcia udziału w widowisku. Nie tylko obejrzenia go, ale współprowadzenia. Trybuna, o której mówią zawodnicy niemal każdej przyjeżdżającej na Łazienkowską drużyny (również tych zagranicznych). A mówią, bo ta trybuna ma wpływ.

Na wszelki wypadek, jak pisze Kominek "dla blondi", dodam, że Żyleta to nie miejsce. Żyleta to ludzie. To tysiące pozdzieranych gardeł, ostatnie pieniądze wydane na bilet. To nocne powroty do domu. To wierność, lojalność, braterstwo. To wspólnota. Tam nikt się nie obraża, gdy usłyszy od Starucha "Co jest kurwa? Co tak cicho? Co to ma kurwa być?". Każdy wie, że nie chodzi o to, żeby go zgnoić. Te słowa padają tylko dlatego, żeby pomóc Legii jeszcze głośniejszym krzykiem. Żeby gwizdać na przeciwnika jeszcze głośniej. Żeby włożyć w to jeszcze więcej siebie.
Z ostatniej soboty.

Czy na Żylecie ktoś się bije? Nie.
Czy na Żylecie brzydko mówią? Tak, często.
Czy na Żylecie jest bezpiecznie? Tak.
Czy na Żylecie trzeba się bać? Nie.
Czy na Żylecie trzeba śpiewać? Tak.
Czy na Żylecie jest jedność? Tak.
Czy na Żylecie jest najlepiej? Tak.

To zdecydowanie najlepsze miejsce na stadionie. Choć z innych trybun widać lepiej, to nie da się ukryć, że prawdziwe emocje są właśnie na Trybunie Północnej.

Przez 90 minut meczu nie poczułem na sobie wrogiego spojrzenia, pięści czy racy (sic!). Było bezpiecznie. Równie bezpiecznie, co w sektorach położonych wzdłuż linii bocznych. Czułem się nawet lepiej, bardziej komfortowo. Na innych sektorach jeden śpiewa, drugi nie, jeden skacze, drugi nie, jeden komentuje mecz niczym Szpakowski, drugi patrzy na to krzywo. Na Żylecie tego problemu nie ma. Każdy przyszedł tam, żeby pomóc Legii wygrać mecz.

Sprawdziłem osobiście, że nie trzeba bać się pójść na Żyletę. Trzeba tylko wiedzieć, po co się tam idzie. To wszystko. "I tylko Legia, Legia Warszawa!"


Fotografie zaczerpnięte z legionisci.com oraz wp.pl. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, polub fanpage na fejsie.

Uczniowie opowiadali, co ich spotkało w drodze, i jak poznali Jezusa przy łamaniu chleba. A gdy rozmawiali o tym, On sam stanął pośród nich i rzekł do nich: Pokój wam! Zatrwożonym i wylękłym zdawało się, że widzą ducha. Lecz On rzekł do nich: Czemu jesteście zmieszani i dlaczego wątpliwości budzą się w waszych sercach? Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem. Dotknijcie się Mnie i przekonajcie: duch nie ma ciała ani kości, jak widzicie, że Ja mam. Przy tych słowach pokazał im swoje ręce i nogi. Lecz gdy oni z radości jeszcze nie wierzyli i pełni byli zdumienia, rzekł do nich: Macie tu coś do jedzenia? Oni podali Mu kawałek pieczonej ryby. Wziął i jadł wobec nich. Potem rzekł do nich: To właśnie znaczyły słowa, które mówiłem do was, gdy byłem jeszcze z wami: Musi się wypełnić wszystko, co napisane jest o Mnie w Prawie Mojżesza, u Proroków i w Psalmach. Wtedy oświecił ich umysły, aby rozumieli Pisma, i rzekł do nich: Tak jest napisane: Mesjasz będzie cierpiał i trzeciego dnia zmartwychwstanie, w imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom, począwszy od Jerozolimy. Wy jesteście świadkami tego.
Łk 24,35-48

Po Zmartwychwstaniu Jezus przychodzi do swoich uczniów po raz kolejny. Dla mnie sposób, w jaki ich pozdrawia, ma kolosalne znaczenie. Mówi "Pokój Wam!" i nie jest to odosobniony przypadek. Jezus zawsze przynosi nam pokój. Pokój serca jest jednym z Jego darów. Jestem jedną z tych osób, która docenia wartość tego prezentu. Jeśli nie należysz do tej grupy, bądź spokojny. Przyjdzie czas, że za tym zatęsknisz.

Uczniowie nie od razu rozpoznali swojego nauczyciela w mężczyźnie, który do nich mówił. Nieufny wzrok, a zarazem zdumienie na twarzach przerwał sam Jezus prozaicznym pytaniem o posiłek. Wkrótce uczniowie rozumieją, o co chodzi.

Czy z nami nie jest podobnie? Ze mną jest. Nie od razu wiem, czego Bóg ode mnie chce. Czasem musi ze mną dłużej pobyć, to znaczy: to ja muszę pobyć z Bogiem. Zjeść razem tę rybę, posłuchać Go, nie wtrącać swojego chwalenia i żalenia się.

Jezus mówi "Dotknijcie się Mnie". Nie trzeba dodawać nic. Wyciągnij rękę i dotknij.


Wykorzystałem zdjęcie z unsplash.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, polub fanpage na fejsie.

W sumie to się jeszcze dobrze nie znaliśmy. Widywałem ją często na korytarzu, ale nasze spojrzenia nigdy się nie spotkały. Nikt nas sobie nie przedstawił, żadne z nas nie kwapiło się, żeby nawiązać znajomość. Nawet nie wiem, czy wiedziała o moim istnieniu. A potem sprawy potoczyły się szybko, kiedy zrobiłem pierwszy krok. Kolejne spotkania zbliżyły nas, może nie tyle fizycznie, co jakoś tak... niewidzialnie.

Jak opisać coś, czego nie widać? Gdy była obok czułem się dobrze, wiedziałem, że oboje chcemy jak najdłużej przeciągać pożegnanie. Tematy rozmów nie kończyły się, a z drugiej strony potrafiliśmy oboje zamilknąć na dobre parę minut i żadne z nas nie traktowało tego jak nietakt czy niezręczność. Nie myślałem o niczym w czasie naszych spotkań. Potrafiłem mówić o najtrudniejszych dla mnie rzeczach z niepojętą lekkością. W ten sam sposób słuchałem jej monologów. Nie były tak długie jak moje, ale chłonąłem je, bo były dla mnie pieczęcią z napisem "Zaufanie".

I nadszedł koniec szkoły. Zrozumiałem, że nie będziemy się już widywać codziennie. Albo raczej nie zrozumiałem. Na początku lipca nie było źle, spotkaliśmy się kilka razy, byliśmy w lesie i na naszej ławce. I gdzieś jeszcze, już  nie pamiętam gdzie. Ale wreszcie przypomniała mi to, o czym mówiła jeszcze w czerwcu. "Wyjeżdżam" brzmiało zaklęcie, które zamknęło mi usta na kwadrans. Siedzieliśmy w milczeniu, oparła o mnie głowę, ujęła za dłoń. Powiedziała mi bez słów, że nie tylko ja będę tęsknił.

Przez długie dwadzieścia dni mój nastrój zmieniał się kilka razy. Na początku zająłem się tym, czym zajmowałem się w każde poprzednie wakacje. Czas spędzałem na boisku, kolejne dni upływały mi przed komputerem. Wieczorne wyjścia z kumplami zastępowały spacery po "naszych" ścieżkach. Ale gdzieś z tyłu głowy była Ona. Czasem nie miałem ochoty z nikim się widzieć i nie rozumiałem sam siebie. Dlaczego tak dużo o niej myślałem? Nie byliśmy przecież parą. Nie nazywałem jej "przyjaciółką". Ale też wcale nie chciałem, żeby nią była...

Starałem się dzwonić, ale miała taki plan dnia, że mogliśmy pogadać góra 20 minut raz na kilka dni. Smsów nie cierpiałem tak samo jak dziś, a w dodatku miała problemy z zasięgiem. Czasem na odpowiedź czekałem kilkanaście godzin. Dwudziestego dnia jej nieobecności wróciłem do domu po dziesiątej. "Coś do ciebie przyszło" usłyszałem od siostry, która wskazał mi ręką blat mojego biurka. W białej podłużnej kopercie było coś sztywnego. Znaczek zaczął się już lekko odklejać, a starannie zaklejona koperta nosiła znamiona brudnych palców. Ale to nie mogły być jej odciski. Dla niej dłonie są świętością, dba o nie najbardziej na świecie. W środku była pocztówka.

Rozerwałem niezręcznie kopertę. Nie wyszło mi to najlepiej, ale niecierpliwość była silniejsza od estetyki. Kartka była trochę inna, niż zwykłe. Nie było na niej żadnych zdjęć, a obrazek gór. Żadnych napisów w stylu "Zakopane" czy "Szklarska Poręba". Przewróciłem kartkę na drugą stronę. Była w całości zapełniona drobnym, ale bardzo zgrabnym pismem. Miejsce wydzielone na znaczek, kod pocztowy i adres skryło się pod kolejnymi zdaniami, urodzonymi jej ręką.

Pisała, że jest jej tam dobrze, że ma mało czasu, że dużo chodzi po górach i że lubi kłaść się zmęczona spać, bo czuje, że nie marnuje czasu. Że czuje się najlepiej od dawna, ale że czegoś jej brakuje. Że jest uśmiechnięta i że przeprasza, że nie odbiera telefonów. Że tęskni i już nie może się doczekać jak wróci. Że chce się wreszcie spotkać i że brakuje jej mojego przytulenia. Na końcu dopisała, że musi mi coś powiedzieć po powrocie.

Ja chyba też muszę Ci coś powiedzieć - pomyślałem ocierając mokre oko.


Wykorzystałem zdjęcie z unsplash.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, polub fanpage na fejsie.


Miałem wtedy 13 lat i się nie popłakałem, chociaż nad tą książką płakały setki starszych ode mnie. Może powinienem był uronić łzę, ale jakoś tak chciałem być twardy, twardszy od reszty i doczytać te kilkaset stron, unikając oznak wzruszenia. Nie było to łatwe. Czym innym przecież są fantastyczne przygody chłopca w okularach, a czym innym wspomnienia kobiety, która kilkadziesiąt lat temu wynosiła z getta dzieci. Pięcio-, siedmio-, dwunasto-, szesnastoletnie. Takie same jak ja. Takie, które chciały żyć jak ja. Grać w piłkę jak ja. Jeść cukierki i chodzić do dentysty jak ja. Chciałby być kochane i bezpieczne. Jak ja. Ale urodziły się Żydami w złym miejscu i złym czasie.

***

Czytając pięć lat temu "Dzieci Ireny Sendlerowej", nie spodziewałem się, że kiedykolwiek spotkam autorkę tej poruszającej książki. Okazja nadarzyła się w moim ogólniaku w zeszły czwartek. Jeden z nauczycieli zaprosił panią Annę Mieszkowską, kobietę, która miała okazję poznać Irenę Sendler i wysłuchać jej wspomnień.

Dziesięciominutowy trailer filmu, jaki powstaje o polskiej bohaterce był początkiem opowieści pani Mieszkowskiej. Nie będę streszczał tego, co opowiedziała, bo najlepszym streszczeniem czy raczej rozszerzeniem jej prelekcji (nazwa robocza) jest książka "Prawdziwa historia Ireny Sendlerowej". Nie mogę jednak nie przyznać, że te 45 minut było absolutnie wyjątkowe.

Pani Anna mówi nieco niewyraźnie, jednak nie było to powodem, żebyśmy nie wysłuchali w skupieniu i ciszy tego, co miała nam do powiedzenia. Jest to dla mnie szczególnie wymowne, bo jesteśmy normalnymi uczniami liceum - mówiąc wprost to pierwszy apel/akademia/wystąpienie/spotkanie, na którym było cicho przez całe 45 minut. Ale przecież nic nie dzieje się przypadkiem. Słowa, które płynęły z ust pisarki, były w stu procentach autentyczne, a opowieść poruszająca. To nie było błyskotliwe przemówienie, po którym wystrzeliłoby konfetti. To raczej spotkanie ze świadkiem historii, a jak wiemy świadectwo działa silniej od nauki.

Lektura książki to okazja do szczegółowego poznania historii Ireny Sendlerowej, dla mnie osobiście symbolu bohaterstwa i człowieczeństwa. Ale emocji nic nie oddaje tak jak spotkanie z człowiekiem. Przeczytaj. Może p. Annę Mieszkowską uda się zaprosić i do Twojej szkoły/miejscowości.


Fotografie zaczerpnięte z annamieszkowska.pl. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, polub fanpage na fejsie.

Przemierzając kolejny kilometr fejsbukowej ściany trafiłem na zajawkę tekstu z portalu Prawy.pl poświęconemu Polsce, rodzinie i tradycji (jak sami piszą już w nagłówku). Wspomniany wpis ma już ponad 5 tygodni i dotyczył sprawy mi nieobojętnej, a mianowicie kibiców Legii Warszawa.

W tym roku 1 marca po raz piąty obchodziliśmy Dzień Żołnierzy Wyklętych. Poza licznymi eventami organizowanymi na miejskich skwerach, placach, deptakach, poza biegami, apelami pamięci czy tematycznymi lekcjami historii w szkołach (głęboko wierzę, że gdzieś takie się odbywają), w polskim życiu publicznym jest jeszcze miejsce, gdzie pamięć o Niezłomnych odbija się szerokim echem. To miejsce to trybuny na największych stadionach w kraju nad Wisłą.

W weekend przypadający najbliżej 1 marca (w tym roku 1III był w niedzielę) kibice piłkarskich klubów Ekstraklasy przygotowują oprawy poświęcone Żołnierzom Wyklętym. Być może fani klubów z rozgrywek niższego szczebla również coś organizują, ale nie mam na ten temat żadnej wiedzy. W każdym razie - co roku "coś się dzieje". W tym roku oprawa kibiców Legii wyglądała tak:
Cokolwiek nie powiecie, robi wrażenie, a odśpiewanie wszystkich czterech zwrotek hymnu zasługuje na szacunek. Dla porównania piłkarze przed meczami reprezentacji Polski śpiewają jedną lub co najwyżej dwie i żeby niektórych lekko uszczypnąć dodam, że na dwóch meczach naszych Biało-Czerwonych, na których byłem, kibice również nie pokusili się o pełną wersję (biję się w pierś - ja także nie). Taka jest różnica między kibicami reprezentacji, a kibicami Legii (przypuszczam, że pozostałych drużyn Ekstraklasy też). Wróćmy jednak do sedna sprawy.

Problematyki rac na trybunach zapewne nikomu przedstawiać nie trzeba. Są nielegalne, tymczasem kibice nadal je odpalają i bądźmy sprawiedliwi - dopóki nimi nie rzucają na boisko i w siebie nawzajem, to nic złego się nie dzieje. Oprawy za to, również patriotyczne, wyglądają o wiele efektowniej i milej dla oka.

W tekście pani Anny Wiejak, który w całości przeczytacie w tym miejscu [portal Prawy.pl - kliknij], czytamy "Komisja Ligi Ekstraklasy SA ukarała Legię Warszawa karą 5 tys. zł za przepiękną, wzruszającą patriotyczną oprawę ku czci Żołnierzy Wyklętych, jaką zorganizowali na stadionie kibice klubu. Otóż stwierdziła ona, że wniesienie na trybuny środków pirotechnicznych, które posłużyły do podświetlenia oprawy, było nielegalne.". O ile z tą częścią się jak najbardziej zgadzam, to w kolejnym akapicie jest "O skandalicznej decyzji komisji jako pierwszy poinformował portal Legionisci.com.". Pojęcia nie mam o tym, kto pierwszy poinformował o tej decyzji komisji, ale gdzie tutaj jest skandal?

Faktycznie wniesienie na trybuny środków pirotechnicznych było nielegalne. Ustawa o organizacji imprez masowych zabrania używania środków pirotechnicznych, czyli również rac. Na tym polega prawo, że jest nieuchronne i tylko wtedy może poprawnie działać, więc przy całej sympatii dla Legii i szacunku dla działań kibiców - kara była słuszna. Co innego za to myślę o przepisach, które wydają się absurdalne, zwłaszcza, że dziś race wciąż płoną, tylko kluby tracą pieniądze, a kibice muszą się bardziej napocić przy ich wnoszeniu i używaniu. Więc jeszcze raz - przepis jest durny, ale kara była słuszna, a nie skandaliczna, ponieważ okolicznością łagodzącą w takiej sprawie nie powinien być patriotyczny charakter oprawy. Przepis jest - raca jest - kara jest. Gdyby pierwszy czynnik nie wystąpił, nie mielibyśmy i ostatniego.

O skandalicznej karze można powiedzieć w przypadku transparentu, jaki kilka lat temu wywiesili kibice Lechii Gdańsk. Jego treść "17.09.1939 czwarty rozbiór Polski" uznano za godną grzywny i karę wymierzono.
Choć wartości, z jakimi identyfikuje się portal Prawy.pl, nie są mi obce, a nawet mogę powiedzieć, że odgrywają istotną rolę w mojej osobistej hierarchii, to tekst na temat kibiców Legii i kary za użycie rac był zbyt emocjonalny, a przez to nieobiektywny. To niełatwa sztuka, żeby pisać o tym, co bliskie sercu, w sposób racjonalny i trzeźwy. Do takiego pisania trzeba dojrzeć. 


Fotografie zaczerpnięte z legionisci.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, polub fanpage na fejsie.

Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia, tam gdzie przebywali uczniowie, gdy drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich: Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz /domu/ i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż /ją/ do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg mój! Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej książce, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc mieli życie w imię Jego.
J 20,19-31

Chyba każdy zna ten fragment Ewangelii. Tyle razy przytaczany na kościele czy nawet na katechezie i tyle razy podkreślane niedowiarstwo Tomasza. A jednak zrobił on coś, by Jezusa spotkać. Co takiego? Zaraz sprawdzimy.

Pierwsza sprawa: Jezus przychodzi do uczniów absolutnie niespodziewanie i znienacka. Wyraźnie jest napisane, że pomimo drzwi zamkniętych przychodzi do uczniów, którzy zalęknieni przebywali w wieczerniku. Od razu nasuwa mi się myśl, że tak samo przychodzi do nas. Czasem będąc w najgłębszym dołku, zamknięci i wystraszeni odkrywamy obecność Boga. Odkrywamy Go niespodziewanie w chwili, w której spodziewalibyśmy się najmniej. Bóg tymczasem nie czeka, aż otworzymy Mu drzwi, tylko czeka na naszą... wiarę. To ona sprawia, że doświadczamy Boga, jednak...

Jednak Bóg jest Bogiem, a człowiek człowiekiem i, jak na człowieka przystało, on chciałby dotknąć, zobaczyć na własne oczy, usłyszeć. I Bóg przychodzi tak, jak po ośmiu dniach do Tomasza. Pokazuje Mu się i mówi "jestem". Dlaczego więc nie każdy Go widzi? Różnica jest taka, że Tomasz za drugim razem był z pozostałymi w wieczerniku. Wielu z nas już tam nie wraca i kiedy Bóg się pokazuje, to nie mamy możliwości Go zobaczyć. Mój imiennik szukał nawet wtedy, gdy nie mógł przezwyciężyć swojego niedowiarstwa. "Szukajcie, a znajdziecie!" pisze ewangelista Łukasz. Święty Tomasz Apostoł szukał i odnalazł swojego Pana i Boga.

Nawet jeśli nie potrafisz uwierzyć Bogu "na słowo", wróć do wieczernika i czekaj, aż przyjdzie po raz kolejny. Przyjdzie na pewno.


Zdjęcie zaczerpnięte z unsplash.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, polub fanpage na fejsie.