Źródło: ericbrown.com/real-world-mobility.htm
Jakiś czas temu miałem do napisania pracę na polski. Tematem był motyw miłości w Biblii. Temat rzeka można powiedzieć, jednak wychodzę z założenia, że każdym, nawet najlepszym zagadnieniem można zanudzić na śmierć, i siebie, i czytającego pracę. Dla mnie kluczem do sukcesu jest pomysł na pracę. Jeśli do pomysłu dodasz chęci, zaangażowanie i wymieszasz, to może wyjść naprawdę smaczne wypracowanie.
Ale, ale. Przecież taki temat, to coś naprawdę poważnego. Wypracowanie, teza i argumenty. To jest porządna koncepcja do stworzenia takiego dzieła. Zgoda, ale moje była nieco inna. Odmienność tkwiła stricte w formie. Napisałem dialog - rozmowę dwóch panów w pociągu z Tel-Awiwu do Jerozolimy. Z ich słów można było dowiedzieć się, jaka ta miłość w Piśmie Świętym jest. Praca została oceniona niemal bardzo dobrze.

Kolejna praca była trudniejsza. Porównać gospodarstwa Dobrzyńskich i Sopliców oraz ich scharakteryzować. Tym miałem się zająć tydzień temu. I znów zrobiłem to inaczej. Tym razem opowiadaniem, w którym członkowie rodziny Kicińskich opowiadają sobie wydarzenia i miejsca z "Pana Tadeusza", zakończyła się moja kilkugodzinna praca. Wypracowanie trzeba będzie napisać jeszcze raz - tym razem forma inna, niż przewidywana nie przeszła.

W obu przypadkach spodziewałem się różnych reakcji ze strony osoby sprawdzającej. Mogła być zachwycona lub bardzo rozczarowana. Mogłem rozbawić lub zażenować. Raz mi się udało, za drugim razem nie. Wiedziałem, że coś nieszablonowego wiąże się z ryzykiem i za to ryzyko przyjdzie mi jutro zapłacić, gdy będę powtarzał pracę. Jednak nie żałuję ani trochę. Wręcz przeciwnie - cieszę się, że potrafiłem wzbić się na własne wyżyny i zrobić coś inaczej, może ciekawiej, zwłaszcza, że wymagało to dodatkowego wysiłku.

Jeśli chcesz się wyróżnić, chcesz zrobić coś inaczej, lepiej, bardziej oryginalnie, niż pozostali, musisz zaryzykować. W różny sposób ludzie zareagują, ale wybicia się ponad schemat już nikt Ci nie zabierze. Pamięci w oczach nauczyciela, szefa czy całej społeczności. Ryzykuj. Jeśli nikomu nie robisz w ten sposób krzywdy, to zaprocentuje w przyszłości. Prędzej czy później. Ale zaprocentuje.
Źródło: unsplash.com
Jak mantra wraca w mediach temat zmiany kanonu lektur szkolnych. Świat idzie do przodu i edukacja także musi się dostosować do dzisiejszych realiów. To zrozumiałe i nie ma w tym nic złego. Okej. Tylko dlaczego te zmiany mają polegać na wyrzucaniu dzieł ambitnych i zastępowaniu ich lekkimi, przyjemnymi, nie ukrywajmy, książkami niższych lotów?

Jakiś czas temu usłyszałem o pomyśle wycofania fragmentów "Pana Tadeusza" z gimnazjum, bo uczniowie nie są w stanie docenić wartości tego dzieła. Bynajmniej. Jak mogą być w stanie, skoro cały czas chcemy obniżać poprzeczkę i wymagania? Dlaczego mamy być głupsi? Gimnazjum to trudny wiek, jasne, człowiek wtedy dojrzewa, buntuje się. Wybornie. Ale dlaczego nie dać mu szansy (szkoła jest szansą - brzmi jak slogan) na poznanie wybitnych pozycji literackich na tym etapie edukacji? Dlaczego nauczyciel ma pozwolić uczniowi rozleniwić się do tego stopnia, że w liceum już nawet nie pomyśli o przeczytaniu jakiejkolwiek książki?

Wracając do przedostatniego zdania poprzedniego akapitu - w szkole powinniśmy poznawać dzieła wybitne, wyselekcjonowane, najlepsze. Konsultowanie z uczniami wyboru lektur nie ułatwia tego, zwłaszcza z osobami w wieku gimnazjalnym. Co może taki człowiek zaproponować nauczycielowi? Dziady? Krzyżaków? Pieśń o Rolandzie? Nie. Raczej Wiedźmina, Metro, może Millenium, w porywach Małego Księcia, którym nie zachwyciłem się ani trochę.

Tradycjonalista - powiecie. Mogę być i tradycjonalistą, ale, kurczę, nie róbmy tak na siłę z tych dzieci idiotów. Myślicie, że jak w szkole będzie Harry Potter zamiast Mickiewicza, to po przeczytaniu powieści o chłopcu z różdżką ktoś sięgnie po Wallenroda i Ostatni zajazd na Litwie? Sięgnie. 1 na 1000, albo 3 na 1000.

Tendencja do dostosowywania się do oczekiwań uczniów doprowadzi do wyprowadzenia ze szkoły książek, a wejdą obowiązkowe gry do przejścia. "Co sądzisz o Prologu w The Witcher II? Przeanalizuj walory graficzne gry." Mam nadzieję, że przesadziłem.
Źródło: Flickr
Zaniedbałem pisanie tutaj na rzeczy czytania mądrych rzeczy o starożytnej Grecji, o poleis, Sparcie, Atenach i Aleksandrze Macedońskim. Wojny grecko-perskie były całkiem ciekawe. Kiedyś jednak lektura nawet najmądrzejszych dzieł musi zostać przerwana i tak stało się nie dalej jak przedwczoraj. Wracam więc do mojego lifestyle'owego dziecka. 

Jeszcze przez dobre parę lat, jeśli nie dekadę, jeśli nie wieczność nie będę aspirował do miana biznesmena, jednak nawet zwykłym licealistom zdarza się potrzeba wyjścia z domowych czterech ścian z balastem sprzętu elektronicznego wykraczającego poza tradycyjną komórkę. Trzeba wziąć ze sobą komputer! Wow! Tak dorośle! A jak dojrzale! A jaki to człowiek ważny, skoro nosi ze sobą komputer. Więc wyszedłem. Z komputerem.

I doszedłem tutaj - do właściwej części tego wpisu. Nie przeczytałby go prawdopodobnie nikt poza mną, gdy nie... Internet. O niego się rozchodzi w tym tekście. Wiedząc, że będzie mi potrzebny poza domem i jednocześnie zdając sobie sprawę z braku własnego łącza bezprzewodowego, chciałem sprawdzić, czy mogę liczyć na WiFi w lokalu, na stronie internetowej pizzerii, jaką zamierzałem odwiedzić. Pierwsza strona - o sieci ani słowa, pizze, promocje, napoje, telefon. Przyszło mi więc skorzystać z tego ostatniego i osobiście dowiedzieć się, czy połączenie z siecią w restauracji będzie możliwe. Niestety nie było. Na stronie innego przybytku gastronomicznego sytuacja powtórzyła się aż do momentu pytania o WiFi. Tym razem udało się - "tak, jest" usłyszałem w słuchawce. Lokal wybrany.

Strona pizzerii ma zawierać ofertę potraw do kupienia - to jasne. Warto też dodać zestaw napojów możliwych do zamówienia czy też informacje o aktualnych promocjach. Mamy jednak drugą dekadę XXI wieku i potrzeby klientów się zmieniają. Raz na 1000, 100 a może 10 osób przyjdzie komuś do głowy, żeby dowiedzieć się, czy będzie mógł przy pizzy posiedzieć na fejsie czy napisać tekst na bloga. Dobrym pomysłem jest więc umieszczenie takiej informacji na stronie internetowej lokalu. Restauratorzy - nie zapominajcie o tym. Raz na jakiś czas, w przyszłości może raz na godzinę, to właśnie to zadecyduje o tym, czy Pan Iksiński zje u was lunch.
Źródło: Flickr
Emocje już opadły i prawdopodobnie za kilka dni prawie wszyscy zapomną o 11 listopada, Marszu Niepodległości i grupie amatorów mocnych wrażeń, którzy przez kilka godzin obrzucali policję tym, co wpadło im w ręce. I tak co roku. Marsz Niepodległości to temat, który żyje tydzień przed wydarzeniem i tydzień po. Sam Dzień Niepodległości zazwyczaj jeszcze dłużej. Polacy bezrefleksyjnie przechodzą przez tę datę, jak przez każdą inną. Dla wielu to tylko dodatkowy dzień wolny od pracy. Co bardziej "obywatelscy" ponarzekają na patriotyzm chuliganów, inni na organizatorów Marszu Niepodległości, inni na Bronka, inni na pisiorów. A potem przez rok mają spokój od własnych myśli.

Wszyscy najchętniej wsadziliby na długie lata wojowników sprzed trzech dni. Niewiele by to dało, bardziej przydałaby się kara finansowa, ale zostawmy to. Ich "patriotyzm" oczywiście nie istnieje. Niszczą mienie publiczne finansowane z kieszeni Polaków. To, że innego Polaka (policjant to też Polak, naprawdę) ranią w sumie bez powodu, to kolejny temat, ale powoli przestaje to chyba dziwić. A powinno.

Wina tamtych chłopców jest niepodważalna, jasne. Ale uderzmy się tak szczerze w pierś - jaki jest nasz patriotyzm? 11 listopada wywieszamy flagi. Albo i nie. Idziemy na Msze za Ojczyznę. Albo i nie. Bierzemy udział w apelach pamięci. Albo nie. Słuchamy patriotycznych pieśni i oglądamy historyczne programy. Choć w sumie to niekoniecznie. Na ogół możemy jednak (ja mogę) powiedzieć, że tego dnia o Polsce pamiętamy. O naszych dziadkach, ich dziadkach. Wzrusza nas ojczysty język, potrawy, zwyczaje. I cieszymy się, że jesteśmy Polakami. Wolnymi Polakami. Tak zwyczajnie cieszymy.

Ale to tylko 11 listopada. A pozostałe 364 dni w roku? Jak dbamy na co dzień o Ojczyznę? Tradycję? Powiedzmy tak szczerze. Każdy za siebie, tylko za siebie. Jak szanujemy parki, ulice, szkoły? Interesuje nas historia Polski? Co robimy, żeby ją poznać? A nasz język? Pilnujemy tych wszystkich przecinków i kropek? Ortografia? Kojarzysz temat? Starasz się mówić pięknie? Czytasz po polsku? A polskich autorów? A to, co jest "obowiązkową" lekturą Polaka? Bierzesz udział w wydarzeniach czy eventach? Obchodzisz Gwiazdkę czy Boże Narodzenie? Co zrobiłeś dla Polski w tym roku? 
Źródło: unsplash.com
Uczyłem się przez cały weekend, a powtarzać zacząłem już wcześniej. Chciałem wreszcie przekroczyć 90% i dostać bardzo dobry. Przyłożyłem się tym razem porządnie i liczyłem na wynik, który wreszcie spowoduje uśmiech, a nie doprowadzi mnie do szewskiej pasji. Siedziałem nad notatkami, przeglądałem podręcznik. Czytałem z repetytorium i robiłem więcej, niż kiedykolwiek do tej pory, żeby dobrze wypaść. No i przyszedł ten sprawdzian. Nie wiem co, ale coś się spieprzyło i uwaliłem ten test. Niecałe 80%. To i tak był mój najlepszy wynik, ale w dupie mam najlepsze wyniki. Chciałem chociaż 90%.

Praca poszła na marne. Nie osiągnąłem zamierzonego celu. Wierzyłem, że uda mi się napisać na tyle, ile chciałem. W końcu uczyłem się, jak nigdy. A tu dupa. Krach. I kamieni kupa. Bez sensu było siedzieć nad tym tyle godzin.

Choć uczyłem się, to i tak gdzieś popełniłem błąd. Albo błędem było w ogóle uczenie się, bo tylko straciłem czas. Więcej tak nie zrobię, walę to. Ostatni raz mi odbiło. Że też myślałem, że mogę się nauczyć tego wszystkiego.

W rzeczywistości zmyśliłem całą historię. Zmyślony Ja popełnił gdzieś błąd i nie poszło mu na sprawdzianie tak dobrze, jak miało. A teraz Zmyślony Ja chce popełnić jeszcze większy i rozpędzić swoje chwalebne chęci na cztery strony świata. To będzie duża pomyłka. Zmyślony Ja mógł napisać nawet na więcej, niż 90%. Ale nie napisał. Bo dzień wcześniej powtarzał dopiero od 23. A weekend podzielił pomiędzy naukę i fejsa. Albo raczej je połączył - działał i tu, i tu równolegle. Pominął też niezbędne pojęcia, bo na jednej z lekcji bawił się dobrze z kumplem w ostatniej ławce i nie słyszał wymagań nauczyciela na sprawdzian.

Wystarczy, że Zmyślony Ja wyeliminuje to kilka zbędnych elementów, dopracuje swoje metody przyswajania nowych treści i kolejną klasówkę może dopisać do listy sukcesów. Błąd, który popełnił może mu się przydać, tylko musi go dostrzec i wyciągnąć wnioski. A nie rzucać wszystko i obarczać winą siły nadprzyrodzone, które poprzez osobę nauczyciela ułożyły sprawdzian.

Mogę bardzo wiele. Wymyślony Ja też może bardzo wiele. I Ty też możesz bardzo wiele. Nawet rzeczy, które nie wychodzą pomimo starań. Jak coś kojarzy Ci się z błędem i niemocą, to usiądź i rozłóż to na czynniki pierwsze. Znajdź przyczynę błędu. A potem ją wyeliminuj. Uda Ci się. Tylko nie mów, że nie ma sensu. Bo nie ma sensu tak mówić.