Źródło: unsplash.com
Tak zupełnie szczerze Wam powiem, że pewne rzeczy, choć są oczywiste, to dla mnie wciąż bardzo odległe. Piękne hasło "Co masz zrobić jutro, zrób dziś" brzmi dla mnie równie abstrakcyjnie co "Wszechświat ma swój koniec i nie wiadomo, co jest dalej.". To dziecinne i niedojrzałe. I może piękne piękne, bo wczoraj złamałem tę abstrakcję.

Nic wielkiego, odrobiłem lekcje zadane na dzień później. To zabawne, że tutaj o tym piszę, bo choć lifestyle to całe życie, to taką rzecz otwarcie można nazwać głupotą. A jednak piszę. Ach ta przekora. Ale do rzeczy, co ja miałem powiedzieć? Zadania zrobiłem wczoraj, więc dzisiaj wolne. I tutaj mógłbym urwać, ale jeszcze parę zdań. Easy, koniec niedaleko.

Porwałem się na te zadania i dziś z perspektywy 24-godzinnej mogę otwarcie powiedzieć, że odrabianie czegokolwiek bez presji "TO JUŻ NA JUTRO" jest o wiele przyjemniejsze, a przede wszystkim bardziej efektywne. Daje:

  • czas na poprawki
  • czas wolny
  • poczucie, że zrobiło się coś, a przecież mogło nie robić; to wcale nie jest mało, powaga.
W tytule wymieniłem drugi punkt listy. Jako małe dziecko usłyszałem, że dobrze jest sobie zostawić to, co najlepsze na koniec. Ulubionego cukierka, najlżejszy przedmiot do odrobienia czy najciekawszą książkę z listy lektur. Wszystko to można wpisać w czas wolny. Lepiej mieć 6 godzin jednego dnia, niż dwa razy po 2. Te 2 brakujące celowo opuściłem, bo wypadają na różne głupoty. Jak się usiądzie i posiedzi nad czymś raz, to wyjdzie lepiej i szybciej, niż 2 razy (tu: 2 dni) z 30 przerwami na fejsa, insta, twita, wp, bankowość i livescora.

Przekładając to na realia blogowe: zazdroszczę tym, którzy mają odłożone do wrzucenia 20 postów i jeszcze trochę. Takie cyfry póki co są dla mnie nieosiągalne, ale w przyszłości będę miał taki komfort, wierzę. To powodzenia, może macie coś na czwartek. Zróbcie dziś, niezależnie od wszystkiego, jutro będziecie zadowoleni, że macie to już za sobą.


Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkimi wpisami na Minus 3 polub fanpage bloga 
na Facebooku, gdzie lądują zawsze najnowsze posty. 5!
Źródło: Flickr
Kiedy jesteśmy mali to rodzice czy dziadkowie mówią nam jedno zdanie. Potem idziemy do szkoły i na którymś etapie edukacji któryś z nauczycieli pomiędzy deklinacją, indukcją i fotosyntezą wtrąci tę mądrość. Księża z ambony mówią wiele, ale już nie raz słyszałem, jak przyznają: to jest najważniejsze. Powiedział też o tym pewien jegomość nazwiskiem i imieniem Mickiewicz Adam.
Miej serce i patrzaj w serce.
Innymi słowy, tym razem moimi: bądź dobrym człowiekiem. Bo co w życiu jest ważniejsze? Jaki interes jest ponad to? Jaka ideologia jest w stanie przyćmić to proste zdanie? Jakie imperium jest większe od wartości tych trzech słów?

Można być słabym, nieuzdolnionym, mieć problem z nauką, palić papierosy czy wściekać się, gdy nie idzie naszej reprezentacji [futbolowej oczywiście]. Można być nieśmiałym lub krzykliwym. Biednym lub bogatym, ładny, brzydkim, inteligentnym, krytycznym. Ale najważniejsze to być dobrym człowiekiem.

A co to znaczy? Jak zdefiniować dobro? Czy jest to tylko nieprzeszkadzanie drugiemu człowiekowi? Czy może bycie gotowym do pomocy? A może wykorzystywanie swoich zalet? A jeśli tak, to wykorzystywanie do czego?

Miej serce i patrzaj w serce. Bądź czuły, co nie znaczy miękki. Bądź gotowy, co nie znaczy uległy. Bądź szczery, co nie znaczy chamski. Bądź wyrozumiały, ale i wymagający. Staraj się zrozumieć, ale nie pobłażaj. Bądź dobry.


Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkimi wpisami na Minus 3 polub fanpage bloga 
na Facebooku, gdzie lądują zawsze najnowsze posty. 5!
Źródło: tutaj
Już ponad miesiąc temu prezentowałem Wam nowy, powiedzmy, gadżet, jakim jest dla mnie Kindle. Dziś mam już większe doświadczenie. Zbliżyliśmy się do siebie i chcę opowiedzieć o naszym związku. Choć zaczęło się od małego nieporozumienia, to jesteśmy dziś w dobrych relacjach. Spędzamy razem coraz więcej czasu. Cześć, to mój nowy Kundelek.

Parę dni temu pokazałem na Instagramie moje najbliższe lektury, a przy okazji wrzuciłem ich listę w poprzednim wpisie. Tylko jedna osoba podjęła się typowania, jaką książkę dziś zrecenzuję. Niestety typ "Resortowych dzieci" nie był trafny. A prawidłową odpowiedzią jest... "Testament". Chyba pierwszy w moim życiu thriller, a zarazem pierwsza moja książka przeczytana na Kindle'u. Same premiery.

Od czego by zacząć? Już na pierwszych stronach książki jesteśmy porwani na szczyt wieżowca (swoją drogą podobnie jak w powieści "Gracz" Przemysława Rudzkiego). Co się tam dzieje? Chyba nie będzie zbyt dużym spoilerem, jeśli powiem. Bogaty, bardzo bogaty człowiek podpisuje testament. Dosłownie chwilę potem odbywa lot. Lot z 13. piętra na chodnik. Samobójczy skok starca daje początek ciekawej fabule ponad 300-stronicowej powieści.

To, co mi się podobało, to że nie poznaliśmy głównego bohatera od razu. Nie chcę zdradzać zbyt wiele. Jestem pewien, że nie odgadłbyś, o kim w sumie ta książka będzie. Poza tytułowym bohaterem, no może nie bohaterem, ale tematem. Testament przewija się oczywiście przez całą książkę i jest głównym wątkiem, jednak nie można powiedzieć, że na każdej stronie pada to słowo. Wręcz przeciwnie, jest wiele pobocznych historii, które dla mnie osobiście stanowią o sile tej pozycji.

Pomimo swojej prawniczej natury "Testament" ukazuje też zwykłe ludzkie słabości, ich smutne efekty, cenę, jaką trzeba płacić. Ale na pesymizmie się nie kończy i mimo, że śmierć na początku książki nie jest jedyną, to wszystko układa się w całkiem znośny świat. Jeśli nigdy nie miałeś do czynienia z tym gatunkiem literatury, to John Grisham napisał coś, co będzie z pewnością dobre na początek. Polecam. Gdybym miał dawać jakieś gwiazdki czy serduszka, to dałbym z 17. Na 20.

I na koniec parę słów o nowym "sposobie" czytania. Jest lekko, poręcznie, przyjemnie. Bateria zawołała dopiero po zakończeniu "Testamentu", co i tak uważam za dość szybko. Wadą Kundla jest to, że po ciemaku nijak nie da się czytać - ekran nie męczy ani trochę wzroku (zupełnie jak zwykły papier!), ale nie świeci, tudzież bez lampki w nocy nie poczytasz. Mimo wszystko te ćwierć koła (jak to brzmi) zainwestowane w to osiągnięcie techniki, to dobrze rozdysponowane pieniądze.
Źródło: unsplash.com
Pisałem kiedyś o fali muzyki, podobno dobrej, która nawiedziła naszego najpopularniejszego samoobsługowego zabieracza czasu. Jakiś czas temu, wcale niedawno zdaje się, na fejsie pojawił się nowy łańcuszek. Tym razem chodzi o wypisanie 10 książek, jakie się przeczytało. Dodatkowo mają to być chyba lektury, która wywarły na nas wpływ lub coś w ten deseń.

Podszedłem do tego na początku sceptycznie. Na początku, czyli za pierwszym razem, kiedy zostałem nominowany. Przy drugim zacząłem się zastanawiać, ale stwierdziłem, że to faktycznie nie dla mnie. A dlaczego? No pionierem akcji się nie ogłoszę, ale muszę przyznać, że ja już o swoich przeczytanych książkach pisałem nie raz (2). Można o tym przeczytać tutaj i tutaj też.

Żeby jednak nowego "wyzwania" czy jak to tam sklasyfikować (Nowej Głupoty Fejsbukowej) nie olać zupełnie wymyśliłem, że podzielę się listą aktualnie czytanych pozycji, bądź planowanych w najbliższej przeszłości. Od czego zacząć? Może od zdjęcia.
Tym razem z własnego Instagrama
Zdjęcie wykonałem profesjonalnym aparatem w komórce, więc jednak opowiem Wam, co tam widać.
Na pierwszym planie ukazują nam się.
1. Dwie drogi
2. Tryptyk o wierze (moja pierwsza wygrana rzecz na fejsbuku)
3. Cyfrowa demencja
4. Resortowe dzieci
I teraz uwaga, bo to jeszcze nie koniec. Ten pilot na samym czubku wieży, to mój Kindle, na którym nadgryzłem już nieopatrznie:
5. Testament autorstwa Johna Grishama
6. Zieloną Milę znanego wszystkim Stephena Kinga.
To do kiedy przeczytam? Może byśmy się jakoś założyli? Koniec listopada?

Coraz rzadziej tu bywam i trochę mi głupio, ale nie na wszystko jest czas. A może na wszystko? Właśnie o tym będzie dzisiejsza rozkmina. Czy można ze wszystkim zdążyć i na wszystko znaleźć w życiu chwilę?

Trzeci rozdział Księgi Koheleta (Stary Testament) rozpoczyna się słowami: Wszystko ma swój czas,  i jest wyznaczona godzina  na wszystkie sprawy pod niebem. Ale czy rzeczywiście? Czy tylko ja mam wciąż do przeczytania z 1000 (słownie: tysiąc) książek? Czy tylko ja chciałbym obejrzeć jeszcze kilkaset świetnych filmów, o których dużo słyszałem? Czy tylko ja mam znajomych, z którymi chcę się spotkać i zająć im chociaż godzinę, a naprawdę nie nadążamy za tym, i ja, i oni? Czy wszyscy macie czas na uczenie się obcych języków, które was fascynują? Czy macie czas odwiedzać miejsca, jakie kojarzą Wam się z czymś wyjątkowym dla Was? Bo mi na to czasu nie starcza. Mam szkołę, jakieś zobowiązania poza nią i nie jestem w stanie zrobić wszystkiego, na co mam ochotę. Więcej, nie jestem w stanie zrobić wszystkiego, co uważam, że powinienem (często kosztem rzeczy, które do niczego mi nie są potrzebne). Nie mam tyle życia, żeby odbyć miliard rozmów, zamiast miliona. A przecież mam dobre chęci, mam dobre pomysły, dobre lektury, płyty, filmy. Tylko tego czasu brakuje...

Jest jeszcze drugi rodzaj deficytu poszczególnych części zegara, a nawet kalendarza w moim życiu. Pewnym okresom towarzyszyły tak wspaniałe uczucia, że chciałoby się te okresy odtworzyć, wcisnąć "Replay" i znów cieszyć się tym samym uśmiechem na twarzy. O czym mówię? Sam nie wiem, bo raz chciałbym przeżyć ponownie całe wakacje spędzone na boisku, a kiedy indziej tęsknię za zasypianiem z książką Sapkowskiego przy uchu, w innym wypadku zaś chodzi mi tylko o ponowne obejrzenie meczu. Lata lecą, lektury się zmieniają, a mi wciąż nie śni się nic tak ciekawego jak to, co się śniło po tych Wiedźminach. I chciałoby się znowu zbierać te wypadające, pożółkłe strony z podłogi i kląć je w sercu za to, że zabierają czas, który można było przeznaczyć na zaczytywanie się w arcydzieło polskiej fantastyki. A dziś? Dziś czytam podręcznik z historii czy "Cyfrową demencję" (w sumie, to dopiero czeka na półce). Dziś czytam 'Traktat o wierze" i planuję "Dzieci resortowe". Nieco inna bajka, niż fantastyka, choć słowo bajka też nieszczególnie tutaj pasuje. Ale przecież nie zdążę ze wszystkim, muszę coś wybrać. Czy może mi tego czasu kiedykolwiek nie zabraknąć?

Mimochodem napisałem przed momentem bardzo ważną rzecz - muszę coś wybrać. Życie to ciągłe wybory. Mogę przeczytać kolejny raz "Krew elfów" lub oddać się lekturze książki Ziemkiewicza. Trzeba podjąć decyzję. Kiedy mam pewność, ze źle wybrałem? Kiedy nie wybrałem wcale. Bo życie nie wybiera za nas, życie po prostu ucieka. Ubywa nam go ciągle, a tak często go nie szanujemy.

W życiu jest czas na czytanie fantastyki i na czytanie polityki.
Czas na oglądanie bajek i czas na oglądanie wiadomości.
Czas na grę w piłkę i czas na grę na gitarze.
Czas śmiania się i czas myślenia poważnie.
Czas zabawy i czas pracy.
(por. Koh 3,2-8)

I biada tym, którzy się nie bawili, kiedy była pora po temu. Bo albo pobawią się, gdy nie będzie na to czasu i poświęcą coś innego, albo nie nie pobawią się wcale. I tak jest ze wszystkim.
Źródło: unsplash.com
Tak zastanawiam się, o czym Wam opowiedzieć. Przeczytałem co prawda w tym tygodniu książkę, jednak nie mam ochoty recenzować "Fausta" Goethego. Nie obejrzałem niestety żadnego filmu, chociaż chwilę temu skończyła się całkiem niegłupia polska komedia w publicznej chyba (jest piątek 23). W sumie to coś wyjątkowego, bo coraz rzadziej w telewizji jest cokolwiek, co daje powód do nie wyłączania odbiornika.

Tak sobie myślę, że te takie blogerki "pamiętnikowe", które opowiadają o swoich nowych spodniach i chłopakach, mają łatwiej. W końcu zawsze można kupić kolejny ciuch, zrobić zdjęcia i wstawić paragon - wpis gotowy. A lifestyle? Co to jest lifestyle? Na polski to chyba styl życia. Więc jaki jest mój?

Ostatnio usłyszałem dużo o radości. Przy okazji lektury "Cierpień młodego Wertera" również rzucił mi się w oczy fragment, kiedy tytułowy bohater spiera się właśnie o radość z kimś innym. I tak się ta radość przewija gdzieś obok mojego pięknego żywota. Ale czy tylko obok? Nie. Każdego dnia spotykam wielu ludzi. Ludzi kompletnie różnych od siebie. Cichych, głośnych, grubych i jeszcze chudszych, małych, dużych, mądrych i tych mniej, sportowców i sprzedawców. Są porażająco powtarzalnie i jednolicie inni od siebie nawzajem. Każdy z nich niesie ze sobą niepowtarzalną historię. Jest takie określenie w blogosferze jak "unikalny użytkownik" i podoba mi się ono, bo idealnie Cię określa. Unikalny. Co to znaczy? Dla mnie mniej więcej tyle, że trudno Cię spotkać, bo jesteś tylko jeden jedyny.

Idąc ulicą myślę sobie nie raz, że dobrze byłoby usłyszeć historię życia kogoś, kogo zupełnie nie znam. I nie musiałby to być profesor czy od razu król. A gdyby tak zwykła 60-letnia sekretarka czy pan, który od roku nie ma gdzie mieszkać? Każdy przeżył w życiu coś wartego opowiedzenia, bo choć żyjemy podobnie i podobnie umieramy, to za każdym razem jest zupełnie inaczej. U Ciebie, Twoich kumpli i Twoich wrogów. Każdy jest unikalny, każdy jest wyjątkowy, każdy jest warty uwagi. Każdy jest Człowiekiem.
Źródło: Flickr
1 września. Z czym Ci się to kojarzy? Koniec wakacji, coraz zimniej na dworze, garnitury, znów widzisz nauczycieli. Następnego dnia dźwigasz plecak, tłuczesz się autobusem czy może nawet pociągiem do szkoły. I ze spuszczoną głową, jak w wierszu Władysława Broniewskiego, idziesz na lekcje, jak na skazanie. Tragedia, co nie?

Mnie też 1 września kojarzy się z tragedią. Z początkiem wielkiej tragedii, znacznie dłuższej, niż 10 miesięcy. Miesiąc temu, gdy pisałem o Powstaniu Warszawskim, padły słowa, że wielu nie pamięta. 1 września jest datą, którą chyba każdy zna; wie, co oznacza oprócz rozpoczęcia roku szkolnego, ale... Wielu zapomina. Skupia się na sobie. Jasne, to przecież było trzy dwudziestopięciolecia temu, my żyjemy dzisiaj i jest inaczej, zgoła inaczej. Tylko tak często użalamy się nad swoją szkolną niedolą, zapominając przy tym, jakim błogosławieństwem byłaby ta niedola dla naszych pradziadków. Ile oddaliby, żeby móc się uczyć. Piszę w ten sposób, choć też czasem nie chce mi się wstać, spakować i siedzieć w szkole. Mimo wszystko warto pamiętać w tym dniu o wybuchu II Wojny Światowej. 

A dlaczego jeszcze? Przypominając sobie nieco historię tamtego konfliktu widzimy, jak wiele żyć zostało gwałtownie przerwanych, jak wiele dzieci osieroconych, wyrwanych z rąk rodzicom, jak wielu młodych artystów oddało życie dla ojczyzny, jakie zniszczenia dla kultury zasiała wojna etc. Obserwując wydarzenia na Bliskim Wschodzie czy też jeszcze bliższym, jakim jest dla nas Ukraina, powinniśmy przypomnieć sobie, jak wielkim i kruchym darem jest pokój. I że wolność nie jest dana raz na zawsze. Pamiętajmy tyle. To niewiele, ale o wiele więcej, niż nic.