Pierwszy dzień z Kindle 5

1 comment
Kosztowało mnie to o wiele więcej, niż te pieniądze, które za to zapłaciłem. Zbierałem się do tego z pół roku, a może i dłużej. I nie wiedziałem nadal, czy to na pewno to. Czułem się trochę, jakbym zdradził przekonania. Bo przecież...

Książka musi mieć to coś. Musi pachnieć starością, albo nowością. Mieć pozaginane kartki, wyrwanych parę stron, napisane na okładce "kOChaM klaUdIE". Musi być zapomniana i ze wstydem oddana do biblioteki. Albo z wypiekami na twarzy kupiona w księgarni. Musi płonąć w rękach albo ciągnąć się jak kolejki do toitojki na festynie. A jednak czuję, że zrobiłem dobrze.

Kupiłem Kindle 5. Nie wiedziałem, czy nie będę żałował. Czy dobrze robię i czy w ogóle korzystać będę z tego. Przez długi czas upierałem się, że nic mi nie zastąpi przewracania stron i przerażenia w oczach, gdy któraś wydaje dźwięk przerywanego papieru. Wszystko to było prawdą. I jak to z prawdą bywa - nie zmieniło się.

Jednak Kindle ma w sobie to coś. Nie jest to prosta obsługa (chociaż wielkiej znajomości angielskiego czy inteligencji i polotu również nie wymaga). Nie jest też tym czymś konieczność wystukiwania za pomocą strzałek swojego maila przy rejestracji. I jeszcze parę rzeczy nie jest takie, jak by mogło być. A jednak Kindle uwodzi i za każdym razem, kiedy zerknę w jego stronę, mam ochotę wziąć go do ręki i po prostu... czytać.

Co do spraw technicznych: Kindle ma 4 przyciski do zmieniania stron (po bokach, oczywiście i po lewej i po prawej 1 "strona dalej" i 1 "strona wcześniej"). Poza tym mamy przycisk włączająco-wyłączający umieszczony jakby pod spodem, jeśli Kindle'a przed sobą postawimy (nie położymy). Na zdjęciach Kindle jest wyłączony. Przez cały czas po wyłączeniu na ekranie wyświetla się (choć to słowo chyba jest nieprecyzyjne) obrazek. Nie powiem jaki, bo w zasadzie za każdym razem jest inny.

Klawisz do włączania jest dobry. Wystarczy przycisnąć. I hop. Nie trzeba przytrzymywać. Użycie pozostałych przycisków (wszystkie są widoczne na zdjęciu) jest dla mnie zbyt trudne do opisania. Wiecie, domek - domek, strzałka - powrót, kreski opcje, kropki - wyświetl klawiaturę. I pośrodku jakby strzałki i enter. Tyle.

Jeśli zaczniesz czytać książkę i wyłączysz urządzenie, to po włączeniu będziesz dokładnie w tym samym miejscu, w którym byłeś wcześniej. Nic nie przeskoczy, nie wróci do menu głównego, nie zmieni się - w 3 słowach mówiąc.

Nie podoba mi się interfejs. Chętnie pobiorę jakieś spolszczenie (czekam na Twoją radę!). Poza tym jestem rozczarowany tym, że niektóre rzeczy są skomplikowane. Mimo wszystko mnie rekompensuje to wszystko wygoda i łatwość czytania. Ekran nie jest dla mnie za mały, litery też nie. Małe porcje tekstu zachęcają do czytania kolejnych stron. To pierwsze wrażenia, ale jeśli nie ulegną zmianie, to z pewnością Wam Kindle polecę. Miłego... czytania!
Oba zdjęcia wykonane golarką. Na obu Kindle jest wyłączony.

Next PostNowszy post Previous PostStarszy post Strona główna

1 komentarz:

  1. Kilka uwag:
    Kindle na zdjęciach nie jest wyłączony; te urocze obrazki to raczej coś na kształt wygaszacza ekranu. Aby go wyłączyć, trzeba przycisk przytrzymać kilka sekund.
    Spolszczenie (z tego, co widzę po błyskawicznym riserczu) jest możliwe, ale po co? Żeby je zainstalować, trzeba mieć jailbreake'a, co jest równoznaczne ze "złamaniem" urządzenia i wiąże się m.in. z utratą gwarancji. Na co to komu? Nie trzeba być poliglotą, żeby dawać sobie radę z kilkonastoma angielskimi pojęciami, co sam napisałeś.

    OdpowiedzUsuń