Źródło: Flickr
Pewnie domyśliłeś się już, o czym będzie dzisiejszy wpis. O listach, jasne. Małe, duże, wściekłe, sentymentalne, z obowiązku i przez uczucia, wyczekiwane i wypisywane albo na odwrót, na kartce z zeszytu lub papeterii, miłosne i żałosne. Każdy list ma w sobie coś, czego mimo wszystko nie ma żaden mail czy sms. Jest po prostu... listem.

"Kiedyś ludzie pisali listy." Chyba każdy z nas słyszał to zdanie co najmniej raz. I w rękach każdego z nas spoczywa prawdziwość tego stwierdzenia. Bo dlaczego pierwszym słowem ma być "kiedyś", a całe wypowiedzenie ma być w czasie przeszłym? Co stoi na przeszkodzi, by listy pisać również dziś?

To, że trzeba czekać, aż dojdą? Racja. Na maile przecież też czekamy. Czekamy, dopóki ktoś nam nie napisze "wysłałem". Wtedy wchodzimy, logujemy się i jest. Tak od razu. Nie ma tego szczególnego okresu, kiedy zaglądamy z nadzieją do skrzynki, bo przecież dzień wcześniej dostaliśmy telefon, że list jest w drodze. Teraz możemy zadzwonić, a kiedyś? Kiedyś czekało się i dodatkowo zastanawiało "ciekawe, czy już napisała, czy dopiero pisze?". Pomimo, że często właśnie tego nie cierpimy, to maile nie oddadzą tej radości po otwarciu, co listy. Może za krótko na nie czekamy?

Pisanie ręczne rozwija wyobraźnię. Dodatkowo pomaga w łatwiejszym zapamiętywaniu wyrazów czy też niepopełnianiu błędów ortograficznych. Jest mniej wygodne, ale znacznie bardziej ubogaca. A to dopiero pierwsza z zalet korespondencji na piśmie. Kolejne? Jeśli nigdy tego nie czułeś, to sobie wyobraź: ten moment, kiedy czytasz list i myślisz "przecież on miał tę samą w kartkę w dłoni kilka dni temu" lub "te litery, tak charakterystyczne dla niej, uwielbiam je". Przy żadnym mailu czy wiadomości na Messengerze tego nie zaznasz. Co więcej? Jak na razie technologia nie oferuje nam przesyłania zapachów. Papier, choć w niewielkim stopniu, umożliwia to. Naprawdę romantyczne są listy wyperfumowane wspaniałymi pachnidłami czy zakończone odciskiem kobiecych, umalowanych ust. Takiej pieczęci nie ma na żadnym smsie.

Czy chociaż raz w życiu napisałeś list? Jeśli nie, to nic straconego. Poznaj to uczucie, kiedy otwierasz kopertę, a Twoje serce bije nieco szybciej. Jeśli już dostałeś list od kogoś innego, niż bank czy wodociągi, to wiesz, jak wyjątkowy jest proces wyciągania koperty ze skrzynki, otwierania jej, rozwijania kartki i czytania. A potem odpisywania. Pisząc list dajesz komuś właśnie taki proces. Bądź hojny.

Spieszmy się pisać listy, tak szybko odchodzą w zapomnienie, a tak długo mogłyby tkwić w pamięci.
Źródło: Flickr
Uwielbiam im się przyglądać, wyszukiwać, dotykać czule, a później z nimi zasypiać, zachwycać się nimi przy świetle żarówki lub słońca w zenicie. Znam je dobrze, a wciąż mnie zaskakują. Było ich już trochę, ale przy żadnej nie pomyślałem, że ta będzie ostatnia. To one. Książki.

Kiedy byłem w wieku przedszkolnym zapamiętałem z telewizji hasło. Brzmiało „Cała Polska czyta dzieciom”. Przypominałem je rodzicom regularnie, choć z czasem przestało to być potrzebne. A może od początku nie było? Nie mam aż tak dobrej pamięci, by odpowiedzieć na pytanie, czy rodzice zaczęli mi czytać, bo chciałem, czy bo oni chcieli. Mimo wszystko bardziej prawdopodobna wydaje mi się ta druga opcja.

Kolejne wyjazdy czy uroczystości typu imieniny przynosiły kolejne pozycje na półkach. Do tej pory zachowałem większości tomów legend dla dzieci, mitów greckich w wersji „dla najmłodszych” czy też Biblię obrazkową. Jako sześcio-, może siedmiolatek chodziłem pod domu recytując z pamięci opowieść o koniu trojańskim. Nieświadomie ćwiczyłem swoją pamięć, rozśmieszając przy tym rodzinę.

Pewnego wieczora nie mogłem się doczekać rodziców i ich codziennej dawki literatury dla mnie(tym razem „Pana Kuleczki”). Obcując z książkami na co dzień, zdobyłem jakieś tam pojęcie o alfabecie. Niecierpliwiąc się, zacząłem sam literka po literce odszyfrowywać treść ulubionej wtedy lektury. Do tej pory zdarza się, że przypominam sobie, jak pobiegłem z książką do mamy lub taty i zapytałem „jak się czyta <<ch>>?”. Tego wieczora rozpocząłem naukę czytania.

Kolejne lata przyniosły mi założone karty w bibliotekach szkolnej i osiedlowej. Poza klasykami mojego dzieciństwa, którymi stały się „Przygody Tomka Sawyera”, seria o Panu Samochodziku czy coś o hiszpańskim Zorro, w domu wraz z Dniami dziecka, imieninami i tym podobnymi okazjami rozwijała się kolekcja książek o Tomku Wilmowskim. Skompletowałem ją, ale przeczytałem tylko 7/9 całości. Problem polega na tym, że nie pamiętam, które dwie pozycje pominąłem.

Kolejny rok w szkole przyniósł zafascynowanie światem fantastyki. Po obejrzeniu „Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa” w kinie zapragnąłem sprawdzić dzieło C.S. Lewisa. Przeczytałem wszystkie 7 części. Już wtedy nocami, niekiedy z latarką pod kołdrą, ponieważ nie rozumiałem, że „już pora spać”. Być może dlatego pisząc ten tekst, mam okulary na nosie. Do kultowych już książek, które przeczytałem nie ukończywszy pierwszego etapu edukacji (trzeciej klasy podstawówki) mogę zaliczyć jeszcze trylogię Karola Maya „Winnetou”. Oczywiście wszystkie lektury szkolne również przeczytałem. Z jednym wyjątkiem - „Chatka Puchatka” była nie do przebrnięcia.

Jeszcze w trzeciej klasie podstawówki odkryłem Hogwart i wszystko, co z nim związane. Na ostatnią, siódmą część serii o chłopcu w okularach czekałem już przeczytawszy wszystkie poprzednie książki Rowling o Harrym Potterze. Nie poszedłem jeszcze do gimnazjum, a przecierałem oczy z zachwytu i zmęczenia wertując przygody chłopca na smoczycy, czyli Eragona.

Przy okazji konkursów polonistycznych czytałem też literaturę zupełnie inną. W tej chwili na regale obok mnie stoją „Dzieci Ireny Sendlerowej” kupione przy okazji olimpiady polonistycznej w szóstej klasie.

Lektury czytałem sumiennie, choć niektóre męczyły mnie nieznośnie. „W pustyni i w puszczy” to chyba do dziś najcięższa książka narzucona przez szkołę, z jaką przyszło mi się zmierzyć. „Krzyżacy” przy nich to tym to pryszcz.

To mocno okrojony spis dzieł, które przeczytałem przed pójściem do gimnazjum. Tysiące stron, jakie przekręcałem w południe i o północy dały mi lepszy start, lepszy koniec i lepsze to, co pomiędzy nimi. Nie jestem nieomylny po dziś dzień, ale robię nieporównywalnie mniej błędów ortograficznych od swoich rówieśników, którzy z książkami mają niewiele wspólnego. Opanowanie interpunkcji przyszło mi o niebo łatwiej dzięki tysiącom, jeśli nie milionom, zdań przeczytanym już w naprawdę młodym wieku. Opowiadania pisałem lekko i przyjemnie, bo nie miałem problemu z wymyśleniem trzystronicowej historyjki - czytanie rozwinęło moją wyobraźnię wystarczająco dobrze. Płynne i poprawne wypowiadanie się, niejednokrotne improwizowanie, zwłaszcza przy odpowiedzi ustnej, są również zasługą książek. Przykłady do rozprawek najlepiej brać z… literatury. Czyli książek.

Był taki dzień w któreś wakacje, że mój dobry kolega robił porządki w pokoju. Po wszystkim poszedłem do niego w odwiedziny. Powitał mnie słowami „Cały worek płyt mam do wyniesienia, poczekaj chwilę.”. Zapytałem, o jakie płyty chodzi. Chodziło o płyty z grami komputerowymi. „To całe moje dzieciństwo.” powiedział, pokazując na czarny worek wypełniony płytami. Moje wciąż stoi na półce w domu lub bibliotekach.


To, czy twoje dziecko będzie umiało posługiwać się poprawnie i swobodnie ojczystym językiem, zależy od ciebie. Od tego, co mu kupisz na gwiazdkę, co mu wręczysz w urodziny i czy dasz mu grę, którą zajmie się na wiele godzin, czy poświęcisz czas i poczytasz. 20 minut dziennie codziennie. Podaruj swojemu dziecku poprawną polszczyznę, łatwiejszy start i mniej straszne egzaminy z polskiego. Czytaj mu i pozwól mu polubić czytanie.
Źródło: Flickr
Masz 100 sekund na przeczytanie tego posta. I ani jednej dłużej.

- Już tylko 10 dni i do szkoły!
- Tylko? Przecież to jedna szósta wakacji. Te 10 dni będzie trwać tak samo długo, jak czas od 1 do 10 lipca - odpowiedziałem.

Często presja, sztuczna lub nie, powoduje, że wydaje nam się, że mamy mało czasu, że nie zdążymy, że nie warto nawet zaczynać. Nie tylko, gdy chodzi o wakacje. Choćby i na sprawdzianie. Ostatnie 10 minut płynie nam szybciej, niż pierwsze. A przecież w rzeczywistości płynie tak samo. Dlaczego przyspieszamy czas i jak tego nie robić?

Keep calm. Popularne i proste hasło, znane chyba wszystkim. I chyba wszyscy zapominają, by się do niego stosować. Pierwszy krok do nieprzyspieszania czasu pozostałego nam, to zatrzymanie paniki. Oddychaj. Masz 10 dni, możesz spotkać się z 30 osobami, pojechać do 10 miast lub przeczytać co najmniej 3 książki. Masz mnóstwo czasu. Dokładnie tyle samo, co w czwartek pierwszego tygodnia ferii. 10 dób to zawsze 240 godzin. Bez różnicy, czy jest to 10 z 365, czy 10 z 12. Pierwsza cyfra w tym porównaniu nie zmienia się i o tym powinieneś pamiętać.

Pisałem niedawno o tym, że płaczemy nad zmarnowanym czasem, marnując w ten sposób kolejny. Wiąże się to z dzisiejszym zagadnieniem. Ile razy w głowie pojawia się myśl: zostało mi tyle i tyle czasu, nie opłaca się zaczynać. I nie zaczynamy, a, gdy ten czas minie, widzimy, że byliśmy w stanie zrobić 2 razy więcej.

Wakacje się kończą i trudno będzie mi ten fakt podważyć. Ale to nie powód, żeby przez ostatnie 10 dni żyć mniej intensywnie, niż przez pierwsze 10. Żyj, ile się tylko da.

Na początku wpisu próbowałem sprawdzić, czy dasz się złapać i zaczniesz czytać co drugą linijkę, żeby zdążyć w 100 sekund. Sam sobie odpowiedz, czy się nabrałeś. A dlaczego 100? Bo to wystarczająco dużo, żeby przeczytać cały post bez najmniejszego omijania choćby przecinka. Udało mi się?
Źródło: chrostowsky.weebly.com
Zdjąłem go z półki. Zdjąłem z niego nakrętkę. Nacisnąłem. Psssiik. Nic wielkiego, to tylko dezodorant. Tylko, a czuję się, jakby znaczył dla mnie wiele. Poczułem jego zapach. Wraz z jego wniknięciem w nozdrza do głowy wnika obraz sprzed roku, gdy wychodziłem na randkę. A przed wyjściem użyłem takiego samego dezodorantu. A potem kolejne obrazy, coś jak klisza. Widzę drogę do umówionego miejsca. A potem miejsce, ją widzę i jeszcze, ale nie, to już nie obraz, to uczucie.

Idę chodnikiem. Tym samym, którym szedłem 3 lata temu. I czuję październikowy wiatr na swojej twarzy. Spaliny śmierdzą tak samo i tylko ja jestem już starszy. Coś mnie zaswędziało. Nawet nie wiem co, ale to samo, co wtedy. I czuję się jak wtedy. Widzę to miejsce jeszcze sprzed remontu drogi, widzę ją pośród traw. I siebie żegnającego się i pędzącego na mecz. I czuję. Już nie widzę, czuję tę radość po zwycięstwie. Satysfakcję, zmęczenie i jeszcze satysfakcję. Ogromną satysfakcję.

Usłyszałem to. Piszę "to", bo nawet nie znam tytułu tej piosenki. Ale słyszałem ją już kiedyś. Data? Nie znam, ale można mniej więcej ustalić po tym, co poczułem, gdy znów ucho zetknęło się z falą akustyczną niosącą te same dźwięki, co ileś tam miesięcy wstecz. Z kim się to kojarzy? W sumie to nawet dokładniej. Usłyszałem ten kawałek, gdy wyjechała nad morze. Tak i czułem się wtedy bardzo...

Wszystkie te drobne elementy codzienności działają na mnie jak wehikuł czasu. Przenoszą w przeszłość i oddają mi wspomnienia, często takie, których bez nich nie odnalazłbym w pamięci. Dzięki nim czuję się jak dawniej. Smutny albo przeszczęśliwy. Na pewno młodszy. Czuję się jakbym na ułamek sekundy był gdzieś indziej, albo raczej kiedyś indziej.

Zapach dezodorantu, dźwięk piosenki czy uczucie wiatru na policzkach. To są takie moje małe kuleczki, w których zamknąłem nieświadomie swoją przeszłość. Raz na jakiś czas zupełnie niechcący otwieram te kuleczki i przez ćwierć momentu czuję się jak kiedyś. Dają czasem pierwiastek szczęścia i uśmiech w naprawdę parszywy dzień. Są lekarstwem podawanym losowo, którego dawkowania nie da się określić. I wadą jest to, że to lek niedostępny zarówno z receptą jak i bez. On przychodzi wybiórczo wtedy, kiedy mu się o mnie przypomni.

Rozmawiałem o tym kiedyś z psychologiem i potwierdził, że te same bodźce mogą nam przypominać obrazy czy uczucia, które związaliśmy w naszym umyśle z tymi bodźcami. Żeby było mi prościej zobrazować nazwałem te bodźce kuleczkami, które czasem podaje i otwiera nam życie.

Spaliny. Stara koszulka. Zeszyt. Książka z wypadającymi stronami. Zdjęcie. Piosenka. Film. Perfumy. Wiatr. Wrzask. Osoba. Samochód. Po prostu widok. To moje malutkie kuleczki, w których zamknięta jest przeszłość.

To było coś absolutnie nowego. Coś ciekawego, niebanalnego, a tak ludzkiego zarazem. To była ona. Sońka. Niełatwo podnosiło się wzrok, trudno było się oderwać. Ignacego Karpowicza do tej pory nie znałem wcale, ale już w tym miejscu chcę go Wam przedstawić. Mimo, że nie mam pojęcia o jego "Balladynach i romansach" czy "Ościach", to warto wziąć do ręki chociaż "Sońkę". Wystarczy wziąć do ręki, bo jestem niemal pewien, że jej nie odłożycie.

Teatralny reżyser zagubiony w życiu i na wsi spotyka kobietę w podeszłym wieku - Sońkę. Ona zaś widzi w nim swojego anioła, który choć niewątpliwie jest grzeszny, wysłucha jej opowieści. A kobieta ta ma do opowiedzenia więcej, niż nie jeden scenarzysta. I opowiada. O tym, o czym wielu chciałoby usłyszeć, ale chyba nikt nie chciałby przeżyć.

Historie wielkiej miłości i wielkiej nienawiści łączy Sońka. Młoda dziewczyna, która doświadczyła wszystkiego, co najgorsze, zanim zdążyła normalnie żyć. A po tym normalnie żyć już się nie dało.

Pomimo tego, że czytałem wiele książek, mniej lub bardziej smutnych, ta poruszyła mnie bardzo. Niecodziennie bowiem zestawiam swoje problemy z problemami ludzi, którzy żyli przecież nie tak dawno, a nawet są wśród nas. I niecodziennie widzę, jak niewiele ich mam.

Poza treścią, bądź co bądź, wzruszającą i zostawiającą coś po sobie w głowie, książka ma ciekawą propozycję formy. Liczne "białe plamy" intrygowały mnie, gdy patrzyłem przez ramię koleżance, która czytała "Sońkę" przede mną. Potem zgodnie z jej obietnicą puste miejsca ułożyły się w całość z linijakmi zapełnionymi zdaniami.

"Sońka" Ignacego Karpowicza to książka, którą zamknąłem 2 razy. Aż 2, bo gdybym mógł przeczytałbym ją na raz. I w tym wypadku nie jest to żaden wyczyn, ponieważ czytając czeka się na kolejną stronę, nie na ostatnią. Dla wszystkich którzy szukają chwili refleksji w ostatnie 2 tygodnie wakacji ta pozycja będzie idealna. Da do myślenia o sobie, o miłości, o nienawiści, o człowieku i tym, czego byśmy się po nim nie spodziewali. Jeśli miałbym jednym słowem określić czwartą książkę Karpowicza powiedziałbym "mocna". A w dwóch? Godna polecenia.
Źródło: fejs KRDP FM
Wróciłem. I jestem naprawdę szczęśliwy, że doszedłem tam, gdzie doszedłem. I wiecie, paru rzeczy ta pielgrzymka mnie nauczyła. Myślę, że przydadzą się one zawsze w długiej pieszej podróży, a może nie tylko trasie, bo nie każdy, kto idzie, idzie do miejsca kultu religijnego. A to takie zwykłe rady od wujka Minus 3:

  1. Nie bierz za wiele do plecaka. Pierwszego dnia znajomi pukali się w głowy i mówili "widać, że idziesz pierwszy raz", gdy próbowali podnieść mój "bagaż podręczny". To był błąd. Na szczęście tak ciężki jedyny przez całą pielgrzymkę, choć niestety nie jedyny, bo kilka razy później znów żałowałem, że dołożyłem sobie jeszcze jedną konserwę.
  2. Co do konserw, to nie polecam wszelkich szynek, a już wybitnie tych w puszce. Tylko pasztet. I to też nie w puszce.
  3. Keczup lub sos czosnkowy odmienią smak dosłownie wszystkiego, co ze sobą weźmiesz. Niestety ten drugi odmienia też oddech.
  4. Dobry plecak to podstawa. Dobry, czyli trekingowy. Szerokie ramiączka. Na pielgrzymce pierwszy raz doceniłem ogrom zaczepów i innych na co dzień nieprzydatnych pierdół. Na trasie są niezastąpione przy noszeniu kubków, karimaty, butelek z wodą czy suszenia butów.
  5. Weź karimatę lub kolegę, który wziął karimatę. (do plecaka czy raczej na plecak, bo na nocleg to wiadomo, że każdy ma)
  6. Na deszcz lepsze sandały. Ale ja nie noszę i przez całe 300km szedłem w najkach niezdzierajkach. Dopóki są suche, to jest fajnie.
  7. Bądź miły i uczynny, bo nie znasz dnia, którego sam będzie potrzebował uprzejmości drugiej osoby.
  8. Nie obżeraj się, bo nie wszędzie jest toaleta. Bądź umiarkowany, ale też nie przesadź w drugą stronę, bo nie będziesz miał siły iść.
  9. Pamiętaj o celu, do którego zmierzasz. Niech on (bądź też intencja, w której idziesz) będzie Twoją motywacją. Mi udało się dojść na Jasną Górę. I uwierz - dla tego wejścia warto było męczyć się 8 dni.
  10. Pamiętaj o drugim człowieku. Bo to, że padasz na twarz, nie oznacza, że Twój brat czy siostra nie pada bardziej. Bądź po prostu dobry.


To była moja pierwsza, ale wierzę, że nie ostatnia pielgrzymka. Pozdrawiam grupę białą. I tych, którzy nam kibicowali na modlitwie i nie tylko. Spragnionych zdjęć zapraszam na pielgrzymka.com lub fejsa KRDP. 5!
A to z równie aktywnych wakacji Kuba. Więcej TUTAJ
Prawdopodobnie, gdy kolejny razu ukaże się tu jakiś tekst, będzie już za nami 3/4 wakacji. Będzie to bowiem po 15 sierpnia, kiedy to wrócę z Częstochowy. Wrócę, bo właśnie idę. Może nawet w tym momencie zastanawiam się, czy to czytasz, czy tylko wszedłeś zobaczyć obrazek. Nie było mnie ponad połowę lipca, teraz wychodzę (akurat w przypadku pielgrzymki "wyjeżdżam" nie pasuje) na kolejne 9 dni. A potem znów zamierzam wyjechać. I jest mnie przez to mniej na blogu. I wiecie - nie żałuję!

Każdego dnia spotykam się z bliższymi czy dalszymi znajomymi. Czytam, ogląda, trochę gram. Mało jeżdżę na rowerze i wcale nie pływam. Szkoda. Ale żyję. Nie tutaj przy klawiaturze, a wszędzie indziej. Czuję, że nie marnuję tych wakacji, że jeśli tracę czas, to naprawdę rzadko i w małych porcjach, poza tym...

Często myślimy sobie "ile zmarnowałem czasu, och ile ja mogłem". I zamiast myśleć o tym, co przed nami i ile możemy dokonać choćby zaraz, skupiamy się na tym, czego już nie możemy. Tak jest chyba ze wszystkim, ale w tym wypadku myślenie o tym, co niemożliwe, jest wyjątkowo do kitu, bo nie daje nic, a zabiera kolejne cenne minuty. Przegrałem (obie interpretacje poprawne) na komputerze już pewnie z 10 godzin w te wakacje (tak, dla mnie to dużo), a jednak nie wzruszam się nad tym, jak mogłem wykorzystać ten czas. Ciekawi mnie raczej, co zrobię z pozostałą częścią sierpnia. Resztą 2014 roku. Z życiem. Bo przecież "ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy" mówił Marek Grechuta, a Quebonafide niedawno dodał:

Powiedz mi, ile już straciłeś cennych chwil?
Ile zmarnowanych dni?
Przestań śnić.
Wczorajsze błędy dziś nie znaczą nic.
Obudź się i zacznij w końcu żyć!
Kosztowało mnie to o wiele więcej, niż te pieniądze, które za to zapłaciłem. Zbierałem się do tego z pół roku, a może i dłużej. I nie wiedziałem nadal, czy to na pewno to. Czułem się trochę, jakbym zdradził przekonania. Bo przecież...

Książka musi mieć to coś. Musi pachnieć starością, albo nowością. Mieć pozaginane kartki, wyrwanych parę stron, napisane na okładce "kOChaM klaUdIE". Musi być zapomniana i ze wstydem oddana do biblioteki. Albo z wypiekami na twarzy kupiona w księgarni. Musi płonąć w rękach albo ciągnąć się jak kolejki do toitojki na festynie. A jednak czuję, że zrobiłem dobrze.

Kupiłem Kindle 5. Nie wiedziałem, czy nie będę żałował. Czy dobrze robię i czy w ogóle korzystać będę z tego. Przez długi czas upierałem się, że nic mi nie zastąpi przewracania stron i przerażenia w oczach, gdy któraś wydaje dźwięk przerywanego papieru. Wszystko to było prawdą. I jak to z prawdą bywa - nie zmieniło się.

Jednak Kindle ma w sobie to coś. Nie jest to prosta obsługa (chociaż wielkiej znajomości angielskiego czy inteligencji i polotu również nie wymaga). Nie jest też tym czymś konieczność wystukiwania za pomocą strzałek swojego maila przy rejestracji. I jeszcze parę rzeczy nie jest takie, jak by mogło być. A jednak Kindle uwodzi i za każdym razem, kiedy zerknę w jego stronę, mam ochotę wziąć go do ręki i po prostu... czytać.

Co do spraw technicznych: Kindle ma 4 przyciski do zmieniania stron (po bokach, oczywiście i po lewej i po prawej 1 "strona dalej" i 1 "strona wcześniej"). Poza tym mamy przycisk włączająco-wyłączający umieszczony jakby pod spodem, jeśli Kindle'a przed sobą postawimy (nie położymy). Na zdjęciach Kindle jest wyłączony. Przez cały czas po wyłączeniu na ekranie wyświetla się (choć to słowo chyba jest nieprecyzyjne) obrazek. Nie powiem jaki, bo w zasadzie za każdym razem jest inny.

Klawisz do włączania jest dobry. Wystarczy przycisnąć. I hop. Nie trzeba przytrzymywać. Użycie pozostałych przycisków (wszystkie są widoczne na zdjęciu) jest dla mnie zbyt trudne do opisania. Wiecie, domek - domek, strzałka - powrót, kreski opcje, kropki - wyświetl klawiaturę. I pośrodku jakby strzałki i enter. Tyle.

Jeśli zaczniesz czytać książkę i wyłączysz urządzenie, to po włączeniu będziesz dokładnie w tym samym miejscu, w którym byłeś wcześniej. Nic nie przeskoczy, nie wróci do menu głównego, nie zmieni się - w 3 słowach mówiąc.

Nie podoba mi się interfejs. Chętnie pobiorę jakieś spolszczenie (czekam na Twoją radę!). Poza tym jestem rozczarowany tym, że niektóre rzeczy są skomplikowane. Mimo wszystko mnie rekompensuje to wszystko wygoda i łatwość czytania. Ekran nie jest dla mnie za mały, litery też nie. Małe porcje tekstu zachęcają do czytania kolejnych stron. To pierwsze wrażenia, ale jeśli nie ulegną zmianie, to z pewnością Wam Kindle polecę. Miłego... czytania!
Oba zdjęcia wykonane golarką. Na obu Kindle jest wyłączony.

Źródło: Flickr
Horrory. Maskotki. Psy. Złodzieje. Mordercy. Gwałciciele. Odpowiedź ustna. Sprawdzian. Botwina. Winda. Ciemność. Dotyk. Blask.

Chyba każdy z nas się czegoś w swoim życiu bał. Czegoś z wymienionych rzeczy albo czegoś zgoła innego, co akurat nie przyszło mi do głowy. Wielu z nas łączy jednak lęk przed... zmianami. Dlaczego? Czy boimy się tego, że trzeba będzie się ruszyć? Że trochę pracy nas to będzie kosztowało? A może tego, że potem będziemy zmęczeni?
Myślę, że niczego spośród wymienionych, a na pewno niczego tak, jak tego, czego... nie znamy. Lęk przed nowością (zmianą) jest tak silny, bo przyzwyczajamy się do tego co stałe, stabilne, pewne. Do tego, do czego zawsze możemy się odnieść, co możemy przyjąć jako nasz mianownik.

Rok temu szedłem do liceum. I zastanawiałem się, jak to będzie? Pierwszy raz wchodziłem w nowe otoczenie. Wcześniej taki moment był, gdy miałem 7 lat. Już zapomniałem, jak to jest nie znać prawie nikogo w klasie. I może trochę się bałem. Na pewno byłem zaniepokojony. Byłem przyzwyczajony do swojej starej klasy, do tego, jakie panują w niej relacje. Nie chciałem tego zmieniać. Chciałem zostać. W miejscu, w którym wygodnie się nie ruszałem. Ale stać w miejscu, to cofać się. A poza tym, jak mawia mój przyjaciel "zmienność jest niezmienna". I trzeba się z tym oswoić. Zmiany i tak zajdą, tylko kwestia tego, jak do nich podejdziemy.

"Nie lękajcie się!" Ostatnio często przytaczam te słowa. Największym ograniczeniem w naszym życiu jesteśmy my sami. Co stoi na przeszkodzie, żebym nauczył się włoskiego czy portugalskiego? Tylko to, że nie wierzę, że dam radę. Co sprawia, że nie uda Ci się zrobić szóstki Weidera? Ty. Może nie za pierwszym razem, ale uda Ci się. Wiara czyni cuda.

Myślałem kiedyś, że zmiany będą dotyczyły nie wszystkiego wokoło, ale mnie samego. Albo że sobie z nimi nie poradzę. Że będę do niczego. Sam siebie w lustrze nie poznam i będę się wstydził. A było mi przecież dobrze, na pewno nie mogło być lepiej. Tak myślałem. Ale jest na to wszystko sposób. Mój. Nasz. Chrześcijański. List do Filipian, czwarty rozdział, trzynasty werset.
"Wszystko mogę w Tym, Który mnie umacnia!"
Nie dodam chyba niczego, bo te słowa wyczerpują temat lęku. Przed czymkolwiek. Możesz wszystko w Tym, Który Cię umacnia. Naprawdę.

1 sierpnia od kilku już lat kojarzy mi się z Powstaniem Warszawskim. I jestem z tego dumny. W wyniku kilku czynników już jako dziecko pamiętałem, kiedy wybuchło Powstanie. Skąd? Pierwsze, dość ogólne fakty utkwiły mi dzięki temu:
Jeszcze w podstawówce słuchałem powyższego utworu, później nauczyłem się na pamięć. Z podniesioną głową zaprezentowałem z kolegami w pierwszej klasie gimnazjum na klasowym mini playback show na lekcji sztuki czy czegoś takiego. Dziś swoją wiedzę poszerzyłem o niewiele, ale (nie chwaląc się, bo jeszcze nie ma czym) jest coś, z czego jestem zadowolony. Czuję spełniony, w jakimś sensie, obowiązek. Pamiętam. W tym zabieganym, szybkim, swagyolo, mainstreamowym, zimnym świecie pamięć nie jest czymś banalnym. Coraz częściej to "najmniejsze" stadium wiedzy o historii staje się jedynym, więc i największym.

Miałem okazję być na dwóch filmach o tym 63-dniowym boju. O walce o mój i Twój byt, o nasz język, kulturę, wolność. Nie każdy lubi czytać i nie każdy wie, gdzie czegoś do poczytania poszukać. Ale chyba każdy był kiedyś w kinie. Czy widziałeś "Sierpniowe niebo" albo "Powstanie Warszawskie"? Tak często oglądamy harrepottery, Władców Szklanych Szczęk i mnóstwo innych pierdół. A na coś o nas samych tak naprawdę szkoda nam czasu i 15 złotych. 

Będąc dziś na spotkaniu upamiętniającym 70. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego zdałem sobie sprawę, jak ważne w spisie lektur są książki takie jak "Kamienie na szaniec", "Dywizjon 303" czy "Pamiętnik z Powstania Warszawskiego". Wartości literackie, to w tym przypadku ta mniej ważna strona tych pozycji.

My młodzi nie zdajemy sobie sprawy z tego, jaką ofiarą była walka naszych... dziadków? Raczej rówieśników. Uświadomiłem sobie dziś, że mając 17 lat byłbym w trakcie Powstania wśród grupy wiekowej chyba najliczniejszej, a wcale nie najmłodszej. Nie pamiętam już i nie chcę skłamać, ale wydaje mi się, że najmłodszy walczący miał... 9 lat. Pomnik Małego Powstańca przedstawia naprawdę małego powstańca, a nie jakąś maskotkę.

Dlaczego o tym piszę? My młodzi często narzekamy na to, że wyłączyli nam Internet, że nie mamy w co się ubrać, bardziej ambitnie: że z kimś się długo nie zobaczymy. Oni nie wiedzieli, czy zobaczą siebie samych kolejnego dnia w lustrze. Doceńmy ich poświęcenie. To nie był dzień czy miesiąc, jaki nam oddali. To nie były 63 dni. To było życie.

Nie napisałem o samym Powstaniu prawie niczego. Nie napisałem w ogóle wiele. I tyle nie wystarczy, żeby opowiedzieć komuś o nim. Tyle, to zdecydowanie za mało. Ale wystarczy do jednej rzeczy - wystarczy, żeby pamiętać.

dlmy się. Składajmy wieńce. Bierzmy udział w uroczystościach. Brońmy pamięci. Pamiętajmy.