Kolejne rekolekcje, kolejne najlepsze urodziny, ale i kolejne prawdy, które dostrzegłem. Tym razem znów mogłem się poczuć, jakbym jechał pierwszy raz na Oazę. Znów większości uczestników nie znałem, znów jechałem trochę w ciemno, znów nie byłem pewien, czego się spodziewać. Dlaczego? Pierwszy raz animatorstwo, pierwszy raz tak duża odpowiedzialność, pierwszy raz w nowej roli.

Jestem

"Obecność jest formą miłości." To zdanie usłyszałem od jakiegoś kapłana. Nie pamiętam, czy na konferencji, czy na Mszy Świętej. Na pewno było to grubo przed wakacjami. I było to jedno z tych zdań, które zostają w głowie. Przynajmniej w mojej. Bo do czego niejednokrotnie sprowadza się nasza pomoc, jeśli nie do obecności? Czasem "być" to jedyne, co możemy zrobić, lecz nadal nie jest to mało. Nasz czas, więc też część naszego życia to właśnie najcenniejszy dar, czyli miłość. Na pewno miałeś tak, że chciałeś z kimś pobyć. Na pewno miałaś tak, że chciałaś do kogoś się uśmiechnąć i z nim posiedzieć. I nie zawsze trzeba mówić. Czasem wystarczy byś był, nic więcej.

Trwam

Nie sztuką jest być przy kimś, gdy jest dobrze. Niczym wielkim jest robić coś, gdy ma się na to ochotę. Dla piłkarza to nie problem grać kolejne mecze, skoro to kocha. Ale trwać na treningach już niekiedy tak. To wytrwałości życzy się sportowcom, pisarzom, klerykom, muzykom, artystom, a wreszcie chyba i blogerom. Nie ma efektów bez ciężkiej pracy, bez trwania na stadionie nie ma formy, bez trwania na modlitwie nie ma dobrej relacji z Panem Bogiem. Nie ma też głębszych relacji pomiędzy ludźmi, którzy przy sobie nie trwają.

Pragnę

"Pragnę znaczy więcej, niż kocham." To trudne do zrozumienia, przynajmniej dla mnie. Ale chyba mi się udało. "Pragnę Cię", czyli chcę Ciebie blisko ze wszystkim, co masz. Z Twoją przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Z tym, czego doświadczyłeś, z tym, czego się boisz, z tym, czego nie lubisz, z tym, z czym walczysz, z tym, jakim jesteś. Całego Ciebie. Pragnę i nie jest to pragnienie takie, o jakim śpiewa się piosenki disco polo. Pragnę, znaczy chcę przy Tobie być, chcę byś był przy mnie, chcę być Twój lub Twoja. Chcę Ciebie. Pragnę Cię.

To tylko jedna z wielu luźnych myśli, prawd, pomysłów, jakie zrodziły się w czasie tych dwóch tygodni. Podzielę się z Wami i pozostałymi. Ale nie od razu. Buziaki.

Najlepsze urodziny w życiu

Tak się składa, że już dwukrotnie obchodziłem urodziny na rekolekcjach w górach. I co roku są to moje najlepsze urodziny w życiu. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem takiej radości z życzeń, uścisków i uśmiechów innych ludzi. Nigdzie indziej życzenia nie brzmiały tak szczerze i nigdzie indziej kilkanaście dziewczyn nie zaśpiewało mi "Sto lat" o równej dwunastej w nocy. Nigdy wcześniej nie podrzucano mnie tyle razy, ile lat kończyłem i nigdy wcześniej w urodziny nie podejmowałem tak odpowiedzialnej decyzji jak tam. To były moje najlepsze urodziny w życiu.

Niezapomniane wyjazdy

Poza Oazami letnimi, które co roku stanowią moje najlepsze 17 dni wakacji, byłem na weekendowych Oazach modlitwy, Szkole Animatora, Oazie Rekolekcyjnej Animatorów Ewangelizacji czy Reggaelandzie. Doskonale pamiętam nie tylko ogniska czy wieczory pogodne, kiedy to tańczyliśmy walca czy belgijkę, ale też adoracje, celebracje, Msze Święte. Oaza była czasem, gdy zrozumiałem, jak wielkim darem jest wiara, jak wiele można usłyszeć w ciszy, jak wspaniałym stworzeniem jest człowiek, taki jak Ty.

Wspaniali ludzie

Nigdzie indziej nie spotkałem tak wielu życzliwych i zwyczajnie dobrych osób. Moja koleżanka wiele razy powtarzała, że uwielbia w Oazie to, że "może podejść do kogokolwiek, powiedzieć o swoich problemach, a nikt nie odmówi jej rozmowy". W Oazie poznałem swoich przyjaciół, kolegów i znajomych. Do osób z Oazy pisałem i piszę listy, maile, do nich przyjeżdżam, na nich polegam.

Priorytety

Nauczyłem się dokonywać wyborów. Rezygnować z czegoś dla czegoś. W życiu trzeba wybrać coś, co jest najważniejsze i dzięki Ruchowi Światło-Życie wybrałem. Wybrałem wartości, zasady, według których chcę żyć. Wybrałem swoją drogę.

Służba

Nauczyłem się służyć drugiemu człowiekowi, patrząc jak inni służą (również mi). Usłyszałem kiedyś od dobrego kolegi, że jeśli ktoś nie potrafi wziąć, to nie będzie potrafił też dać. Podpisuję się rękoma i nogami pod tym zdaniem. Doceniam i przyjmuję służbę innych, szanuję ją. Sam służę, wykorzystuję swoje talenty dla siebie, ale przede wszystkim dla innych. Nie chodzi o wielkie rzeczy, czasem wystarczy poświęcić kilka minut. Na rozmowę czy naprawę roweru. Na bycie z drugim człowiekiem.

Miłość

Kluczem do poznania Boga jest poznanie siebie. Na rekolekcjach i nie tylko poznałem siebie. Pomogły mi w tym usłyszane słowa: jesteś umiłowanym dzieckiem Boga. Doświadczyłem dobroci drugiego człowieka. Poświęcenia przyjaciół, którzy oddawali mi swój czas, energię, mądrość, wiedzę, zdolności. Poznałem, jak wielką łaską jest wiara. Jestem bardziej świadomy. I wiem, że nie jestem sam.

Ruch Światło-Życie był najlepszym, co mogło mi się w życiu przydarzyć.
Źródło: newsweek.pl
Nie jestem na tyle mobilny i zmobilizowany, żeby na gorąco komentować wydarzenia polskiej polityki, których przecież nie brak. Znalazłem jednak zaletę moich opóźnień w tym temacie - podczas, gdy wszyscy już zapomną o mało ważnej aferze ekipy rządowej, kompromitacji czy nierzetelności mediów, ty przeczytasz o tym na nowo u mnie na Minus 3. Prawda, że wspaniale?

Dziś przypomnę plaskacza, jaki Korwin-Mikke wymierzył Michałowi Boniemu. Trudno wiele o tym powiedzieć. Ot, Boni powiedział "dzień dobry" i dostał po twarzy. Koniec. Dla mnie bomba, bo nad czym tu się rozwodzić? Jeśli ministrowie, którzy dają się podsłuchiwać są błahostką, jeśli ich kurwy w dialogach są niczym, jeśli nic nie znaczą słowa, że paliwo może kosztować i 7 złotych, to czymże wobec tego jest jeden "liść" na twarzy europosła?

Gdzie moje poczucie kultury, jakiegoś, nie wiem, poszanowania dla osoby publicznej? No gdzie?
Tam, gdzie poszanowanie dla godności było, gdy padały słowa "dorżnąć watahę", "oskubać Kaczyńskiego" itd. Ktoś powie, że to były tylko słowa i dopóki Korwin tylko gadał, to nikt nie miał pretensji. Jasne. A kto mówił "jaki prezydent, taki zamach", pamiętacie?

Kominek napisał u siebie, że afera podsłuchowa to afera z niczego. Nie zgadzam się z tym ani trochę, ale jeśli tak napisze o plaskaczu Korwina, to mu przytaknę. Dlaczego? Bo ceny paliw, państwo polskie i obiady za pieniądze podatników mnie dotykają, a cios lidera Nowej Prawicy dotknął tylko jednej osoby. Szkoda mi go tak samo, jak każdego człowieka. Boni to dorosły facet (przypomnę, że nie jest kobietą, bo patrząc na niektórych posłów czy też posłanki warto przypomnieć) i ten cios nie wyrządził mu krzywdy. Dlaczego nad tym płakać?

Dlaczego nie zgłaszać każdego uderzenia "z liścia" do prokuratury? Dlaczego Wyborczej nie szkoda było pobitych uczestników Marszu Niepodległości kilka lat temu, a tak się przejęli tym jednym ciosem?

A tak przy okazji, to według Korwina miał za co mu dać po twarzy. Jestem na tyle przesiąknięty telewizją i siecią, że widzę w Korwinie tego, który dotrzymuje słowa, choćby poprzez ten czyn. W Bonim i jemu podobnych tej prawdomówności nie widzę. Wybieram prawdę.

Wzniosło się zrobiło na koniec, a przecież chciałem tylko przypomnieć, że ktoś komuś dał po ryju. Uważajcie na siebie. Buziaki.
Kuby dzieło. Zapraszamy chrostowsky.weebly.com
Kiedyś w trakcie drogi krzyżowej byłem jedynym ministrantem w kościele. Była może szósta stacja, a ja drewniany krzyż, który niosłem, czułem już w krzyżu. Oprócz Minus 3 dioptrii mam jeszcze nieznośny kręgosłup. I wtedy jak każdy normalny człowiek pomyślałem: Boże, proszę, spraw, żeby ta droga krzyżowa jak najszybciej się skończyła.

Nic wielkiego, normalne ludzkie narzekanie, ale wtedy po raz pierwszy w życiu (kto wie, może miejsce, w którym byłem, miało wpływ?) zdałem sobie sprawę, że źle się modlę i że moje pragnienia są... głupie. Dlaczego modliłem się o krótszą drogę krzyżową, zamiast o więcej sił do trzymania tego krzyża?

Dlaczego ludzie nie proszą Boga, natury czy czegoś lub kogoś innego, w co/kogo wierzą, o mądrość, tylko o brak problemów do rozwiązania? Dlaczego nie chcemy radzić sobie z życiowymi rozterkami, a po prostu ich unikać? Dlaczego nie chcemy zwyciężać, a wolimy nie podejmować walki?

Dlaczego nie być w ogóle, zamiast być silniejszym? Dlaczego nie grać, zamiast wygrywać? 

Czy to przez lęk przed porażką nie stawiamy się na polu bitwy? Czy wolimy uniknąć konfrontacji z własnymi słabościami, niż przezwyciężyć je? I dlaczego tak?

To trudne pytania, na które odpowiedzi nie znam. Bo czy trzeba odpowiadać, jeśli można po prostu podmienić pragnienia, chęci, żądania? Mnie to wystarczyło, choć nadal łapię się na tym, że na końcu języka jest "niech już to się skończy". Ale ucieczka od czegokolwiek rzadko opłaca się na dłuższą metę. A tej krótszej i tak nikt nie będzie pamiętać.
Po raz kolejny od Kuby. Lekko nieaktualne, ale umówmy się, że tych kurtek nie ma. Więcej na chrostowsky.weebly.com
"Po raz kolejny wyjeżdżam..." chce się powtórzyć za Małpą, choć ja nie dlatego, że nie ma dla mnie miejsca. Wiele razy już wybierałem właśnie tę drogę i wiem, że jest dobra. Jadę na rekolekcje.

Może ktoś wybuchł śmiechem, a może pokiwał z uznaniem głową. Kolejny raz poświęcam 25% swoich wakacji na modlitwę. Ale czy tylko? Nie. Poświęcam, oddaję przede wszystkim na drugiego człowieka. To, że mogę tam być, jest dla mnie ogromny darem, ale równie ważnym jest to, z kim tam jestem. Tam. Nie powiedziałem wam gdzie. Tam, czyli w górach.

Na rekolekcjach nie korzystam z laptopa, z Internetu tylko, gdy muszę, czyli naprawdę rzadko. Nie martwcie się, blog przez to nie umrze. Mam zaplanowane kilka postów i ukażą się one jeszcze w lipcu. W sierpniu będę już i napiszę wam, jak było.

Mój plan na resztę lipca to Jezus.

A plan bloga jest taki:
  • 18 lipca pierwszy post, w którym zapytam cię o coś, do czego nie chcesz się przyznać
  • 23 lipca kolejny, w którym przypomnę o tym, o czym zdążysz zapomnieć
  • 30 lipca będzie dla mnie ważnym dniem, więc ukaże się wtedy ważny post.

Za każdym razem posty będą wjeżdżać o 10 rano. Do zobaczenia. Buziaki.
O tej książce czytałem na swoim ulubionym blogu. A potem zapomniałem. Dziś nie pamiętam gdzie i co, ale słyszałem o niej coś jeszcze. I nadal nie zrobiło to na mnie wrażenia. Przypomniało mi się, gdy stałem ze swoim egzemplarzem w dłoni. Powitajcie Reginę Brett i jej pierwszą książkę - "Bóg nigdy nie mruga".

Choć o Bogu autorka wspomina już w tytule, to nie jest on tematem przewodnim tej pozycji. O wiele lepiej jej treść podsumowuje podtytuł, czyli "50 lekcji na trudniejsze chwile w życiu". Właściwie książka ta jest zbiorem 50 felietonów pani Brett. Długość (a raczej krótkość) rozdziałów i ich treściwy kształt wpływa świetnie na przyjemność czytania. Po każdym dniu czy nawet godzinie lektury można powiedzieć "jestem dziś mądrzejszy o 6 lekcji". A właśnie, bo te lekcje mądre są.

Choć nie pod każdą z nich mogę się podpisać, to nie ukrywam, że wpłynęły dobrze i na moje życie. To z tej książki czerpałem mądrość do wpisu "Nie musisz, ale możesz". Mimo, że jest to książka raczej dla kobiet i jak mówiłem, nie wszystko mi pasuje, to są w niej lekcje, pod którymi podpisałbym się rękoma i nogami. I to chyba największa zaleta tej książki - każdy znajdzie w niej coś dobrego dla siebie. Jeden zakocha się w każdym z 50 felietonów, inny wybierze jeden jedyny, z którym się zgadza, ale każdy coś wyciągnie. 
Nie byłbym sobą, gdyby nie mały spoiler.
Autorka jest chrześcijanką i pisze w duchu chrześcijaństwa, jednak znajdziesz tutaj także rady, jak oszczędzić na emeryturę (to wydaje się być skuteczne nawet w Polsce! impossible is nothing), jak ruszyć się z miejsca, gdy sytuacja jest beznadziejna i jak przygotować dobrze do prowadzenia programu w radio czy czegokolwiek innego. 

"Bóg nigdy nie mruga" to coś jak poradnik a'la "Jak żyć, żeby nie narzekać, dać radę i być dobrym człowiekiem". Tak to widzę. I jak to z poradnikami bywa - przeczytałem to szybko i gładko. Książka Reginy Brett jest lekturą dla każdego, choć nie dodałbym jej do listy "musisz to znać". Nie chcę dublować własnych zdań, ale jesteś wierzący czy nie, na pewno z tej książki wybierzesz morał dla siebie.

Cenowo książka w wydaniu zwykłym, klasyczny, papierowym w twardej, ślicznej, błękitnej (dziewczyny, nie krytykujcie, jeśli nie rozróżniłem koloru, starałem się) okładce jest całkiem ok - 32 PLN. To dobra kwota do wydania, żeby zmienić swoje życie. Chociaż trochę. Jeśli nie masz pomysłu na prezent, zwłaszcza dla kobiety w dowolnym wieku, ta książka będzie jak znalazł. Pisał o tym Majk, którego podlinkowałem w pierwszym akapicie, i podzielam jego zdanie. Miłego.
Źródło: pzpn.pl
Obca Warszawa, skandal i gamoń w kasie. Nieco ponad 45 minut meczu widziane z wysokości trybun. "Travel Style" to raczej nie będzie, ale kilka linijek o wyjeździe na Superpuchar Polski owszem.

Rok po założeniu bloga i premierowym wpisie o moim pierwszym kontakcie z Łazienkowską 3 powróciłem w to samo miejsce. Tym razem okazją był pojedynek pomiędzy Mistrzem Polski w sezonie 2013/2014 a zdobywcą Pucharu Polski, czyli Superpuchar. Wiedziałem, że Legia dzień wcześniej zagrała z Hapoelem Beer Shevą w pierwszym składzie i nie spodziewałem się, że powtórzy ustawienie w konfrontacji z Bydgoszczą. Nie myliłem się.

Dojazd na stadion z Bemowa był prosty - jedna przesiadka, mało czekania i latania na przystanki. Na samej Łazienkowskiej z daleka widać wiele bieli. Kobiety, mężczyźni, dzieci. Zdecydowana większość z nich ma na sobie białe koszulki, duża część szaliki. Kolejka do kas spora i, co najgorsze, niekoniecznie przejrzysta. Nie wiadomo, kto jest po kim, bo do jednej kasy stoją ze 4 wymieszane, zmiksowane i wyplute kolejki. Dżungla, a o czasie i tempie posuwania się oczekujących decydowały łokcie... i jakiś gamoń w kasie.

Muszę przyznać, że atmosfera wśród kibiców była naprawdę spoko. Wszyscy tak samo zdenerwowani, powoli zaczynali słać stosowne słowa w stronę kas, ale między sobą żadnych sporów nie wzniecali. Widać jedność, na trybunach i przy kasach też. To, co mnie bardzo zawiodło, to cały ten, nazwijmy to sobie, system sprzedawania biletów. Na stronie legia.com przeczytałem, że można wejść tylko z nową kartą kibica Legii (nie tą z "trumną"). Swoją drogą nie wiem, dlaczego an mecz o Superpuchar, a nie żaden tam ligowy, można wejść tylko z kartą Legii. I w ogóle czemu mecz jest na Legii? I mógłbym tak jeszcze długo ponarzekać, choć sam jestem kibicem CWKS, gdyby nie to, że bilety kupował każdy, kto miał dowód czy legitymację. Przez to chyba tyle o trwało, ale mimo wszystko czas oczekiwania to taki mały skandalik. Zapłaciłem miliony za mój ulgowy bilet, a wszedłem na stadion w 43. minucie. A za mną w kolejce było jeszcze sporo osób. I jeszcze ten gamoń zapomniał mi wydać pięciu dyszek i się kłócił. Zwrot jakże pokaźnego kapitału zawdzięczam tylko współoczekującym w kolejce, którzy mnie poparli, bo jeszcze się bezczelny kłócił, ze wydał.

Ledwo wszedłem, a już ludzie zaczęli wychodzić, bo sędzia gwizdnął przerwę. Po przerwie obejrzałem 45 minut wspaniałej walki, o jak najgłośniejszy doping. Żyleta nie wychodzi z formy i nie zmienia się to już od długiego czasu (nie wiem jak długiego, bo ja nie pamiętam, żeby słabo kibicowali). Na boisku działo się niewiele, choć mecz nie był znowu jakiś najgorszy. Niestety moim zdaniem piłkarze Zawiszy byli lepsi, choć Legii odebrano co najmniej jednego karnego. Szkoda, że akurat w doliczonym czasie warszawiacy stracili gola, bo byliby w stanie powalczyć chociaż o ten remis.

Trudno mi powiedzieć, ile było osób na trybunach. Z Bydgoszczy na oko 7, ale siedzieli daleko i mogłem się pomylić. W każdym razie łącznie widzów było więcej, niż na Generali Cup przed rokiem. Atmosfera mniej piknikowa, skład Legii bardziej. Carlos z Zawiszy dobrze kręcił na prawym skrzydle, trzeba mu to oddać. Poza gamoniem w kasie nie podobało mi się jedno - odniosłem wrażenie, że kibice naśladują małpy, gdy do piłki dochodzi czarny zawodnik. Chciałbym się mylić i móc powiedzieć, że się przesłyszałem. Jeśli nie, to jest to ogromna głupota i chciałbym, żeby tego nie było. Dicksonowi Choto czy nawet Dossie Juniorowi nie będzie miło.

Mecz udany i trudno mi słowami oddać piękno nieba, jakie ujrzałem nad Pepsi Areną, wracając do domu. I tym poetyckim akcentem zakończę ten wpis. Dla Minus 3 Tomek z loży vipowskiej na stadionie Legii. Mam nadzieję, że następnym razem bilety kupię jak człowiek. 
Kawałek, którego brakuje, jest Twój. Stąd zdjęcie: Flickr
Moje dziecko ma roczek. Taki tytuł nadał u siebie znajomy bloger po roku prowadzenia swojego brzdąca. Idealnie pasuje on również do dzisiejszego wpisu. Rok temu w nocy z 6 na 7 lipca napisałem pierwszy post. Rozentuzjazmowany (polecam czytanie na głos) opisałem pierwszy w życiu wyjazd na Legię. Wrażenia z Łazienkowskiej 3 dały początek pięknej i, mam nadzieję, długiej przygodzie z blogowaniem.

Po drodze swojego bloga przechrzciłem. Urodził się jako Myśli, obserwacje, przypadki Tomasza. Było to zbyt długie, brzydkie i w ogóle niepraktyczne. Później blog dostał swoje nowe imię: Minus 3 dioptrie. Niewiele krótsze, niemalże równie niepraktyczne, ale jednak bardziej oryginalne. I bezpośrednio związane ze mną. Pieszczotliwie zapraszam was zawsze na Minus 3. Zawsze.

Przez ten rok na blogu pojawiły się posty związane z wieloma dziedzinami życia (przynajmniej mojego). Muzyka, książki, polityka, sport, ale też egzystencja, wiara, a nawet próby krótkich opowiadań. Wasze komentarze oraz rady wielu znajomych, a także książki Kominka nauczyły mnie wielu rzeczy związanych z blogiem i w ogóle "branżą".

Statystyki bloga nie rzucają mnie na kolana. Cieszy każdy czytelnik, ale nie liczę ich jeszcze w tysiącach. Na wszystko przyjdzie pora, wierzę. Nie reklamowałem bloga nigdy w grupach typu "Blogerzy Polska" czy cośkolwiek podobnego i nawet nie pamiętam, jak dokładnie się te grupy nazywają. Postanowiłem tak i tego się trzymam. Wierzę, że dam radę bez tego, uważam to trochę za pójście na łatwiznę. Z politowaniem patrzę na "obs za obs, kom za kom" itp.. Piszę rzadziej, niż bym chciał. Dążę do pisania tak często, żeby samemu czuć się usatysfakcjonowanym.

Każdy miły komentarz, nawet ten krytyczny, lecz przychylny, życzliwy cieszy. Cieszy, bo czuję, że nie piszę w próżnię, a ktoś to czyta. Komuś się podoba lub nie. Dzięki za każde polubienie czy udostępnienie. To wasz wkład w rozwój Minus 3. Również po części od was zależy, jak blog wygląda. Przyjemniej czyta się wpis, gdy jest też coś do przeczytania pod nim, ale niczego przecież nie sugeruję. :)
[to chyba pierwsza emotka, jakiej użyłem na blogu, ale w urodziny można, a co!]

Przez ten rok blogowanie stało się czymś więcej, niż zajawka. Stało się swego rodzaju pasją. Być może pierwszorzędną.

Czego mi jeszcze brakuje? Może powinienem napisać, że zarobków, że reklamodawców, ofert odpisów moich postów, ale najbardziej brakuje mi was. Waszych sprzeciwów, aprobat, pytań. Tym bardziej cieszą te, które już się pojawiają.

Przez rok napisałem na blogu 145 postów. Założyłem fanpage'a, Instagrama, a nawet snapchata (minus_3 - śmiało), którym się do tej pory nie pochwaliłem. Przeczytałem 2 książki o tym, jak tworzyć bloga. Recenzowałem książki, filmy, płyty, spektakl, a nawet koncert w Filharmonii Narodowej. Pisałem o swoich wyjazdach, o wierze, polityce, sporcie. Dzieliłem się przemyśleniami i interpretacjami.

Dziś jestem już o krok dalej w drodze blogera. Żaden ze mnie profesjonalista, ale mogę tak o sobie powiedzieć. Za rok też będę mógł. I będę o krok dalej. Buziaki. Do zobaczenia.
Jakiś czas temu zapytałem was na fejsie, jaki program polecacie do słuchania muzyki. Chodziło o coś z dużą bazą utworów (oczywiście online), coś poręcznego, łatwego w obsłudze, intuicyjnego, po prostu dobrego.

Poleciliście Spotify i po krótkiej, frustrującej przygodzie z Last.fm postanowiłem sprawdzić, dlaczego wybieracie akurat to. Prawdę mówiąc, nie była to moja pierwsza przygoda ze szwedzkim programem. Kiedyś już korzystałem z niego i byłem umiarkowanie zadowolony. Wróciwszy do niego po kilku miesiącach rozłąki, zobaczyłem kilka zmian. Na lepsze.

Spodobała mi się możliwość wyboru "okazji", z jakiej chcemy posłuchać muzyki. Po wybraniu np. "Do nauki" otrzymujemy proponowane listy odtwarzania z muzyką (wg Spotify) pasującą do wybranego zajęcia (są też m.in. Na trening, Relaksacyjna, Klubowa, Miejska). Muszę przyznać, że dla mnie była to całkiem dobra opcja, ponieważ gdy chciałem posłuchać muzyki klasycznej, czytając książkę, to nie musiałem niczego szukać, tylko wybrałem "Do nauki" i już pierwsza playlista składała się z utworów Mozarta, Chopina czy Beethovena.

Tworzenie własnych list odtwarzania również nie wymaga od nas wielkiego trudu, Spotify nie utrudnia łączenie utworów wg naszych upodobań. Jest również możliwość obserwowania innych użytkowników, co oznacza dla nas tyle, że na pasku po prawej stronie pojawiają nam się utwory, których osoby przez nas obserwowane słuchają. Możemy włączyć sesję prywatną, wtedy nikt nie będzie mógł monitorować naszych upodobań.

Dla mnie ważne było używanie Spotify na telefonie. Muszę przyznać, że w trakcie okresu próbnego premium nie miałem na co narzekać. Jednak wraz z zakończeniem okresu próbnego (nie przedłużyłem go do tej pory, kosztuje to 20 złociszy miesięcznie) pojawiły się utrudnienia, które są dla mnie znaczące. Po pierwsze nie możemy przewijać piosenek. Było to naprawdę niemiłym zaskoczeniem, że mogę tylko stopować słuchane kawałki, a nie mogę ich przełączać czy przewijać w dowolnej chwili. Wydaje mi się, że znalazłem na to sposób, choć nie jest on w pełni skuteczny. Mianowicie jeśli jesteśmy już dramatycznie znudzeni słuchanym kawałkiem, możemy włączyć inną listę odtwarzania. I liczyć, że trafimy na coś dobrego.
Inną rzeczą, która mnie deprymuje, są wszędobylskie reklamy. Słuchasz piosenki, która jest ostatnia przed twoją ulubioną piosenką na liście, a tu nagle przerażający głos "Już teraz Spotify bla bla bla". Szkoda kurcze.

Na komputerze nadal używam Spotify, na telefonie rzadko. Transfer danych nie był zastraszająco wielki, ale brak możliwości zmieniania utworów jest dla mnie przesądzający. Moje pytanie brzmi: czy artyści mają coś z tych 20 peelenów, które płaci się miesięcznie, aby wykupić konto premium?

Plusy:
  • ogromna baza utworów z wielu gatunków muzyki
  • łatwe odnajdywanie ulubionych kawałków
  • dobre podpowiedzi dotyczące muzyki na wybraną "okazję"
  • Spotify jest prosty i ładny

Minusy:
  • reklamy
  • reklamy
  • brak możliwości zmieniania piosenek na telefonie
  • reklamy
Pomimo że Spotify nie jest idealne, to póki co niczego lepszego nie znalazłem. Jak się nie ma, co się lubi...
Źródło tutaj
- Drodzy państwo, w obliczu obecnej sytuacji...
Dryń, dryń, dryń, dr...
- Na czym to ja skończyłem? A, drodzy państwo, w tej sytuac...
Wrrrr, wrrrr, wrrr, wrrr, wr.
- W tej sytuacji powinniśmy zadać sobie ważne pyta...
-Ti ti ti ti, ti ti ti ti, ti ti ti ti, ti ti ti ti, ti ti ti ti, ti ti.
- Możecie to wyciszyć?!

Zdarza mi się pójść na jakieś spotkanie organizowane przez ciechanowskie media. Niedawno był ks. Zaleski, dziś prof. Gliński, innym razem ks. Szałata. Żeby każdy mógł wczuć się w klimat pierwszych wersów, to wyobraźcie sobie, że jesteście w kinie. Z raz pewnie wszyscy byliśmy, więc wyobraźcie sobie, że jesteście na komedii romantycznej, seans ma się ku końcowi, on wreszcie dogania ją pod Wieżą Eifflą, łapie za rękę, ma poca... a tu ulubiony dzwonek z Nokii. Piąty raz od początku filmu.

Czujesz już tę czerwień złości na twarzy? To irytuje, denerwuje, a czasem i żenuje, że w XXIw. ludzie z pozoru inteligentni nie potrafią wyciszyć telefonu.

Powyższą część postu napisałem jakieś 2 miesiące temu. I zostawiłem. Wczoraj miałem przyjemność gościć w PCKiSz na spotkaniu z autorem książki "Wilczęta" Kajetanem Rajskim oraz synem Żołnierza Wyklętego Antoniego Żubryda Januszem Niemcem. Spotkanie było naprawdę ubogacające, obaj panowie byli fantastycznie przygotowani. Mówili naturalnie, nie wyłapałem ani jednego "eee" czy "yyy", co zrobiło na mnie naprawdę duże wrażenie. Nigdy wcześniej nie miałem okazji spotkać kogoś, kto został aresztowany jako... czterolatek. Płomienne (absolutnie nie piszę tego ironicznie) monologi zakłóciły jednak... tak - telefony. Czas leci, a ludzie jak nie umieli wyciszać dzwonków, tak nie umieją. Panowie z brzuchem lub bez brzucha trzepią po kieszeniach, wreszcie wydobywają cud techniki lub ledwo zipiącego soniaka i odrzucają połączenie. Zazwyczaj, bo zdażają się i tacy, którzy odbierają i szepczą coś, że nie mogą gadać, ale będą mogli później. Najbardziej denerwujące są mimo wszystko kobiety - nie dość, że odnalezienie coraz głośniejszego problemu w torebce zajmuje sporo czasu, to potem w nerwach wolniej przychodzi im wyłączenie go.

Z całym szacunkiem, bo uczestnikami takich spotkań najczęściej są głównie starsze osoby (a szkoda), ale trzeba sobie jakoś z tym problemem XXI wieku poradzić. Ja sam czasem, choć raczej rzadko, zapominam o wyciszeniu. Ale jest na to jedna rada: nie brać telefonu ze sobą.

Co? Jak to nie brać ze sobą telefonu? A jeśli ktoś będzie czegoś ode mnie chciał?

To trudno. Kiedyś ludzie nie nosili ze sobą komórek i żyli. I żyli naprawdę dobrze. To smutne, że po kilkunastu latach użytkowania telefonii komórkowej tak trudno wyobrazić nam sobie życie bez niej. Kilka razy zdarzyło mi się mieć przerwy w użytkowaniu telefonu, takie powiedzmy tygodniowe. I czułem się naprawdę dobrze. Trzeba tylko mieć zegarek.

Za stałym noszeniem przy sobie telefonu przemawia do mnie skutecznie tylko jeden argument, a mianowicie możliwość szybkiego wezwania pomocy. Idziemy parkiem czy chodnikiem i widzimy leżącego, nieprzytomnego człowieka. Wokoło nie ma nikogo innego, a my jesteśmy sami. Nie każdy dałby radę pomóc, ale zadzwonić już tak. Tutaj telefon trudno zastąpić.

Tak czy siak warto potrafić się posługiwać telefonem, przynajmniej na tyle, żeby umieć go wyciszyć. I ustawić przypomnienie nt. wyciszenia. I drugie na temat włączenia dzwonków.