Uważaj na Google, jak biegasz

1 comment
Źródło: Flickr
Poniedziałek, godzina 21. Chcę wyjść pobiegać i robię to. Ale tym razem miało być wyjątkowo, inaczej, niż do tej pory. Ten raz miał być szczególny, jakby premierowy, miał być początkiem czegoś nowego.

Po kilku rekomendacjach niezależnych od siebie osób postanowiłem wypróbować Endomondo. Słyszałem wiele dobrego, przy okazji korciło, żeby zmierzyć sobie wreszcie swoje dystanse i czas. Do tego doszła możliwość w postaci pakietu internetowego (miałem jeszcze 65MB, więc spoko luz).

Wybiegłem bez szczególnego celu i trasy. Celem było sprawdzenie, jak działa Endomondo. Przebiegłem sympatyczną trasę ze słuchawkami w uszach. Co jakiś czas głosy James Blunta, Timberlake'a i Quebonafide przeplatały się komunikatami pochodzącymi z testowanego programu. Nie chciałbym was wprowadzić w błąd, ale jeśli mnie zmysł słuchu nie oszukał, to było to kilka razy coś w rodzaju "Signal GPS lost". Kilka razy, pozostałe to też coś z GPSem, ale dla tego postu są mniej istotne. "Może to normalne?" - pomyślałem i nie przerywałem pocenia się. Niedobrze się zatrzymywać, zwłaszcza na takim śmiesznym dystansie. Dobiegając do domu wyłączyłem Endo [blee, jakoś babsko to brzmi] i zacząłem sprawdzać efekty. Ale zanim efekty to smsy, które przyszły w trakcie biegu.

Pierwszy mówił o tym, że nie mam już środków na koncie, drugi, że wykorzystałem wszystkie dane z pakietu 100MB. Myślę sobie "wow, ile to Endomondo musi robić, skoro pobrało prawie 70MB w 25 minut!". A tak serio, to zaskoczyło mnie to niemiło. I nawet nie dlatego, że mi pieniążków tak szkoda, bo do wzięcia było parę złotych. Niestety w skutek przerw w pobieraniu danych Endo nie zarejestrowało znacznej części trasy. Pierwsza próba okazała się kompletną klapą.

Moja wersja wydarzeń:
1. Poleciały wszystkie dane z pakietu i Endomondo zgłupiało przez chwilę nie wiedząc, skąd wziąć sobie Internet
2. Potem domyśliło się, że trzeba ściągnąć mi całą kaskę z konta, bo przecież transmisja danych po sieci był wciąż włączona

Taki plan i tak jest błędny, bo licznik danych w telefonie pokazuje, że Endo pożarło mi całe... 154kB.

Co się stało?

Google się przypomniało o kopii zapasowej zdjęć w najgorszym możliwym momencie. Nie wiem, dlaczego nie zrobiła się przez tyle miesięcy, gdy korzystałem z WiFi czy nawet tego samego dnia, gdy od rana włączona była transmisja danych po sieci. W ten sposób Google+ w 20 minut wyssało 72,19MB. Moją wersję zdarzeń trzeba więc poprawić:
1. Dane z pakietu zjadło Google+
2. Potem nie wiedziało skąd wziąć, a było nadal głodne, to sobie wzięło z konta.

Endomondo niewinne. Wyrok jest prawomocny. Nie ma od niego apelacji.

Kopię roboczą zdjęć do Google+ skazano zaś na dożywocie. Wyłączona najprawdopodobniej po wsze czasy. Nigdy więcej nie przeszkodzi już w bieganiu. I rejestrowaniu biegania. I pieniążków nie weźmie. Nigdy.
Next PostNowszy post Previous PostStarszy post Strona główna

1 komentarz:

  1. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń