Nie rezygnuj z Lednicy

Leave a Comment

Nie rezygnuj

Pamiętam dobrze ideał swój i jak pisałem tekst o pogo, którego doświadczyłem w Rostkowie. Tyle radości, beztroskiej i czystej, dziecięcej radości. Dziś wróciłem z nieco dalszej podróży, o której napiszę potem ze trzy zdania. Nie była to podróż jałowa, skoro przyniosła inspirację do kolejnego tekstu.
Zastanawiałem się, co czułem przed wyjazdem, a co po powrocie. Co czułem przed poprzednim, a co po nim. I co przed i po innych. I za każdym razem było tak samo. No dobrze, nie za każdym ale całkiem często. Schemat:
Przed: nie chce mi się, może lepiej zostanę, jest robota, jest gdzie i z kim pójść, po co mi to?
Po: jak dobrze, że nie zostałem; tutaj na pewno nie przeżyłbym tego dnia tak dobrze; za rok też idę/jadę; było świetnie!
Na szczęście na własnych doświadczeniach nauczyłem się, żeby nie rezygnować z wyjazdów, nawet tych, na które nie mam ochoty. Dlaczego? Bo jeszcze nigdy się na nich nie zawiodłem. Też jestem zaskoczony, ale nie pamiętam, żebym żałował, że pojechał. A to za sprawą drugiego człowieka, ale to już temat na oddzielny post. 

Warto jechać/iść tam, dokąd się zaplanowało. Nie warto odwoływać swoich decyzji [tutaj: wyjazdów]. Czasem wbrew swojej woli, ale jadę. I zawsze jest nagroda za to przełamanie się. Człowiek jest nagrodą.

Lednica 2014

Krótka, reportażowa część dzisiejszych wypocin. Przejazd z Ciechanowa na miejsce [+/- 260km] zajął około 5 godzin z jedną krótką przerwą. Rejestracja przebiegła szybko, ale ledniccy weterani mówili, że wyjątkowo mało ludzi, zwłaszcza jak na tę porę [9 rano]. Dostaliśmy rektor 4 (najdalej w naszej kolumnie (z lotu ptaka) była piątka, więc chyba nie za szczególne miejsce, ale nie narzekałem. Do 17 w zasadzie czas wolny. Choć nie do końca mogę tak powiedzieć. Niemalże przez cały czas coś się działo. O 15 Koronka do Miłosierdzia Bożego, potem nauka tańców, wcześniej śpiewy spowiedź, rozmowy z ewangelizatorami (znam ten "ból"). O 19 Msza Święta. Długa, ale piękna. Choć nie wszystko mi się podobało. Potem czuwanie i przejście przez bramę (godzina oczekiwania bliźniaczo podobna do nocnego pobytu na Via Consolazione w 2011). A potem droga do autokaru. Taka sytuacja, taki plan.

Co do ludzi, bo poza Panem Bogiem oni tam są najważniejsi, to jak zwykle było różnorodnie. Nie rozglądałem się bardziej, niż zwykle, ale nie było chyba zbyt wielu dziwaków. A z drugiej strony same dziwaki. I modnisie. I jeszcze ci modni czasowo z kartonami okraszonymi angielską maksymą "Free hugs". Ale Bóg kocha wszystkich. Warto, taniec i śpiew i wspólna modlitwa dają bardzo dużo radości,. Za rok pojadę. I zapraszam was. Tylko nie zapomnijcie kabanosów! I nie odwołujcie przyjazdu, podziękujecie.

Zdjęcie moje :
A kto odnalazł na blogu mojego instagrama (patrzy wysoko), ten obejrzy i mnie. Na dziś koniec. Pan z Wami.
Next PostNowszy post Previous PostStarszy post Strona główna

0 komentarze:

Prześlij komentarz