Z książek Kominka poza wieloma ważnymi rzeczami, o jakich powinien wiedzieć bloger, dowiedziałem się również zasad najbardziej podstawowych. Jedna z nich brzmi: nie ma autora, który nie czyta. Każdy muzyk słucha też muzyki innych twórców, każdy piłkarz podgląda kolegów po fachu i nie ma kucharza, który jadłby tylko to, co sam ugotuje.

W myśl tej zasady walczę z kolejną lekturą, chociaż słowo "walczę" jest tutaj raczej nie na miejscu, bo jej czytanie to czysta przyjemność. Żeby uniknąć spoileru kolejnej recenzji nie zdradzę wam jeszcze tytułu książki, którą kupiłem jakiś miesiąc temu. Był to zakup udany - widzę to po owocach, konkretnie po tym, co wynoszę z treści tej pozycji.

Autorka opowiada o swoim znajomym czy przyjacielu, który znalazł sposób na radzenie sobie z lenistwem. Był prosty i bardzo treściwy. Na tyle, że mieści się w jednym zdaniu.
Zamień słowo "muszę" na "mogę".
Na początku podszedłem do tego powściągliwie. Cała książka jest mądra, więc i to nie może być głupie. Ale to nie takie proste. Jest tyle rzeczy, które po prostu muszę zrobić. W ten sposób myślałem. I tu się myliłem.

Wypróbowałem tę zasadę przy jakiejś prozaicznej czynności, to było chyba wynoszenie śmieci. Trzymając czarny foliowy worek w ręce, znów zastanawiałem się, jak wielkim obciążeniem jest on dla mojego planu dnia i w ogóle jak bardzo psuje mi wypoczynek, odrywa od przyjemności. Klapa od dużego zielonego kosza opadła i przypomniało mi się: nie muszę go wynosić, mogę to zrobić. Co to znaczy móc wynieść śmieci?

Paradoksalnie dla mnie znaczy to bardzo wiele. Mniej więcej tyle, co: mam zdrowe nogi i kręgosłup - mogę zejść po schodach; nie muszę teraz pracować w polu, mam czas na leżenie, z którego część mogę poświęcić na wyniesienie tego worka; ktoś mi o tych śmieciach przypomniał - nie jestem sam. W skrócie: mogę wynieść śmieci.

To tak proste, a naprawdę skutecznie. Codzienne narzekanie na byle głupotę i najmniejszy obowiązek zamienia się w podziękowanie i wdzięczność za zdrowie, rodzinę czy po prostu dobre życie. Naprawdę nietrudno ułatwić sobie wynoszenie śmieci, wcale go nie unikając. Na szczęście nie musisz tego wypróbowywać. Ale możesz.

Do przeczytania tej pozycji zachęcił mnie Bisz. Tak, tak, ten znany bydgoski raper. W jednym z wywiadów tłumaczył genezę tytułu swojego albumu "Wilk chodnikowy". Dowiedziałem się, że książka Hermana Hesse zainspirowała go do pisania tekstów na ten krążek. Dużą rolę odegrało alienowanie się od świata postaci w książce.

Prawdopodobnie jeszcze długo zbierałbym się do sprawdzenia dzieła niemieckiego noblisty, ale "Wilka stepowego" znalazłem u siebie na półce. Dodatkowo rozmiary nie były odstraszające - 160 stron to na pierwszy rzut oka 1 dzień czytania, jeśli ma się dużo czasu. Na pierwszy rzut oka.

Szybko przekonałem się, że "Wilk" jest z gatunku tych książek, których nie czyta się "na raz". Pomimo niewielkiej ilości stron, z tej powieści można czerpać treść garściami. Ale do rzeczy, co to właściwie jest ten Wilk stepowy? Wikipedia spieszy z odpowiedzią "powieść egzystencjalna" i chyba lepszego określenia nie znajdę. Hesse zabiera nas do niemieckiego miasteczka w okresie międzywojnia ze wskazaniem na datę bliższą II Wojny Światowej. Główny bohater to Harry Haller. Mężczyzna w średnim wieku, który zmaga się z wieloma wewnętrznymi konfliktami.

Zdecydowana większość książki jest napisana w narracji pierwszoosobowej, co umożliwia czytelnikowi lepsze utożsamienie się z Harrym. Jego problemy łatwo odnieść do naszych, odnaleźć podobieństwa czy też zagadnienia identyczne. Poza tym Hesse daje do myślenia nad rzeczami, które do tej pory nas nie nurtowały. Wiele miejsca zajmują tutaj myśli dotyczące fałszu, konformizmu czy też pokoju na świecie. Widać więc, że 87 lat po pierwszej publikacji "Wilka" są to nadal aktualne tematy.

"Wilk stepowy" to również powieść o samotności, wspomnianej już alienacji, inności i rozdarciu wewnętrznym, które moim zdaniem ma w sobie każdy człowiek. Wielu prawd ponadczasowych można doszukać się na kartach powieści niemieckiego pisarza. Co ciekawe, w pewnej części (niestety nie wiem, jak dużej) Wilk jest też jego autobiografią.

Jedyne, co mnie zawiodło w tej książce, to zakończenie. Moim zdaniem jest zbyt zagmatwane i, przekładając z polskiego na nasze, "wydziwione", ale może ta opinia jest efektem pory, o jakiej kończyłem tę pozycję.

Wszystkim, którzy szukają lektury, która ma dać do myślenia, która ma dotknąć egzystencji człowieka, która ma nie być ckliwym romansem czy powieścią przygodową polecam "Wilka stepowego". Nie sądzę, by wzruszył. Wątpię, żeby zmienił coś w jednej chwili. Ale jestem pewien, że nie przejdziecie obok niego obojętnie. W końcu to wilk.
Źródła grafik: pierwszej i drugiej
PS. Przy okazji dowiedziałem się z drugiego źródła, że wilk stepowy to kojot. Jak żyć?

Dzień Kobiet, dzień mężczyzn, Dzień Matki. To już było. Dziś czas na Dzień Ojca. Pamiętacie zapewne, w jakim tonie pisałem o wątpliwym święcie panów. Ojciec to też pan, ale niech was to nie zmyli. Mój stosunek do tego dnia jest zgoła inny, niż w przypadku tego z marca.

W życiu każdego mężczyzny ważny jest inny mężczyzna. Jestem gejem? Pedałem? Wykrzyczeliśmy się? To jedziemy dalej. W życiu każdego mężczyzny jest ważny inny mężczyzna i najlepiej, gdy jest to Ojciec. To On jest wzorem, jest przykładem. To On kształtuje zachowania. Dawniej ojcowie dokonywali postrzyżyn, a później zabierali synów na polowanie. Uczyli sztuki zabijania, zdobywania pożywienia, uczyli utrzymywania i bronienia rodziny. Dziś żyjemy w nieco innych czasach, jednak wciąż rola Taty jest ważna. To on uczy kultury, uczy zachowania się wobec dam, zabiera na mecze, sadza na motor, przekazuje pasje. Ważne, żeby były to dobre rzeczy, bo mają wpływ na całe przyszłe życie syna.

Cały czas piszę o synach, ale Ojciec jest równie ważny w życiu swojej córki. To On prawi komplementy, chwali, ale i gani, gdy trzeba. Jest wsparciem, ostatnią deską ratunku, a czasem wyrocznią. To przy Ojcu dziewczyna czuje się najbezpieczniej na świecie, to Ojciec jest pierwszym najważniejszym mężczyzną w jej życiu.

Bycie Ojcem to ogromne szczęście, spełnienie, ale jest nieodłącznie związane z odpowiedzialnością. Za swoje zachowanie, bo kształtuje dzieci, i za nie same. Za ich bezpieczeństwo, wychowanie, wykształcenie. Za ich obycie, za ich poczucie własnej wartości.

Właśnie z uwagi na ogromny ciężar odpowiedzialności i ogrom poświęcenia Ojcom (podobnie jak Mamom) "należy się" ten dzień w roku. Bo jaki człowiek zasługuje na niego bardziej od naszych rodziców?

Źródła obu fotografii: pierwsza i druga
Czasem pod wpływem wielu czynników lub zupełnie małej ich ilości w mgnieniu oka czuję, że coś mi się podoba. Czuję, że to jest to coś, na co mam ochotę. I na co będę miał ochotę jutro, pojutrze, a dalej... a dalej się zobaczy. Bo równie spontanicznie, co coś mnie porywa, może mnie znudzić. Ale przez cały czas, gdy mi się podoba, sprawia radość. Co to jest? Może mainstreamowo (blee!) to zabrzmi: to zajawka.

W gimnazjum poznałem kolegę, który był, ba, jest mistrzem oddawania się swoim zajawkom (i porzucania ich). Przez jakieś 4 lata naszej znajomości zdążył ulec pasji freestyowania, free runningu, chodzenia na rękach, magicznych sztuczek z kartami i bez, gry w Plemiona, pokera i chyba coś jeszcze, w międzyczasie szukał kursu tańca i jeszcze bawił się jojo. To już całkiem sporo, a zapewniam was, że jeszcze nie wymieniłem wszystkiego, ale reszta pozostanie słodką tajemnicą.

Dużo mógłbym o nim opowiedzieć, ale pochwalę się: wiele gorszy nie byłem. Najlepiej swoje sezonowe i nie tylko zainteresowanie jakimś sportem na lekcjach wychowania fizycznego. W pierwszej klasie graliśmy prawilnie w piłkę nożną. W drugiej po i w trakcie występów naszej reprezentacji w Mistrzostwach Europy przyszła pora na szczypiorniaka. Spodobało nam się na tyle, że graliśmy z rok ze sporadycznymi przerwami na coś innego. W ostatniej klasie szkoły nazywanej popularnie gimbazą poznaliśmy piękno siatkówki. I graliśmy długo, z przerwami na... szczypiorniaka. A propos sportu, na letnich rekolekcjach zafascynował ping pong.

Każdy kolejny etap, każda kolejna zajawka to kupa radości, śmiechu, satysfakcji. I tak, jak pisałem w pierwszym akapicie, z nimi jest tak, że przychodzą spontanicznie i odchodzą spontanicznie. To chyba różnica, pomiędzy zajawką a pasją.

Rok temu bez mała dałem się porwać zajawce. Założyłem bloga. Spontanicznie. I się nie skończył. Urósł.

Może szukasz swojego ulubionego czegokolwiek, a może nie. Zajawce warto się oddać, każda może stać się kiedyś pasją. A kim bylibyśmy bez naszych pasji?

I nawet jeśli miałbyś grać, śpiewać czy pisać przez miesiąc, to warto. Miesiąc czasu za miesiąc radości to dobra cena.

Zakończyłbym chętnie mądrym cytatem, ale to dość przewidywalne. Poniżej i powyżej zdjęcia mojej inspiracji. I zajawki.
Źródło: tutaj
Wiele osób mówiło mi, żebym sobie zrobił plan, założył jakiś cel, żebym do czegoś dążył. I wszystko fajnie i pachnąco, zgadzam się z nimi, tylko problem jest taki, że jak się zrobi plan, to trzeba się go trzymać na co nie zawsze mam ochotę. Myślałem "w szkole jest plan, są dzwonki, wystarczy, ile można się pilnować". Głupie to myślenie, ale utrwalone bardzo gruntownie. Na szczęście nie za bardzo.

Przyszedł taki tydzień, gdy w akcie desperacji (już nie pamiętam przeciwko czemu) zrobiłem plan! Spokojnie, nie porzuciłem do końca dawnych przekonań i nie wyglądał on "Poniedziałek 16.00 - uczę się angielskiego, Wtorek 18.15 - uczę się matematyki itd.". Polegał on mniej więcej na tym: przez tydzień nie gram na komputerze, przeczytam do końca książkę, chociaż 2 razy pójdę biegać, raz pływać, raz na rower, rano i wieczorem brewiarz. Zanim zdążycie zapytać: udało mi się pójść na rower, raz biegać i nie grać na komputerze. O przypomniało mi się, że jeszcze miałem robić pompki i brzuszki. Nie zrobiłem. Wracając do meritum, nie trudno stwierdzić, że się za mocno tego planu nie trzymałem. Za mocno nie, ale jednak chociaż z tym graniem na komputerze dobrze poszło. I co z tego? Ano to, że mimo porażki w perspektywie wszystkich założeń, udało mi się coś, co zazwyczaj się nie udaje (nie ukrywam - z powodu braku próby, bo i po co?).

Jutro otwieramy lato i można by zacząć coś więcej, niż dwumiesięczny melanż. Nie wiem, w czym wy się tam lubujecie. Jak ktoś lubi zbierać znaczki, to może sobie postanowić, że do 31 sierpnia będzie miał 30 nowych znaczków. Jak ktoś biega, to niech przebiegnie do końca wakacji 300km. A jak ktoś dłubie w nosie, to niech wydłubie trzecią dziurę. Ważne jednak, żeby nie przeleżeć tego czasu. Wiadomo, wywczasy zawsze spoko, ale w 60 dni spokojnie można osiągnąć coś poza ładną opalenizną.

Dobrze postawić sobie jakieś cele, na całe wakacje, do końca 2014 czy na tydzień, bo nawet jeśli nie uda się ich osiągnąć w pełni, to i tak zrobi się więcej, niż bez stawiania ich. Plan jest jednak pożyteczny (sic!). Muszę przyznać. Ja już wiem, co chcę zrobić w wakacje. A ty? 
Źródło obu zdjęć: Flickr 1 i 2

Źródło: empik.com
Coś o nim słyszałem, ale nic konkretnego nie przychodziło na myśl. Jakiś dziwny ten drugi, kompletnie nieznany. Czego się spodziewać? Nie wiem. Egzotyki chyba. A może... Przypomniało mi się. Wojna futbolowa - stąd go kojarzyłem. Kapuściński. Ryszard Kapuściński.

A kim jest ten drugi? Ryszard Kapuściński to znany polski reportażysta, pisał o swoich podróżach w odległe miejsca na Ziemi. A ten drugi to Herodot. Mówi wam to coś? Mnie kompletnie nic. Kompletnie nic nie mówiło do czasu lektury książki, o której napiszę dziś parę zdań.

Podróże z Herodotem dostałem jako zadanie, taka dodatkowa lektura. Już na pierwszych kartach tego dzieła Kapuściński wyjaśnia nam, kim jest człowiek z tytułu. Grecki historyk, żył w Vw. p.n.e. Dawno, nie? A jednak zachowały się jego "Dzieje", czyli coś w stylu jego "historii świata". Kapuściński opisuje swoje podróże, pierwsze doświadczenia z obczyzną, ludźmi, odległymi kulturami. W międzyczasie wplata w swoje perypetie fragmenty "Dziejów", które, jak pisze, wozi cały czas ze sobą i wertuje wnikliwie. Osoby, które pojawiają się na drodze autora mieszają się z bohaterami z książki Herodota. To coś jak książka w książce, bo w "Podróżach z Herodotem" Ryszarda Kapuścińskiego czytamy wielokrotnie słowa "Dziejów" Herodota. A dzieje się tam wiele i wiele mądrości można wyczytać i mówię to zupełnie bez ironii. Najbardziej podobają mi się "prawa Herodota". Jedno z nich brzmi "Nie upokarzaj ludzi, bo będą żyć żądzą zemsty za to upokorzenie". Łatwo wciągnąć się w wydarzenia sprzed ponad dwóch tysięcy lat, ale w tym miejscy muszę też napisać o tym, co mi się nie podobało. Zdarzenia opisywane przez Herodota są o wiele ciekawsze od tych opisywanych przez samego Ryszarda Kapuścińskiego. Wszystko byłoby okej, ale to tych drugich jest więcej [w końcu to jego książka, a nie odpis "Dziejów"]. Mimo wszystko, cieszę się, że mogę postawić tę pozycję na półkę oznaczoną "Przeczytane". W skali 1 do 10, mogę rzucić spokojnie 5. Nie nudziłem się czytając "Podróże z Herodotem", ale po ukończeniu nie miałem ochoty sięgać po kolejne pozycje tego samego autora, więc jednak o czymś to świadczy.

W sekrecie powiem, że wkrótce pojawi się recenzja czegoś, co bardziej przypadło mi do gustu.
Źródło: tutaj
Taśmy wszędzie. Sam kupiłem "Wprost", z czystej ciekawości, co oni tam nagawędzili. I mówiąc wprost, to nie byłem zaskoczony. Przynajmniej nie tak mocno, jak byłbym parę lat temu. Może ze dwa, może rok. Dziś po przeczytaniu książek Leszka Szymowskiego czy Cezarego Gmyza myślę o sobie, że wiem więcej o te dwie książki od przeciętnego Kowalskiego. Bo przecież kogo by ta polityka obchodziła? Kłócą się tam, krzyczą, zajmują jakimiś pieniędzmi czy innymi pierdołami, wojskiem, służbą zdrowia, a tam, po co mnie to, na wybory nie idę. Nie ma na kogo głosować.

Z tym ostatnim często się zgadzam (zależy od dnia tygodnia). A tak poza tym, to pieprzenie. Brzydko napisałem, a właśnie do tego miałem przejść. Ujawnili te taśmy i wyszły ładne kwiatki. Nie tylko w polityce, ale nawet w samym słownictwie. W rozmowach gościły swobodne "chuje" i "kurwy". W rozmowach, ekhm, elity. Jaka to elita? Finansowa. I... jakby to ładnie napisać, ziomkowa. Elita, która ma pieniążki i kumpli z pieniążkami. Jakieś tam pojęcie (chociaż jednak niewystarczające, co widać po sytuacji w Polsce) o polityce pewnie też mają. Polityce w rozumieniu wielu z was i niestety wielu, których uważam za niegłupich. Niestety, bo jeśli ktoś polityką (na poziomie państwowym) nazywa załatwianie interesów rodziny, kolegi czy woźnego, to chyba trochę mu się pokićkało. Taka polityka była w "Trafnym wyborze" Rowling i też dzieliła całą wieś. A tutaj proszę, proszę, jeden drugiemu ręce myje i dopiero, jak nie umyje, to ten drugi na niego pluje. Ale jak ładnie pluje! Prezes NBP nieskrępowanie rzuca słowami, o które oskarża się dzieci palące papierosy za szkołą podstawową, chłopaków bez matury pod blokiem i babcię od super partii. Uszy nam więdną. I tylko uszy, bo języki już nie. Kominek pisze, że przecież wszyscy mówimy tak na co dzień. Być może. Ale czy wszyscy jesteśmy w rządzie? Czy wszyscy zgarniamy dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy miesięcznie? Wy pewnie tak, ja nie.

Co to jest elita? Żeby nie być za mądrym, sprawdziłem w słowniku.
Elita umysłowa, polityczna, kulturalna itp. to środowisko ludzi wpływowych, bogatych, wykształconych lub kulturalnych i zajmujących uprzywilejowane miejsce w jakiejś społeczności.
Przykre to. Przykre, że wszystko możemy zarzucić rządzącym, ale nie kulturę. Premier kilka godzin po wypuszczeniu taśm wychodzi i mówi, że trzech panów zatroskanych o losy państwa spotkało się i porozmawiało, ale żaden z nich nie dostanie Nobla w dziedzinie prozy czy liryki. I to wszystko? Afery nie ma. To znaczy jest - nagrania są nielegalne. Nieważne nielegalne działania, nielegalne interesy, ważne nielegalne nagrania. Komedia. Jedyny Nowak trochę się zachował, chociaż po tylu wałkach, to i to mu nie zaszkodzi, swoje wziął.
Jak to jest, że Polska mówi o nagraniach kompromitujące, a Belka czy Tusk nie widzą powodów, żeby podać się do dymisji? Jak to jest, że Minister Spraw Wewnętrznych daje się nagrywać i nie podaje się do dymisji? Skoro mógł ktoś, to może ktoś inny. Rosja, USA, Niemcy, Chiny. I każdy, kto dysponuje odpowiednimi instrumentami (parafraza Belki mi wyszła). Decyzje takie jak z taśm, mogą podsłuchać wywiady obcych państw. A Tusk? A Tusk wie, że Belka, Cytrycki i Sienkiewicz nie dostaną Nobla. Swoją drogą Sienkiewicz to już Nobla ma, ale niech tam.

Jak to jest, że w 38-milionowym państwie po takich aferach jak ta czy też Chlebowskiego, Schetyny, Drzewieckiego kolejne wybory wygrywa ta sama partia? Jak to jest?

Gdyby obejrzeć najważniejszych ludzi w najważniejszych instytucjach, a potem to, co ich łączy, to do głowy przyszłoby pytanie "halo, halo, a co to za kolegowanie się?". Bo chłopaki się dobrze kolegują, tym mi pomożesz, ja tobie pomogę. A państwo? A państwo, jak powiedział minister, istnieje teoretycznie, bo nie działa tak, jak powinno. Ale jak ma działać? Korupcja, korupcja i ponad wszystko korupcja. Może za bardzo się wczuwam w naukę języka polskiego, bo mnie to się kojarzy z tym, o czym ostatnio czytałem - z Sarmatami. A teraz zadanie dla was (2pkt.): pamiętacie dokąd doprowadziła nas kultura Sarmatów?

PS. Przepraszam, że dostosowałem fragmentami słownictwo do dyskusji Belki z Sienkiewiczem. Nie mogłem się powstrzymać. Kuźwa.
Źródło: Rapgenius
Nie chce mi się czytać. Czasem. I czasem chciałbym pooglądać telewizję. Jakiś serial, ale coś z prawdziwego zdarzenia, a nie trudne dlaczego prawda z wakacji czy też podróbki tego nieudolnie produkowane przez publiczną. Taki wiecie, serial serial. Sherlock dopiero w niedzielę*, Ranczo też dopiero w niedzielę. Cyfrowa naziemna telewizja łohohoho, tyle kanałów do wyboru, łohohoho. No to włączam, sprawdzam.

TVP 1 - gotują
TVP 2 - gotują
TVP Warszawa - gotują

Pogłupieli w tej telewizji chyba. Nie chodzi mi o to, że źle gotowali, ale po co na trzech kanałach na raz? Jak robią dodatkowe kanały, to chyba nie po to, żeby na każdym leciało to samo. Widz powinien mieć wybór, wybór tematyki programu, a nie przygotowywanego dania.

Wiem, że przejaskrawiam. Robię to specjalnie. Ale publiczna by chciała, żeby ludzie płacili abonament, a sami to pokazują gotowanie. Pamiętacie Igrzyska w Soczi? Były świetnie obsłużone. Hitowe spotkania hokeja w kodowanym TVP Sport, a w paśmie ogólnodostępnym slalom gigant i inne popierdółki. Jasne, był Stoch, Bródka. Ale ja chciałem hokej. Sorry, takie mam upodobania.

No, to dzięki, że się mogłem wam wyżalić. Ta frustracja to przez to, że na dworze pogoda miód malina, a ja w domu siedzę z niewłasnej woli. I nawet nie ma czego w telewizji włączyć.

Za dnia. Wieczorami zwłaszcza w weekendy zdarzy się coś warte uwagi. Ostatnio mogę polecić Krew z krwi, Ranczo, Sherlocka czy Czas honoru. To tak z ostatniego roku. Plus mecze. Ale na ich nadmiar też narzekać nie można.

To trochę smutne, że Telewizja Publiczna, którą powinniśmy opłacać robi takie rzeczy, jakie robi. Naprawdę starsze seriale wciąż są lepsze od tych nowych. Pamiętam Oficera, pamiętam Tajemnicę Twierdzy Szyfrów. Żadne tam nie wiadomo co, ale chociaż miałem na co czekać. A dziś? Na sygnale? BarON 24? I jeszcze można by z pół ramówki na upartego wymienić. I to wszystko marność i marność nad marnościami, ale jest chyba coś jeszcze gorszego w tym wszystkim. Oni dostosowują się do wymagań. Naszych. To, co widzowie chcą oglądać, oni produkują. A co się cieszy największym wzięciem? Głupoty. Dla kogo jest ta telewizja?

Dla mnie Komisarz Alex też jest słaby, Ojciec Mateusz też. Dlaczego? Bo widziałem [tak jak i wy] zagraniczny pierwowzór. Pierwowzór, który, nie oszukujmy się, był lepszy.

To tyle skarg na dziś. Może wyszło mi to trochę urwane w pół słowa, ale umówmy się, że to jest miejsce na twoje zdanie. Jest co obejrzeć w tej telewizji czy nie?

*Tekst powstawał, zanim skończył się Sherlock.
Źródło: Flickr
Poniedziałek, godzina 21. Chcę wyjść pobiegać i robię to. Ale tym razem miało być wyjątkowo, inaczej, niż do tej pory. Ten raz miał być szczególny, jakby premierowy, miał być początkiem czegoś nowego.

Po kilku rekomendacjach niezależnych od siebie osób postanowiłem wypróbować Endomondo. Słyszałem wiele dobrego, przy okazji korciło, żeby zmierzyć sobie wreszcie swoje dystanse i czas. Do tego doszła możliwość w postaci pakietu internetowego (miałem jeszcze 65MB, więc spoko luz).

Wybiegłem bez szczególnego celu i trasy. Celem było sprawdzenie, jak działa Endomondo. Przebiegłem sympatyczną trasę ze słuchawkami w uszach. Co jakiś czas głosy James Blunta, Timberlake'a i Quebonafide przeplatały się komunikatami pochodzącymi z testowanego programu. Nie chciałbym was wprowadzić w błąd, ale jeśli mnie zmysł słuchu nie oszukał, to było to kilka razy coś w rodzaju "Signal GPS lost". Kilka razy, pozostałe to też coś z GPSem, ale dla tego postu są mniej istotne. "Może to normalne?" - pomyślałem i nie przerywałem pocenia się. Niedobrze się zatrzymywać, zwłaszcza na takim śmiesznym dystansie. Dobiegając do domu wyłączyłem Endo [blee, jakoś babsko to brzmi] i zacząłem sprawdzać efekty. Ale zanim efekty to smsy, które przyszły w trakcie biegu.

Pierwszy mówił o tym, że nie mam już środków na koncie, drugi, że wykorzystałem wszystkie dane z pakietu 100MB. Myślę sobie "wow, ile to Endomondo musi robić, skoro pobrało prawie 70MB w 25 minut!". A tak serio, to zaskoczyło mnie to niemiło. I nawet nie dlatego, że mi pieniążków tak szkoda, bo do wzięcia było parę złotych. Niestety w skutek przerw w pobieraniu danych Endo nie zarejestrowało znacznej części trasy. Pierwsza próba okazała się kompletną klapą.

Moja wersja wydarzeń:
1. Poleciały wszystkie dane z pakietu i Endomondo zgłupiało przez chwilę nie wiedząc, skąd wziąć sobie Internet
2. Potem domyśliło się, że trzeba ściągnąć mi całą kaskę z konta, bo przecież transmisja danych po sieci był wciąż włączona

Taki plan i tak jest błędny, bo licznik danych w telefonie pokazuje, że Endo pożarło mi całe... 154kB.

Co się stało?

Google się przypomniało o kopii zapasowej zdjęć w najgorszym możliwym momencie. Nie wiem, dlaczego nie zrobiła się przez tyle miesięcy, gdy korzystałem z WiFi czy nawet tego samego dnia, gdy od rana włączona była transmisja danych po sieci. W ten sposób Google+ w 20 minut wyssało 72,19MB. Moją wersję zdarzeń trzeba więc poprawić:
1. Dane z pakietu zjadło Google+
2. Potem nie wiedziało skąd wziąć, a było nadal głodne, to sobie wzięło z konta.

Endomondo niewinne. Wyrok jest prawomocny. Nie ma od niego apelacji.

Kopię roboczą zdjęć do Google+ skazano zaś na dożywocie. Wyłączona najprawdopodobniej po wsze czasy. Nigdy więcej nie przeszkodzi już w bieganiu. I rejestrowaniu biegania. I pieniążków nie weźmie. Nigdy.

Nie rezygnuj

Pamiętam dobrze ideał swój i jak pisałem tekst o pogo, którego doświadczyłem w Rostkowie. Tyle radości, beztroskiej i czystej, dziecięcej radości. Dziś wróciłem z nieco dalszej podróży, o której napiszę potem ze trzy zdania. Nie była to podróż jałowa, skoro przyniosła inspirację do kolejnego tekstu.
Zastanawiałem się, co czułem przed wyjazdem, a co po powrocie. Co czułem przed poprzednim, a co po nim. I co przed i po innych. I za każdym razem było tak samo. No dobrze, nie za każdym ale całkiem często. Schemat:
Przed: nie chce mi się, może lepiej zostanę, jest robota, jest gdzie i z kim pójść, po co mi to?
Po: jak dobrze, że nie zostałem; tutaj na pewno nie przeżyłbym tego dnia tak dobrze; za rok też idę/jadę; było świetnie!
Na szczęście na własnych doświadczeniach nauczyłem się, żeby nie rezygnować z wyjazdów, nawet tych, na które nie mam ochoty. Dlaczego? Bo jeszcze nigdy się na nich nie zawiodłem. Też jestem zaskoczony, ale nie pamiętam, żebym żałował, że pojechał. A to za sprawą drugiego człowieka, ale to już temat na oddzielny post. 

Warto jechać/iść tam, dokąd się zaplanowało. Nie warto odwoływać swoich decyzji [tutaj: wyjazdów]. Czasem wbrew swojej woli, ale jadę. I zawsze jest nagroda za to przełamanie się. Człowiek jest nagrodą.

Lednica 2014

Krótka, reportażowa część dzisiejszych wypocin. Przejazd z Ciechanowa na miejsce [+/- 260km] zajął około 5 godzin z jedną krótką przerwą. Rejestracja przebiegła szybko, ale ledniccy weterani mówili, że wyjątkowo mało ludzi, zwłaszcza jak na tę porę [9 rano]. Dostaliśmy rektor 4 (najdalej w naszej kolumnie (z lotu ptaka) była piątka, więc chyba nie za szczególne miejsce, ale nie narzekałem. Do 17 w zasadzie czas wolny. Choć nie do końca mogę tak powiedzieć. Niemalże przez cały czas coś się działo. O 15 Koronka do Miłosierdzia Bożego, potem nauka tańców, wcześniej śpiewy spowiedź, rozmowy z ewangelizatorami (znam ten "ból"). O 19 Msza Święta. Długa, ale piękna. Choć nie wszystko mi się podobało. Potem czuwanie i przejście przez bramę (godzina oczekiwania bliźniaczo podobna do nocnego pobytu na Via Consolazione w 2011). A potem droga do autokaru. Taka sytuacja, taki plan.

Co do ludzi, bo poza Panem Bogiem oni tam są najważniejsi, to jak zwykle było różnorodnie. Nie rozglądałem się bardziej, niż zwykle, ale nie było chyba zbyt wielu dziwaków. A z drugiej strony same dziwaki. I modnisie. I jeszcze ci modni czasowo z kartonami okraszonymi angielską maksymą "Free hugs". Ale Bóg kocha wszystkich. Warto, taniec i śpiew i wspólna modlitwa dają bardzo dużo radości,. Za rok pojadę. I zapraszam was. Tylko nie zapomnijcie kabanosów! I nie odwołujcie przyjazdu, podziękujecie.

Zdjęcie moje :
A kto odnalazł na blogu mojego instagrama (patrzy wysoko), ten obejrzy i mnie. Na dziś koniec. Pan z Wami.
Jak byłem mały, to lubiłem mówić "ale to niesprawiedliwe!". W zasadzie to krzyczeć, wkładałem to tyle emocji, co w pisanie walentynkowych wierszy kilka lat później. A może i więcej. Dziś niesprawiedliwość już tak nie wzrusza, stała się normalnością.

Dobrze, ale o czym to ja miałem pisać? Ach, już wiem. Prawdopodobnie masz 15 albo 30 lat. Albo ileś tam. Jeśli myślisz, to wiesz, że przeżywałeś lub nadal przeżywasz okres buntu [niektórym to nie mija]. Pamiętasz to? Jak było?

Podśmiewam się trochę, ale to tylko pozory. Mnie nie mija i mam nadzieję, że nie minie. Trochę patosu: będę buntownikiem z wyboru. Nie wiem, czy przypadkiem nie ma filmu o takim tytule. Ale to nie jest przeszkoda. Jak już wam zdradziłem, lubiłem swoje "to niesprawiedliwe!". I na tym bunt się kończył. A szkoda. Chciałbym, żeby w perspektywie życia było trochę ciekawiej.

O co w ogóle chodzi z tym buntem?

O nic. O nic, o czym na początku pomyślałeś. Miałem dziś dobrą okazję do rozważenia słowa "bunt" i ją wykorzystałem. Nie chodzi mi o stanie w opozycji do wszystkiego, co nie stoi razem ze mną. Myślę o innym rodzaju sprzeciwu. Dużo dziś słyszę rzeczy, z którymi się nie zgadzam. Ty też. Co byś nie myślał, to dużo osób myśli inaczej. I dlaczego mam być cicho? Dlaczego ty masz być cicho? Nie po to jest umysł i język, żeby ich ze sobą nie łączyć. ładuj argumenty i strzelaj. Dlaczego nie?

Ale po co?

Każdy ma w życiu jakieś ideały. Wróć. Każdy powinien mieć w życiu jakieś ideały. I jak ktoś nie jest pipą [brzydko mówiąc], to powinien ich bronić. Niektórych broń to ręce [i współczuję wam], inni lubią przekonywać, dyskutować, kłócić się czy awanturować. Najgorsi jednak są ci, którzy nie robią nic, na niczym im nie zależy. Buntują się tylko przeciwko jakiemuś wysiłkowi, wszystko im jedno, są obojętni na wszystko i w ogóle najlepiej dać im święty spokój. Cieniasy z was. 

Życie to walka

Słyszeliście to? To żyjcie. Wiem, że do tej pory walczyliście tylko o de dust 2, ale może czas wyjść na nieco większą mapę? De inferno to też nie szczyt możliwości (nie wiem, czy jest większa, kurcze). Tylko, tylko, tylko nie chodzi o to, żeby szukać sobie kogoś do pokłócenia. Ale w życiu trzeba mieć czego i kogo bronić. Jeśli nie masz, to coś jest nie tak. Z tobą.

Źródło: Flickr

Źródło: Tutaj
Byłem kiedyś na wyjeździe w góry. Żeby nie spalić opowieści i nie ukierunkować za mocno waszego myślenia, to nie powiem wam, co to był za wyjazd. Było tam wiele wspaniałych osób. I słowo "wspaniałych" naprawdę nie jest tu przesadzone. Piękne dziewczyny, rozsądni faceci, wokaliści, sportowcy, muzycy, filozofowie. A i żebyście sobie za dużo nie pomyśleli, nazywam ich tak, ale byli w moim wieku. Więc byłem na wyjeździe.

Wśród ponad połowy setki takich pereł udało mi się poznać nieco bliżej, niż "cześć jestem Tomek", ponad połowę z nich. Rozmawiałem, obserwowałem, przyglądałem się i wyciągałem swoje wnioski. Nie przyznawałem punktów, nie wrzucałem do worków, nie dawałem procentów, na ile ich lubię. Ale kiedyś, już po powrocie do domu, naszła mnie myśl "kto z nich był najbardziej... godny szacunku?". Godny szacunku jest każdy człowiek. Ze względu na to, że jest człowiekiem. Na większy trzeba zapracować i zastanowiło mnie, kto spośród tylu fantastycznych ludzi zapracował najbardziej i dlaczego.

Po niedługich, choć dokładnych badaniach moich spostrzeżeń, doświadczeń i wiedzy, stwierdziłem, że Marek (zmieniłem imię, ochrona danych, sorry). I tutaj w zasadzie zaczyna się post: dlaczego Marek? Przez całe te 2 tygodnie każdy z nas starał się być dobry, zabawny, wypaść przed resztą jak najlepiej. A on się nie starał, był cały czas sobą. Czasem robił głupie miny, chętnie pomagał, nie żałował zdrowia, żeby podać dłoń potrzebującemu. A wszystko to było tak oczywiste, naturalne, niewymuszone, takie prosto z niego. Polubiłem go i nie znam osoby, która by nie polubiła. A nie był najlepiej ubrany, nie był najlepiej uczesany i nie był naj-cośtam. Był sobą, cały czas.

Nie wiem, co jest ważne w waszym życiu. Spotkałem się już z głosami "chcę odejść jako ten, który miał dużo hajsu". Mnie urzeka w ludziach autentyczność. To właśnie jej brak potrafi mnie najbardziej zirytować (również we mnie samym). To, że ktoś nie udaje, nie kłamie, i "nie podskakuje wyżej dupy" jest najważniejsze. Wtedy przynajmniej wiesz, z kim rozmawiasz, jaki by nie był. Spontanicznie pisałem, prosto z serca. Dla Minus 3, Tomek. Buziaki.