Pisałem jakiś czas temu o Dniu kobiet i Dniu mężczyzn. Dziś przyszła pora na Dzień Matki. Dlaczego "Matki" piszę wielką literą?

W życiu każdego człowieka wielką rolę odgrywa mama. To, jaka ona jest [czasem niestety: czy w ogóle jest?], rzutuje na całe nasze przyszłe życie. To rodzice, więc i mama, uczą nas szacunku do drugiego człowieka, pracy, pieniędzy, całego otaczającego świata. To mama mówi, co jest dobre, a co złe, karmi, przytula, całuje, opiekuje się w zdrowiu i chorobie. To mama tęskni i wylewa łzy po naszych porażkach. Wylewa je też po naszych pierwszych krokach czy słowach. I to właśnie "mama" często jest premierowym wyrazem w naszych ustach.

Bycie mamą to ogromne wyzwanie, być może nigdy nie zrozumiem, jak ogromne, przecież jestem facetem. Ale nawet facet jest w stanie docenić wkład (nie ten finansowy), jaki mama w nasze życie wkłada. Najpierw 9 miesięcy, gdy nosi nas pod sercem, potem całe lata, gdy opiekuje się jak nikt inny. A często na tym się nie kończy. Są weki pakowane w torby studentom, później pomoc przy wnukach czy też dobre rady [akurat te przez całe życie].

Wiele czysto życiowych okoliczności sprawia, że nie pamiętamy o tym wszystkim na co dzień; że nie dziękujemy, nie poświęcamy czasu, że się kłócimy, złościmy, krzyczymy. Ale kiedy sobie o tym przypomnieć jeśli nie dziś?

Mama, to ktoś, kogo funkcję, rolę, powołanie z pewnością mogę napisać wielką literą. To coś więcej, niż prezydent, niż trener czy nauczyciel. Dlaczego? Bo daje życie. I za to dziś podziękujmy.

Źródło: Flickr

Kina nie widziałem już kawał czasu, ale na takim filmie nie byłem jeszcze nigdy. Dlaczego? Bo "Powstanie Warszawskie" to pierwszy na świecie film fabularny złożony w całości ze zdjęć dokumentalnych. Wersja z ulotki: pierwszy na świecie dramat wojenny non-fiction. A teraz z polskiego na nasze.

"Powstanie Warszawskie" to produkcja spajająca różne nagrane fragmenty życia Warszawy z 1944r. Nie jest to transmisja z walki na ulicy czy też zwyczajny reportaż. To żywy obraz tego, jak walczyli nasi dziadkowie i pradziadkowie. Żywy, ma już 7 dekad. Mimo wszystko każdy kadr to jak spojrzenie w oczy kogoś starszego ode mnie o 70, może 80 lat. To trochę jak podróż w czasie, bo przecież na tych ujęciach są niewiele starsi [a czasem młodsi] ode mnie.

Muszę przyznać, że seans był niesamowitym przeżyciem. Pomyśl, czy widziałeś kiedyś film, w którym wszystko, co oglądasz, działo się naprawdę? W którym to nie było udawane, nie było charakteryzacji, nie było regulacji oświetlenia i poprawianych scen. Nie wiem, czy oglądaliście kiedyś mecz sprzed 40 lat. To ani trochę nie oddaje tego, czym jest "Powstanie Warszawskie", ale innego porównania znaleźć nie mogę. Tam też nic nie jest udawane, tylko na stadionie chodzi o to "głupie" 1-0 czy 3-1. W Warszawie 1. sierpnia chodziło o coś niewyobrażalnie większego i ważniejszego. O mnie i o ciebie.

Żeby była jasność, narracja w tym filmie jest fikcyjna i bohaterowie, którzy się odzywają też. To jest dodatek od twórców "Powstania", ponieważ taśmy, które się zachowały, zawierały jedynie obraz (z tego, co wiem). Polecam wszystkim tę produkcję, bo jestem pewien, że nigdy na czymś takim nie byliście. A pomyślcie, jak to jest spotkać się ze swoimi pradziadkiem i jego kumplem, gdy mają po 20 lat?

Nie dalej jak dobę temu pisałem o władzy na teraźniejszością, która prowadzi do władzy nad przeszłością... dalej sobie doczytacie w poprzednim poście. Dziś mówię wam: trochę tej władzy macie, przynajmniej na tyle, żeby zadecydować, czy obejrzycie "Powstanie" czy "Godzillę".

Źródło: Filmweb

Czytam teraz dzieło pewnego pisarza zza zachodniej granicy*, ale przytoczę dziś Anglika:

Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość.
George Orwell


I co wy na to? Z logicznego punktu widzenia wynika, że trzeba rządzić teraźniejszością, żeby rządzić przeszłością, żeby rządzić przyszłością. A co to jest rządzenie teraźniejszością? To trudne pytanie, ale biorąc pod uwagę moje młode obserwacje rządzenie teraźniejszością, to rządzenie tobą. Mówienie ci, co jest dobre, a co ble, co lubisz, a czego nie. Coraz częściej na to, co jest ble, mówią "fajne", a na dobro "średniowiecze", ale to inna sprawa.

Dlaczego o tym piszę? Dzisiejszy świat (nudno się zaczyna) narzuca nam modele życia, które promują karierę, wybitne osiągnięcia, sukcesy zawodowe. W ogromnym skrócie - dzisiejszy świat rządzi teraźniejszością, no dobrze, niektórzy rządzą i jeszcze do nich nie należymy. Uczymy się języków, bo tego wymaga nasze przyszłe dobro. Czy czegoś brakuje w tym schemacie? Spójrzcie jeszcze raz na słowa Orwella [tak, ten od Folwarku]. "Kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość." Czy tak faktycznie jest? Tak, jest. Duzi tego świata mówią "polskie obozy koncentracyjne w Oświęcimiu". A my? A my olewamy, grillujemy, myślimy o przyszłości zostawiając przeszłość na potem [paradoks].

Do czego dążę? Mądrzy... może nie. Sprytni zastosowali słowa Georga Orwella, rządzą teraźniejszością, więc rządzą przeszłością, dlatego będą rządzić przyszłością. A my Polacy? Uczymy się potulnie języków obcych, w szkołach tłuczemy starożytność, rewolucję francuską, a idę o zakład, że zatrważająca większość z nas nie wymieniłaby pocztu królów Polski [ja również, wstydzę się]. Wymieniłaby za to skład uczestników Warsaw Shore [ja również, wstydzę się].

Parafrazując jednego gościa: żeby była jasność, ja nie jestem za wycofaniem rewolucji francuskiej czy starożytności z programu nauczania historii czy za uczeniem się wyłącznie polskiego. Ale 75 lat po wojnie serce boli, gdy przypomnę sobie, że w gimnazjum miałem 3 godziny niemieckiego, a 2 historii #pretensjezgimnazjum.


Czasy się zmieniły, priorytety się zmieniły, ludzie się zmienili. Ale historia się nie zmieniła. Wnioski, puenta, riposta, zakończenie i zachęta do komentowania [bez przesady] w drugim akapicie (tak, to kursywą). Z pozdrowieniami od Orwella [prawie zapomniałem przekazać]. 
Źródło: Flickr Przeczytajcie opis do zdjęcia.
*Tak, chodzi o Niemca, przecież ich nie nienawidzę. I książka dobra. "Żeby była jasność."
Czasem wracasz do domu i myślisz tylko o niej, czekasz, aż się z nią spotkasz. Kombinujesz, jak możesz, żeby to było szybciej, żeby przyspieszyć moment waszego zetknięcia się ze sobą. Przekładasz inne rzeczy, wyciągasz ją na wierzch. Z czasem chcesz, żebyście byli zawsze razem, żeby cię nigdy nie zostawiała, żeby przychodziła sama i wpadała ci... w uszy. O muzyce mowa, Czytelniku.

Znam jedną, tylko jedną osobę, w której życiu muzyka nie odgrywała i nie odgrywa ważnej roli. Ta osoba ma 17 lat i nie jestem to ja. Poza tym jednym wyjątkiem nie spotkałem się z kimś, kto nie lubiłby "jakiejś" muzyki. Znam fanów rocka [kto ich nie zna]. Znam słuchacza jazzu. Znam miłośników Bacha i Mozarta. Znam fanów bluesa. Znam ludzi młodszych ode mnie, którzy żyją tylko muzyką lat 80-tych. Znam wyznawców rapu [brzmi lepiej, niż dresy, a "wyznawcy" raczej nie mija się z prawdą, poza tym nie wszyscy z nich mają dresy]. I jeszcze siebie znam. Wszystkich nas łączy jedno - Muzyka.

Zbudowałem nieco patosu, więc już pozostańmy w tej podniosłości (siedźcie, siedźcie, spokojnie #suchar). Nie wiem, jak wy, ale ja miałem w swoim życiu taki czas, że słuchanie muzyki było wpisane w grafik dnia i było odrębnym od pozostałych punktem planu. Dziś niestety rzadko słucham muzyki nie robiąc niczego innego, a przyznam szczerze - żałuję. Moim zdaniem zarówno tekst jak i sam instrumental docierają nieporównywalnie lepiej, gdy skupiamy się tylko na nich. Docierają = dają więcej refleksji, szerzej otwierają oczy wyobraźni, lepiej wbijają się w pamięć. A nigdy nie wiadomo, może kiedyś będzie warto znać jakiś cytat czy po prostu kojarzyć kawałek?

Do czego dążę? Nie pamiętam, czy wam pisałem, ale jakiś czas temu postanowiłem, że po kolei odsłonię wam parę kart z moimi muzycznymi upodobaniami. Nie będę się długo gniewał, jeśli wy odsłonicie mi swoje.

Dziś inspiracją stał się pan Krzysztof Cugowski. Youtube podzielił się ze mną tymże oto utworem:


Posłuchajcie najpierw, lepiej zrozumiecie. Jak posłuchaliście, to jedziemy dalej.

Czy wam też podoba się połączenie rapu z... czymś innym? Z Cugowskim po prostu. Nie jest to najlepszy kawałek, jaki słyszałem. Pewnie nawet nie najlepszy VNMa, ale ma w sobie coś, co nie każdy posiada. Jest mieszanką dwóch różnych rzeczy. Dlaczego tak się nad tym wzruszam? Muzyka to coś, co jara prawie każdego. Muzyka, jednego disco polo, drugiego Mozart, trzeciego rapsy, a kolejnych rock. Każdy jednak ma coś dla siebie. I to jest wspaniałe. Ale o co mi chodzi z tym Cugowskim u VNMa? Ano o to, że dla największych marud, które nie mogą się zdecydować* [ja], jest coś pośredniego, coś splecionego, co dało efekt... niepowtarzalny. Czy to lepsze od Cugowskiego z Budki Suflera? Albo od VNMa z "De Nekst Best"? Nie mam pojęcia. To coś nowego, może coś dla nowych odbiorców, którzy do tej pory nie słyszeli o żadnym z nich. Kolejna kombinacja dwóch dobrych gatunków. Może dla kogoś to będzie kilka minut, które zmotywują do innego życia, może obudzą dziesiątki wspomnień, a może uprzyjemnią randkę czy naukę do sprawdzianu. To część wielkiego dzieła, jakim jest Muzyka. Od ciebie zależy, jaką rolę ona odgrywa. Bo odgrywać może każdą. Nie ma osoby, która by nie znalazła w Muzyce czegoś dla siebie. Wyjątek z pierwszego akapitu też wyszuka coś dobrego. Na pewno.

Źródło: od Kuby kliknij
PS. Jeśli jesteś fanem jakiekolwiek muzyki i masz kawałek, którym warto się podzielić, to się podziel. Chociaż ze mną.

*Wcale się decydować przecież nie trzeba, ilu to jest fanów "wszystkiego, co wpada w ucho"?
Miałem pisać o tym, jak razi w oczy ciemność na wiadukcie w Ciechanowie, ale daruję sobie. Wiadukt dotknęła jedna z plag egipskich (mam nadzieję, że obędzie się bez szarańczy i pomoru bydła), ale każdy i tak żyje swoim życiem. Swoją głupotą i cudzą mądrością.

Dziś dzieci dostają na komunię telefon. Trzeci, żeby nie czuły się gorsze od rówieśników, żeby nie jęczały, że Stasiek ma nowszy, a Basia ładniejszy. Jak już mają najlepszy telefon, to laptopa. Przecież to już prawie dorosły człowiek, ma 9 lat, powinien mieć własny komputer. To jasne. Dobrym pomysłem jest też telewizor, bo niektóre pociechy są dyskryminowane i nie dostały go na szóste urodziny. Dobrze, to by było na tyle, co do części sponsorowanej [rodzice dzieci przystępujących do Komunii pytali z czekoladkami w rękach, co kupić maluchom, grzech było nie wziąć].

Zróbmy małą retrospekcję, aż do mojej Pierwszej Komunii. Lata 90-te. Ja, Pan Jezus, prezenty. Nie dostałem telefonu, komputera, telewizora. Dostałem książkę, dostałem rower, piłkę, dużo rzeczy. Nic na prąd. Ekologicznie (brzydzę się, ,tfu). Zbieram się i zbieram, żeby wreszcie wam powiedzieć, że kiedyś dzieci [ja też, a jakże] miały wyobraźni więcej, niż w Minecrafcie, więcej, niż w Fifie [nigdy nie zaprzeczę, że grałem] i więcej, niż w Trudnych sprawach i innych pamiętnikach, które zmieniły twoje shore. Dzieci miały na tyle wyobraźni, że pomyśleć o tworzeniu. Wiedziały, że kartki można wykorzystać inaczej, niż w drukarce. [niż częstotliwości postów na Minus 3 to i dużo "niżów" w poście, hehe] Wiedza przerodziła się w czyn i dzieci tworzyły. [niż demograficzny w Polsce, to u mnie dużo "dzieci", dobra koniec głupich wstawek]. Ty pewnie nie, bo ty siedzisz tylko przed komputerem, ale są tacy, którzy kiedyś tworzyli. Pisali. Rysowali. Poezja, proza, kolorowa koza. Różne rzeczy. Później pakowali to w teczki i widywali tylko, pakując teczkę w kartony przy malowaniu, gdy mama mówiła "sprawdź, co za makulatura tam jest". Mieli sentyment i dużo miejsca na półkach i jakoś tam ich radosna twórczość przetrwała wszystkie remonty i przeprowadzki. I byłoby tak, jak należy, gdyby nie to, że dziś miejsce się skurczyło, sentyment uleciał, a twórczość w kominku albo koszu zakończyła swój żywot.

Zlitujcie się. Nad sobą, nade mną nie trzeba. Rozumiem, że wasza najlepsza pamiątka z dzieciństwa to screen statów z cs'a, ale jeśli niechcący przez sen i pod przymusem napisałeś, narysowałeś kiedyś coś, to po co to niszczyć? Może dopiero zaczynasz tworzyć, łapiesz się za notes, wyrywasz kartkę, potem włosy z głowy, krzyczysz niemo, że jesteś idiotą (jak widać nie bez powodu) i wszystko razem wyrzucasz do śmieci. Ogromny błąd. Za kilka lat, a co dopiero za kilkanaście czy więcej, wyciągniesz te prace i zapłaczesz nad nimi. Uśmiechniesz się, docenisz postępy. A ty dziś zabierasz sobie szansę, żeby kiedyś pierwszy raz w życiu się wzruszyć inaczej, niż oglądając Titanica. Można pisać do gazety, na blogu, na murze, do szuflady, ale nie można do kosza. Nigdy.

Źródło: Flickr

Wiatr lekki jak tysiące obrazów sprzed miesięcy.
Obrazy odległe jak chęć, by jeszcze się pomęczyć.
Zmęczenie bliskie jak dotyk jej dłoni
I słowa innej, nie pamięta ich, że mnie nigdy nie zapomni.

Radosny uśmiech zgaszony jak na huraganie świeca.
Tyle godzin przed ekranem, polski teleletarg.
Wszystko takie same w niczym już nie przypomina
Tego, czym było przed laty, mężczyzna? świnia?

Chcesz by sny się spełniły, niech przyszłość je wyświetli.
Chce by przeszłości się przyśniła, niech nie będzie to sen lekki.
Bo już było, co najlepsze.

Jak można tak myśleć? Co za gafa.
Po żyć, jeśli nie chce się przyszłości? chce się wracać.
Przestać pościć, pisać wiersze.

Pisownia utworu oryginalna. Niczego nie zmieniałem. Przecież bym was nie oszukał. Maj miesiącem poezji na Minus 3. Bez obrazka, eksperyment.