Wiosna zawitała na dobre. Moje nadzieje sprzed kilku tygodni, że zima już nie wróci, znalazły odzwierciedlenie w rzeczywistości. Kurtka zostaje w domu, a słońce przyjemnie głaszcze twarze. Piękna pogoda, gdzie szczęście, urodzaj, mleko i miód, tam i dziewczyny ładne [oczywiście, że piszę o Polsce]. Majówka. Cud, cytryna. Aż chce się spacerować.

Codzienny widok chodników, bloków czy i tych jednorodzinnych nawet, codzienne powietrze wzbogacone o należny procent spalin. To wszystko składa się na chęć wyjścia czy raczej wejścia w ciszę i głuszę. Kleszcze straszna sprawa, ale raz na jakiś czas do lasu warto wyjść. I o to ja, półmieszczuch będąc pierwszy raz w lesie spotykam tam roślinność zilustrowaną na poniższych zdjęciach (robiłem je sam, więc no offence, ok?):


Cytując siebie z pierwszego akapitu: aż chce się spacerować. Prawda?

Większość eksponatów z tego syfu, to pamiątki po libacjach alkoholowych. Nie jestem jakimś rycerzem walczącym z piciem po krzakach. Tak pili, piją i będą pić, więc nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Tylko trzeba każdego [spacerowicza?] informować, co się wypiło? Zlitujcie się i zróbcie coś z tym. Przypuszczam, że większość leśnych imprezowiczów nawet nie pamięta po powrocie do domu, że coś gdzieś zostawiła. Ale temu też można zaradzić. Z życia wzięte: na osiedlu była melina z urządzeniem o nazwie dół i do tego urządzenia wrzucano wszystkie butelki, puszki, niedopałki itd. Prawdopodobnie dlatego tej meliny już nie ma, ale powiedzmy sobie szczerze, lepszy syf w dole, niż syf w chaosie.

Plenerowe imprezy są całkiem ciekawe i naprawdę podziwiam organizatorów, dokładnie tych, którzy później zbierają też te butelki, a przede wszystkim wcześniej dbają o jakieś worki na śmieci itd. (znam takich). Ale kto na imprezę bierze sedes i umywalkę?

Po co wywozicie te śmieci do lasu? Wiem, że gdzieś musicie, ale po co do lasu. Wywieźcie kurna gdzieś indziej (przyznaję, nie mam pomysłu gdzie), ale nie w taki piękny teren.

I na koniec wam powiem, że trochę was rozumiem. Pomyliło się coś komuś (albo wręcz przeciwnie) i tak za wywóz niesegregowanych śmieci płacimy 16zł od osoby (miesięcznie, miesięcznie, nie ma lekko). Zatem rodzina z trójką dzieci (nie znacie takich, rozumiem) płaci miesięcznie 80zł. Przed reformami (wszystko dla dobra wspólnego!) płaciliśmy 93zł. Za kwartał, czyli (#mat-fiz) miesięcznie 31zł. Podsumowując: płacimy teraz ponad 250% tego, co przed reformą. A potem leśniczy do spółki ze mną zdziwimy się, że po lasach kible leżą...
Naprawdę, nie żartuję, nie wygłupiam się. Homofobowie, żal mi was. Tacy jesteście niby duzi, tacy dojrzali, tacy mądrzy, ohohoho, patrzcie ich. I wszystko pięknie, a jesteście homofobami. Nie pasuje mi to ani trochę do was, ale cóż, może tak musi być. A może idioci z was? Jak można być homofobem?
No powiedz mi: jak? Jak można się uporczywie, chorobliwie bać osób nazywanych przez pana Korwina "homosiami". Nie wiem, na ile ukłuła was moja, nazwijmy to sobie, intryga [ja daję 4/10], ale piszę tutaj, żeby was oświecić #ThomasEdison. Nie dajcie sobie wmówić chłopcy i dziewczęta, którzy za gejami, lesbijkami, transseksualistami, biseksualistami i wszystkimi temu podobnymi nie przepadacie, że jesteście jakimiś homofobami. Słownik, którego używam (żaden tam najlepszy na świecie, po prostu jest na półce) mówi, że fobia to uporczywy, chorobliwy lęk przed określonymi przedmiotami lub sytaucjami. Od biedy możemy sobie do tego dopisać "i przed osobami". Ale zlitujcie się żesz, lęk to lęk, a nie niechęć.

Czytałem wczoraj tekst Bronisława Wildsteina, który był w podobnym tonie, tylko o wiele mądrzejszy. On skończył swój tekst słowami "Skoro homofob oznaczać osobę odporną na presję środowiska gejowskiego, należy zaakceptować tę nazwę. W takim razie jestem homofobem i jestem z tego dumny.". Wildstein mówi "należy zaakceptować", a ja mówię takiego wała. Dlaczego środowiska LGBT, Europa czy ktokolwiek inny ma ze mnie robić cokolwiek-foba, kiedy ja się tego wcale nie boję? Napisałem LGBT i Europa, ale w istocie nie mam pojęcia, kto odpowiada za określanie nas takim słowem. Tu jest Polska i tu jest polski, a po polsku to ja żadnym -fobem nie jestem, a już na pewno nie homo-. Jedni chcą zmieniać definicję małżeństwa, drudzy (a może nadal jedni?) chcą zmienić słownikowe znaczenie słowa "fobia". Pogrzało.

A więc was, drodzy prawdziwi homofobie, mi żal. Boicie się "homosi".

Źródło: niezawodny Flickr
PS. Jest się czego bać? Bitch please.
PS2. Nie dajcie sobie wmówić, że homofobia to coś, co homofobią nie jest. Nazywajcie się tak, jak powinniście. (normalni?)
PS3. Jeśli masz wątpliwości, co uważam za normalność, to zapytaj, zanim przyjdzie ci do głowy odpowiadać za mnie. Buziaczki.
Post się skończył, więc post się zaczął. W Wielkim Poście pisałem w zasadzie tylko rozważania drogi krzyżowej, do której końca szczęśliwie doszliśmy. Jezus zmartwychwstał, więc Panie i Panowie, zapraszam ponownie.

Zabierałem się do tego już łohoho ze 3 tygodnie temu. W rodzinnym Ciechanowie nie jest nudno, ale nie jesteśmy jak chociażby Płock, gdzie w poprzednie wakacje był Festiwal Młodych, Reggaeland, jakaś hiphopowa impreza i jeszcze parę temu podobnych. Korzystając z jednej , nie oszukujmy się, z nielicznych okazji wybrałem się do kina (Centrum Kultury bla bla bla) na spektakl "Ożenek" Mikołaja Gogola. Ufam wam wszystkim i powiem w sekrecie, że ja się nie znam na teatrze [ale nikomu nie mówicie]. Wiem, kiedy mi się podoba i kiedy mi się nie podoba. Wiem, jak coś można zrobić lepiej, to znaczy jak myślę, że mógłbym zrobić to lepiej, i wiem, jak coś jest na tyle dobre, że lepiej bym nie umiał. Rozumiecie? Nie? No to jedziemy dalej. No, dążę do tego, że trudno mi będzie poprawnie skrytykować spektakl, ale na szczęście u mnie na Minus 3 niczego nie muszę robić poprawnie. Chyba, że mi się chce.

Podobało mi się. Aktorzy grali dobrze. Część z nich jest w moim wieku lub niewiele starsza, a jeśli wszyscy, to wybaczcie, wyglądacie starzej (charakteryzacja, na pewno przez to). Jak się w moim wieku (czyli naprawdę bardzo młodym) gra tak dobrze, to można myśleć o jakiejś przyszłości z tym związanej (tak na mój młody rozum). Przedstawienie było w Kawiarni Artystycznej, więc sala niewielka, ale nie przeszkodziło to nikomu. Nie wiem, co wam napisać więcej o samej sztuce. Poruszyła problemy twoje, młody mężczyzno, i twoje, młoda kobieto. Warto pójść i zobaczyć, ile to zachodu przed ślubem, którego dziś unikacie. Jak będziecie się zbierać do tego tak, jak Podkolesin, to zostaniecie starymi pannami i kawalerami. Chyba, że będzie mieli takiego Koczkariewa (wcielił się w niego Mikołaj Zelech, notabene wg mnie najlepsza kreacja obok Iwanownej, którą zagrała Gosia Klimczak). Ale co ja wam tam będę, przyjedźcie, poproście, a może wam wystawią? Bilety po 10zł, w ramach gościnności dla was po innej (program w cenie!). A, i bym zapomniał, po spektaklu jest możliwość uzyskania autografów, więc nie czekajcie tylko wio na PKSy czy inne PKP.

Z czystym sumieniem [a nie sercem, jak w tekście o Trafnym wyborze] polecam wam tę sztukę i przede wszystkim ten teatr, bo dopiero zaczęli, a robią postępy. Czekam na kolejne spektakle. W sumie to nie wiem, czy mnie jeden nie ominął. I na koniec, żeby nie było, że im posłodziłem: ogromne wrażenie wywarli na mnie, bo jak wystawili "Polskie Betlejem", to było gorzej, naprawdę gorzej.

Pozdrawiam, Wierny Widz pisane wielkimi.

Wszystkie trzy zdjęcia ze strony http://www.pckisz.pl/index.php?a=s&id=1603&r=5. Jest ich więcej.

Ostatnia stacja. Cel i sens każdej poprzedniej. To po to szedłeś w bólu, pocie, krwi, łzach, obelgach, pośród burzy, mgły, kopniaków, złorzeczeń. Umarłeś, by żyć. Żyjesz, bo umarłeś. Poświęciłeś wszystko, co miałeś. Wygrałeś wszystko, co mogłeś. Już zawsze będziesz tutaj. Miejsce, gdzie jesteś to ciepło, szczęście, radość, życzliwość, uśmiech, wspólnota. To miłość. Zmartwychwstanie to najradośniejsza z możliwych wiadomości. Ciesz się nią!

To ostatnia stacja, tym samym kończę serię "Droga krzyżowa". Kto przebrnął, temu gratuluję. Pozostałych zapraszam za rok. Na stację odjazdu.

Źródło: krzyzdziecka.pl

Umarłeś. Dokonałeś tego, czego chciałeś. Doszedłeś na szczyt, żeby umrzeć. Jesteś w miejscu, w którym wielu zabraknie. Twoja droga podlega ocenie, ale najważniejsze jest to, gdzie się zakończyła. Umarłeś dla zła, by narodzić się dla dobra. I nic więcej nie potrzeba. Jesteś już spokojny, bo jesteś już blisko.

Źródło: ceneo.pl

Dobrze, jeśli udało ci się poznać prawdziwego siebie, zanim stanąłeś przed widokiem na konsekwencje swojego trudnego wyboru. Doszedłeś do końca, pokonałeś trudną drogę, ba, drogę krzyżową. Weronika, Cyrenejczyk, Matka, niewiasty i okrutni żołnierze, którzy zamiast pomóc kopali, zamiast litować się pluli. Postawiłeś wiele kroków, których niejeden nie miałby odwagi postawić. Pokazałeś siłę, wiarę, miłość, oddanie, wierność. A to wszystko w jednym konkretnym celu. Chciałeś po prostu przyjść tutaj. I umrzeć.

Jesteś u kresu, wiesz, że śmierć się zbliża, że nie unikniesz jej i że już za późno, żeby zawracać i uciekać. Oglądasz się i widzisz szmat drogi, który przeszedłeś. Przypominasz sobie mgliście to, co czułeś na początku drogi. Twoje wątpliwości, które towarzyszyły ci na starcie, może pozostały aż do dziś. Ile to czasu? Ile to miesięcy? Lat? Ile to było kurzu, ile siniaków, ile bólu, krwi i łez? Oswoiłeś się ze swoją drogą, mimo że do samego końca było morderczo trudno. Poznałeś miłość bliźnich, wartość pomocnej ręki, uśmiechu, zobaczyłeś ludzi którzy twojej drogi nie rozumieją, a jeszcze więcej tych, którym jest ona obojętna. Kolejne stacje mijałeś w różnym stanie. Raz z opuszczoną głową, raz starając się patrzyć w niebo. Nie byłeś nigdy pewien, co będzie tu na końcu. Oprócz tego, że umrzesz. I tylko to się spełnia. Odchodzisz stąd. I zostaje tylko twoja droga. Droga, czyli to, jak potraktowałeś każdego człowieka na niej, jak znosiłeś upadki, jak wstawałeś, jak wybierałeś, jak reagowałeś i jak pozostałeś wierny swemu wyborowi. Tylko ty i ona. A wkrótce już tylko ona. Ale nie na darmo.

Źródło: bibliofilur.republika.pl

Zbliżasz się do krzyża, śmierci, do końca drogi, wreszcie do XV stacji. Upadłeś niejednokrotnie, szedłeś wytrwale, poznałeś silne ramię Cyrenejczyka i silne kopniaki żołnierzy. Poznałeś miłosierne spojrzenie Matki i zawistne spojrzenia osób postronnych. Czas się zastanowić, stanąć twarzą w twarz z samym sobą.

Spójrz w swoje oczy i spróbuj zobaczyć siebie. Prawdziwego siebie. Wyobraź sobie, że każdy akceptuje cię dokładnie takiego, jakim jesteś. I jaki jesteś? Jakie cechy w sobie lubisz? Co byś zmienił? Stań przed sobą nagi, spójrz na siebie i zobacz się naprawdę, zobacz, jaki jesteś w rzeczywistości. Ileż to nakładasz na siebie każdego dnia, twoja tapeta to nie tylko podkład, fluid, szminka, puder i cokolwiek innego. To cały ty, wszystko, w czym jesteś nieautentyczny. Z czasem twoje nietwoje przywary wrosły w ciebie. A gdybyś im na to nie pozwolił? Jaki byś był? Taki zupełnie odarty ze wszystkiego, co nie jest prawdziwym tobą. bez chowania, bez oszukiwania, bez lęku i bez presji. Spójrz na siebie. Jeśli masz odwagę.

Źródło: zezem.pl

Uśmiechasz się. Czasem z radości, czasem po prostu bawi cię zachowanie innych, potrafiłeś przyzwyczaić się do swojej drogi. Ale ten krzyż. Taki ciężki i nieustępliwy, niezmienny, wciąż tak samo ciągnie w dół. Nie zawsze da się to powstrzymać.

To już nie podnóże Golgoty, już dawno minąłeś półmetek. Widzisz szczyt, choć nadal z daleka. Nie wiesz, czego się tam spodziewać, zastanawiasz się nad tym, wybiegasz myślami w przyszłość, a belka, którą niesiesz brutalnie sprowadza cię na ziemię dosłownie i w przenośni. Przewracasz się po raz kolejny, twoje rany są dojrzałe i ty razem z nimi. Wiesz już jak będzie bolało za 5 minut i za kwadrans, wiesz po jakim czasie kolana się w miarę zagoją. Masz świadomość, jak bezsilny jesteś wobec własnych doświadczeń, przeżyć, własnego bagażu, który ciąży ci na plecach. Kolejne upadki tylko o tym przypominają, uczą pokory. Potrafisz wstawać, a do szczytu zostało niewiele. Nie czekaj. Wstawaj.

Źródło: Blog na Deonie

Dobrze znasz widok krwi cieknącej z kolan po upadku. Znasz też kojący dotyk chusty Weroniki. Nie jest ci obce przepełnione miłością spojrzenie Matki. Nie możesz zapomnieć siły ramienia Cyrenejczyka. I tego jak dobrze wam się szło we dwóch. Jednym zdaniem - znasz już swoją drogę. Rozumiesz jej mechanizm na tyle, na ile potrafisz. A tu znów ktoś nowy.

Spotykasz ludzi, którzy nie znają poprzedniego akapitu, nie wiedzą, że to, co przeżywasz, już nie jest dla ciebie nowością. Że ta droga choć ciężka i prowadząca do śmierci to twój wybór, który wiele razy potwierdziłeś swoimi wyborami. Nie wiedzą i wylewają łzy za ciebie. Boli ich twoja droga krzyżowa, zupełnie jakby sami ją przemierzali, a nie tylko przecinali ją swoją trasą. Widzą cię przez moment, może przez dłuższą chwilę, gdy pojawiłeś im się w polu widzenia i jakoś ich zainteresowałeś. I taki się wydałeś biedny, że aż łzy trysnęły. A ty jesteś prawdziwym wojownikiem i wiesz, że cel, do którego zmierzasz, wynagrodzi wszystkie cierpienia. Oni nie wiedzą i wylewają łzy. Nawet nie wiemy, czy płaczą rzeczywiście nad tobą, czy może przestraszyli się myśli, że mogliby podążać tak długą drogą. Pewnie nad tobą i jest im cię szkoda, ale nie pomagają w żaden sposób. Widząc to mówisz im "nie płaczcie nade mną, tylko weźcie się za swoje życie, swoją drogę". Jesteś nieczuły? Nie, nie miej wyrzutów. Jesteś świadomy. I chcesz, żeby i pozostali byli. Uśmiechnij się do tych "niewiast", to najlepsze, co możesz dla nich zrobić.

Źródło:odkrywamy-talenty.pl

Już doznałeś tyle dobra, już widziałeś, że jest naprawdę nieźle, Matka, Cyrenejczyk, Weronika. Już nie byłeś sam, już szedłeś dziarskim krokiem jak po swoje, byłeś pewien celu i przede wszystkim pewien, że dasz radę. I już zapomniałeś, jak było, gdy ich nie było. A oni musieli wszyscy wyjść. Niedaleko i pewnie wrócą. Ale przez chwilę zostałeś bez pomocy. I już zdążyłeś się wywalić.

Takie upadki są dobre. Bolesne? Tak. Przykre? Tak. Niechciane? Tak. Denerwujące? Tak! I dobre? Tak.
Dlaczego te potknięcia są dobre? Ba, dlaczego są ważne? Tak, są również ważne. Ano dlatego, że pokazują nam nasze miejsce, pokazują, że nie warto pędzić do tej piętnastej stacji na złamanie karku, nie warto "podskakiwać wyżej dupy". Uświadamiają nam nasze człowieczeństwo. Dzięki nim nie czujemy się lepsi, niż jesteśmy. Widzimy naszą słabość i to, jak bardzo potrzebujemy innych. Widzimy też, że nasza droga jest prawdziwie krzyżowa. I wybieramy po raz wtóry, czy na pewno chcemy nią iść? Czy chcemy się przewracać? Czy chcemy dojść do końca, do mety, do Nieba?

Źródło: Stąd KLIK

Poznałeś ludzkie dobro. Wiesz, co to pomocna dłoń. Jakąś część drogi krzyżowej przeszedłeś z towarzyszem, może nadal idziecie razem. Ale krzyż ciągle ciąży i nawet pomoc Cyrenejczyka stała się normalnością, jest trudno, a ty coraz bardziej się męczysz. Chciałbyś to wszystko rzucić i zawrócić na sam początek bez tego ciężaru.

Ale ty wiesz, że tak nie możesz. Idziesz do celu, do piętnastej stacji, która jest dla ciebie celem nadrzędnym, prawdziwą metą i dopiero tam możesz się zatrzymać na dobre. Twoja droga jest jednak długa. Na tyle długa, że jest w niej moment, gdy ktoś zabiera chociaż na moment twoje troski, bagaż przeżyć od wyjścia na trasę. Ktoś ociera twoją twarz i obmywa cię z krwi, którą do tej pory przelałeś. Daje ci siłę, oddech, motywację do dalszej drogi. Pokazuje, że jeszcze nie wszystko stracone i że jesteś w stanie osiągnąć XV stację. A już nie wierzyłeś, chciałeś zawracać, a tu staje przed tobą ktoś obcy i swoim gestem mówi "jesteś silny, a ja jestem z tobą". Kim jest Weronika? Nie wiem, dla każdego kimś innym. Dla mnie to ktoś, kto mnie słabo zna, a we mnie wierzy. Albo nie zna wcale. A wierzy z całych sił.

Źródło: http://jezuss.blog.onet.pl/2009/03/15/droga-krzyzowa-o-zaufaniu/

Droga krzyżowa wciąż trwa i Golgota jest coraz bliżej. Idziesz i nie jest łatwiej, a trudniej. Z każdym krokiem twój krzyż staje się cięższy, zbierasz kolejne doświadczenia, mijasz na swojej ścieżce kolejnych ludzi, poznajesz ich zachowania, emocje. 

Przychodzi w końcu chwila, gdy to wszystko to za dużo. Okazuje się, że nawet ty możesz upaść.
I upadasz z hukiem, a wszystko, co zebrałeś do tej pory, przygniata cię do tego stopnia, że nie potrafisz sam wstać. Kurz codziennych spraw, który podniósł się w chwili, gdy zetknąłeś się z ziemią, przesłania ci innych ludzi. Nie masz pojęcia, czy jest do kogo zwrócić się o pomoc. Nie wiesz, kto stoi obok, kto jest kim, nie wiesz, jak daleko stąd są twoi bliscy. I nie wiesz, czy to jeszcze są bliscy. Wnet z mgły życiowego brudu wyłania się pomocna dłoń. Wyciągnięte ramię, które chce przytrzymać cię i pomóc wstać. A potem pomóc zmierzyć się z ciężarem krzyża. Czasem ktoś robi to z przymusu jak Szymon z Cyreny, ktoś mu kazał z tobą pogadać i ten ktoś czuje do ciebie niechęć. I pełen tej niechęci łamie swoje opory i pomaga ci. Z czasem poznajecie się i idziecie razem, już nie dlatego, że ktoś każe, ale dlatego, że chcecie. Bardzo prawdopodobne, że po jakimś odcinku drogi twój Cyrenejczyk cię zostawi i będziesz skazany na samego siebie, ale na swojej trudnej ścieżce doświadczysz dobra. Bez wątpienia doświadczysz.

Źródło: amlm3.blox.pl

Jest taki moment w twoim życiu, kiedy uświadamiasz sobie, jak wiele znaczą w nim pewne osoby. Dopiero po pewnych wydarzeniach i upływie czasu widzisz, że ktoś idzie z tobą przez twoją drogę krzyżową. Idzie, choć czasem go nie widzisz, nie słyszysz, nie czujesz. Wreszcie, gdy go zauważasz, rozumiesz, że on nie zostawi, że ona nie zostawi, że pójdą z tobą aż do krzyża.

Jezus spotyka Matkę. Matkę, czyli kogoś, kto się opiekuje, martwi, ufa, kibicuje, kto wierzy i zwyczajnie jest. Taką osobą może być też ktoś inny, ale kto zna tak własne dziecko jak matka?
W drodze krzyżowej spotykasz wiele osób, wiele szydzi, wiele ubolewa, wiele jest obojętnych. Zawsze jednak znajdzie się choć jedna, która będzie chciała cię zrozumieć. To będzie matka. Albo ktoś inny. To będzie ktoś. Jeżeli nie spotkałeś jeszcze takiej osoby, nie przejmuj się. Nie ominiesz żadnej stacji, w najgorszym wypadku zmienisz trasę i kolejność doświadczeń.

Źródło: parafia-kosocice.pl/

Tydzień temu w sobotę, tak pół godziny po południu miałem wątpliwą przyjemność iść wiaduktem. Nic wielkiego, taka zwykła piesza podróż do domu. Mijanie się z przechodniami idącymi z naprzeciwka wynagrodziła mi ciekawa sytuacja. Jeszcze sporo przed połową wiaduktu, czyli jego najwyższym miejscem, zatrzymał się samochód, a za nim oczywiście powoli zaczęło się korkować. Samochody mijały ten stojący (był to chyba srebrny renault, ale mniejsza), ale szło to powoli, bo z naprzeciwka ciągle ktoś jechał. Jak już łapiecie, jak to wyglądało, to przechodzę do tego, o czym w ogóle piszę.

Po paru sekundach, zauważyłem, że kobieta, która siedziała za kierownicą tego srebrnego renault rozmawia przez otwarte okno z jakąś kobietą, która stoi na chodniku (jesteśmy cały czas na wiadukcie, pamiętaj). Nie wiem, co tam mówiły, bo stałem po drugiej stronie ulicy (wiaduktu). Jakiś samochód minął ten stojący (i sporą kolejkę, która już zrobiła się za nim) i zatrzymał się przed nim. Facet wyskoczył zza kierownicy i zapytał kobiety z chodnika (tej, co gadała z panią kierowcą srebrnego), co się stało. Nie wiem czemu, ale ona zaczęła bardzo panikować (wcześniej wyglądała na spokojną), że "tej pani nie działają hamulce". Patrzę i faktycznie ten renault się lekko, leciusieńko cofa (miał z górki przecież). Powoli, tak, że pewnie wielkich szkód by nie było, jakby w coś przywalił, a przywalić miał wielką szansę, bo może z półtora metra za nim stał jakiś większy dostawczy. Facet z tego, co się zatrzymał przed srebrnym renault wali w szybę do żony "otwórz bagażnik!". Ona na początku nie rozumie lub nie nie umie go otworzyć, facet głośniej krzyczy i to chyba skutkuje, bo po chwili wyciągnął z bagażnika linę holowniczą. Podpiął tę kobietę (w sensie, że tego renault) pod swój samochód, drugi wysiadł z dostawczego, popchnął i ten pierwszy pojechał z renault na holu i... koniec. A to wszystko trwało ja wiem, może z 90 sekund. Czyli tyle, co nic. 

Niewiele potrzeba, żeby pomóc. A przecież możemy komuś uratować w ten sposób tyłek. 90 sekund, a ta kobieta odetchnęła z ogromną ulgą. Warto się było zatrzymać i brawa dla tego pana, mógł ją przecież ominąć jak pozostali (nie mówię, że są źli, może po prostu nie dysponowali linką do holowania).

Chociaż słoneczko przyjemnie głaskało po twarzy, to po takiej sytuacji, drobnej, zwykłej i niewiele znaczącej, robi się jeszcze cieplej. Cieplej na sercu. Potrafimy pomagać.
Super, nie?

Źródło: mowimyjak.pl