Kolejna stacja, idziesz już jakiś czas. Zasmakowałeś życia, zasmakowałeś twojej drogi krzyżowej, zasmakowałeś kamieni wbijających się w kolana, wiesz co to piasek na twarzy. Czasem coś cię gniecie, przyciska do ziemi, do dna, nie pozwala rozwinąć skrzydeł.

Każdy miał w swoim życiu liczne upadki, ale nie chcę o tym dziś pisać. O tym pisał Bartek tutaj. Pamiętasz swoje dziecięce marzenia? Pamiętasz, jak wierzyłeś, że zagrasz w Barcelonie i że będziesz zarabiał miliony? Ja pamiętam, to był początek drogi, pierwsze lata życia. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to, czy będę studiował na Oxfordzie może zależeć od czegoś oprócz moich planów, nie wiedziałem, że w Manchesterze nie potrzebują napastnika takiego jak ja, nie wiedziałem, że bycie najbogatszym nie jest takie proste. Nie wiedziałem, że marzenia mogą być nieosiągalne i zwyczajnie dziecinne. I pamiętam pierwszy raz, kiedy pomyślałem, że to wszystko się nie spełni. Miałem  8 lat, może 9. Rozpłakałem się. Upadłem, po raz pierwszy upadłem. To właśnie ten debiutancki kontakt z podłożem - uświadamiasz sobie, że nie spełnisz swoich marzeń. Nie ominie cię to, zazwyczaj. Są przecież, szaleńcy, którzy urodzili się rozsądni i wiedzą, że nie zagrają w United, ani Realu. Jezus wstał, bo wiedział dokąd idzie i po co. A ty wiesz? Wiesz, że twoje marzenia mogą się nie spełnić, a mimo wszystko trzeba iść dalej? Wiesz, że trzeba dążyć? Przez całe życie dążyć. To już wiesz. 

To pierwszy upadek. Pierwszy raz rozbiłeś sobie kolano. I za pierwszym razem taka rana wygląda strasznie, za drugim i trzecim już nie tak bardzo. Takie rzeczy, jak te z poprzedniego akapitu, przygniotą cię raz, może dwa. Później przyjdą kolejne. Kolanami już się nie przejmiesz, nie gdy zobaczysz "to". Ale nie wiesz tego, nie znasz przyszłości, nie znasz kolejnych stacji. Wiesz, że masz iść.

Źródło: Flickr

Dzień pełen kulinarnych wrażeń, karpatki już nie ma, blaszka pozmywana, można usiąść do komputera. Jeszcze coś do picia by się przydało. Okej, już jest. Pasy zapięte.
Podróżując po nowowyglądającym Facebooku natrafiłem na fanpage "Bijemy rekord polubień dla Kasi Markiewicz". I wiecie co? Bijcie się po czołach. Dla siebie samych. 

Kasia Markiewicz z pewnością była wspaniałą osobą, dzielnie walczyła z chorobą, z uporem dążyła do spełnienia swoich marzeń. Niestety zmarła i niech spoczywa w spokoju. Zmarła, a wy tu bijecie dla niej jakieś rekordy. I to żeby to był rekord w dobrych uczynkach, rekord w gestach pomocy, a wy bijecie rekord w kliknięciach. Blamaż waszego intelektu. I jeszcze mi napisze ktoś, że jestem bezduszny, że liczy się gest, że razem i że to przecież dla tej Kasi. A co jej to twoje klikanie da? Co ją to teraz obchodzi?

Tak, jasne, mnie powinno obchodzić tyle samo, tylko szkoda mi was. W tej waszej głupocie i myśleniu "jak nie kliknę, to jestem złym człowiekiem" nie zauważyliście, że w ten sposób można was bardzo łatwo nabrać. Dziś klikniecie, bo "tak trzeba", a pojutrze ktoś sprzeda fanpage z ogromną ilością lajków i na waszej głupocie zbije ładną sumę. Ale przecież tak funkcjonuje świat, że na głupich się zarabia. 

PS. Nie sugeruję, że właściciele fanpage'a "Bijemy rekord polubień dla Kasi Markiewicz" chcą was wykorzystać, bo nie mam pojęcia o tych ludziach. Mówię tylko, jak już co najmniej parę razy daliście się nabrać.

Źródło: Flickr

Gdzieś pomiędzy jednym a drugim fryknięciem nosem przyszło mi do głowy pytanie: co, gdy doścignie nas codzienność? Co, gdy przestaniemy szaleć, bawić się, łapać życie garściami? Co, gdy się uspokoimy i przestaniemy ścigać się z samymi sobą? Kim będziemy? Jacy będziemy?

Czy nieudacznikami? Ryszard Riedel śpiewał, że w życiu piękne są tylko chwile. Naprawdę?
Czy tylko przez moment możemy być szczęśliwi, a cała reszta to tylko tło dla nich?

Chciałbym odpowiedzieć. Nie wam, po co. Wiecie to lepiej ode mnie. Chciałbym odpowiedzieć sobie. Dosłownie do tego momentu myślałem, że wystarczy uczynić szczęściem  swoją codzienność. Trzeba sprawić, by to ona przynosiła nam szczęście. Szczęście. A co to jest szczęście? 

Brak bólu i kataru? Brak zmartwień? Brak niezaspokojonych potrzeb? A może dążenie do celu? Tylko co jest celem, jeśli nie szczęście? A może jest nim szczęście bliskich? Ale czy ich szczęście nie jest naszym również? Co to jest szczęście? 

A może szczęście to kontrast. Kontrast pomiędzy euforią i radosnymi uniesieniami a... codziennością? Nie możemy więc być szczęśliwi przez całe życie? W ogóle można mówić o szczęściu przez całe życie? Każdy kiedyś był smutny, płakał, wściekał się. Każdy. Więc nie był szczęśliwy. A jednak często słyszę "żył szczęśliwie". Co to jest to "szczęśliwie"? Udanie? Bezproblemowo? A może bezkompromisowo? A może bezmyślnie?

Jesteś szczęśliwy czy dążysz do szczęścia? A czym jest szczęście? Jakie szczęście? Szczęście?

Źródło: Flickr

Wybór

A więc wybrałeś. Wziąłeś krzyż. Przyjąłeś wyzwanie, jakie rzucił ci ten świat. Zdecydowałeś się na walkę z okolicznościami, z tym, co przyniesie ci życie. Będziesz szedł, potykając się. Będziesz krztusił się krwią, a pot rozmaże ci obraz. Będzie trudno. Najtrudniej. Przez całe życie nie miałbyś trudniejszej drogi. Ale wybrałeś. Już wybrałeś.

I jego konsekwencje

Chcesz dojść do piętnastej stacji. To dopiero druga, lecz już teraz musiałeś się zadeklarować, że wyruszasz. Być może nie zdajesz sobie sprawy, jak wiele wycierpisz, może nawet nie wiesz, dlaczego idziesz, nie wiesz, czym jest piętnasta stacja. Ale idziesz. Jesteś wojownikiem, ale teraz walczysz tylko z ciężarem krzyża. Patrzysz wokoło, ale nie widzisz kresu drogi. Choć wiele osób zmierza w tym samym kierunku, to idziesz sam. Zupełnie sam. Bo to twoja droga - droga krzyżowa. 

Ta stacja to decyzja, czyli powiedzenie sobie "Biorę krzyż, tak ciężki, jaki jest. Bo to mój krzyż.". To czy dotrwasz do ostatniej stacji zależy od tego, czy jesteś wierny. Wierny sobie i swoim wyborom. Swoim ideałom, prawom, swojej wierze i swojemu rozumowi. I przede wszystkim swojemu sercu.


Źródło: marzenamarczewska.pl

Mamy Wielki Post. Dla mnie - katolika jest to czas pokuty, czas przygotowania do przeżycia najważniejszych świąt - Świąt Wielkiej Nocy. Jednym z moich pierwszych skojarzeń z Postem jest droga krzyżowa. Jezus odbył ją, aby zbawić mnie i ciebie. Dziś często kojarzy nam się tylko z piątkowym nabożeństwem. Myślimy, że średnia wieku uczestników drogi wynosi +60. Mylne konkluzje.

Droga krzyżowa - twoja droga

Nasze życie jest drogą. Pisałem o tym tutaj. Dziś piszę, że jest drogą krzyżową. Na pytanie "dlaczego?" postaram się odpowiedzieć w kilkunastu postach. Każda spośród czternastu stacji ma swoją analogię w życiu. Piszę czternastu, choć wielu uważa, że jest jeszcze piętnasta - Zmartwychwstanie. To, czy w naszym życiu będzie ta dodatkowa piętnasta zależy od tego, jak przeżyjemy te obowiązkowe. Od ciebie zależy, czy tej stacji doczekasz. Tylko cóż warte będą poprzednie bez tej ostatniej ponadprogramowej?

I. Jezus na śmierć skazany

Jesteś skazany. Skazany na życie. Tutaj, na tej ziemi, w tym czasie i z tymi ludźmi. Tak jak Jezus jesteś skazany niesprawiedliwie. Możesz wyprzeć się krzyża i przekreślić swoje szanse na piętnastą stację - Zmartwychwstanie, ale możesz też wziąć go na swoje barki i pójść. Życie doczesne to śmierć, bo prawdziwym życiem jest to po śmierci. Nie wybierasz sobie belki, nie wybierasz sobie rodziny, nie wybierasz sobie trasy, nie wybierasz sobie czasu i miejsca. Wybierasz tylko to, czy pójdziesz. Wszystkie twoje codzienne trudy, troski składają się na twój krzyż. Jesteś w stanie go udźwignąć. Tylko czy udźwigniesz?

Źródło: Flickr

Nie była taka ciężka, nawet powiedziałbym lekka. Ostatnie kilka kroków. Pozbyłem się jej. Powiedziałem ostatnie trzy słowa, odwróciłem przez plecy i poszedłem w swoją stronę. Już nigdy jej nie zobaczę. Ale ona mnie zapamięta. Jeśli tylko jest w stanie, to zapamięta.

Nie wiem, od jak dawna tu jesteś, ale dziś nie napiszę chyba niczego nowego. Mógłbym zatytułować to "Credo", "Wyznanie", "Most important thing" albo jakoś inaczej, równie banalnie. Ale zatytułowałem tak, jak widzisz. A co, niech i Tobie będzie miło. Naprawdę. Naprawdę, nie żartuję. Chcę, żebyś czuł się dobrze. Lub czuła.
W końcu nie ma niczego piękniejszego na świecie od ciebie. Tak! Na całym świecie nie ma niczego piękniejszego! Jest tylko trochę podobnych, jakieś 7 miliardów. Przecież jesteś Nim*. Człowiekiem.

Nie ma niczego wspanialszego w życiu od Człowieka. Nikt nie daje takiej radości i dlatego też nikt nie może tak zranić. Człowiek. Najdoskonalszy z obecnych tutaj. Ciałem i duchem. Doprawdy nie wiem, dlaczego sami sobie chcecie odebrać godność. Nie wiem, dlaczego tak często zniżacie siebie samych do rangi zwierząt. [Forma czasownika nie jest przypadkowa.] Urodziłeś się najlepszym stworzeniem, jakim tylko mogłeś - Człowiekiem! 

Współczuję tym, którzy mówią, że zwierzęta są lepsze od ludzi. Naprawdę.
1. Albo mają ku temu powody, więc naprawdę coś złego musiało się wydarzyć w ich życiu.
2. Albo są głupi, więc szkoda, że nie są mądrzy.

Nie chce mi się rozwodzić i tłumaczyć, że nie jestem wrogiem zwierząt. Nie jestem wrogiem zwierząt. Jestem miłośnikiem ludzi.

I pewnie się zastanawiacie po co ten wstęp. To o starszej pani i jej walizce. Z życia [dzisiaj] wzięte. Nie wiecie nawet, ile radości płynie z uśmiechu siedemdziesięciolatki. To lepsze od kasy, wygranych i zestawów gier + konsola gratis. To jak wygrać życie, albo chociaż jego kawałek. To jak twój uśmiech. I nie ma nic ponad niego. Nic ponad ciebie.

Jesteś wspaniały. Jesteś wspaniała. Urodziłeś się Człowiekiem. To dobry powód, by być nim przez całe życie.

Czy te oczy mogą kłamać?
Źródło: Flickr
*pisownia wielką literą nie jest omyłkowa
Dziś o muzyce już pełny metraż. Sięgnąłem na półkę po mój pierwszy zakup. Ba! I to jaki zakup, przecież to był pierwszy rap, jakiego słuchałem z nośnika cd, a nie Wrzuty czy Youtube'a. Nie zaciekawiłem was, ale przejdę do rzeczy. Molesta Ewenement + Kumple. O ten krążek chodzi.

Szedłem z kumplem, trzymając w rękach płytę. Niecierpliwy jak dziecko, którym faktycznie byłem, rozerwałem folię już przed pierwszym przejściem dla pieszych. Nie mogłem się doczekać, żeby zobaczyć zawartość. Nie wiem, czego się spodziewałem, ale liczyłem na jakiś super dodatek. Poza krążkiem znalazłem w środku ulotki sklepu z ciuchami Molesty. A wkładka się rozkładała kilkakrotnie i były na niej różne cytaty Pelsona, Włodiego i Vienia. Wilka już wtedy nie było w Ewenemencie. Doszliśmy wreszcie do domu. Włączyłem. Start.

Kupiłem tę płytę w ciemno, kompletnie w ciemno. Idąc do sklepu miałem w głowie "coś wybiorę". I wybrałem tę bez żadnego powodu. No może nie do końca bez. "Molesta. Uuuu. Oooo. XXX mówił, że są nieźli, biorę." Szuflada mojej wierzy się wsunęła, z głośników popłynął dźwięk. Moje pierwsze wrażenia trudne do opisania. Cieszyłem się, że mam tylu raperów na jednej płycie. Pezet, Eldo, OSTR, Mes, Ero, Fu i inni. A i Molesta, bo bym zapomniał.

Przez kilka miesięcy to była moja jedyna płyta. Nietrudno się domyślić, że wałkowałem ją w dzień i w nocy. Znałem każdy wyraz, każdą stopę, każde westchnięcie. I podobało mi się. Włączałem ją wszystkim gościom. Zabawne, dziś zupełnie zabawne.

Co do samej płyty, bo jeszcze 3 akapity temu chciałem pisać recenzję. Dobra płyta. To w skrócie. Poza tym Molesta to klasa sama w sobie. O ile się nie mylę, to była ich ostatnia płyta. Później Vienio wypuścił Etos, a Włodi i Pelson do spółki z Eldoką zrobili Parias [na marginesie: obie płyty warte przesłuchania]. W tekstach czuć ulicę, ale czuć też nieco inne wartości. 

Tam typ mnie poznał, mówi: zasłoń półkę.
Mówię nie, ale nie powiem nikomu,
mam swoje zasady i nie mogę ci pomóc.



Poza tym bity na dobry poziomie. Nie ma bengerów, a przynajmniej ja się nie dosłuchałem. Goście na płycie to czołówka polskiej hiphopowej sceny [stan na 2009r.]. Wrócę jeszcze raz do tego, co najważniejsze: teksty mądre, dojrzałe. Po prostu. Teledyskiem okraszony został numer 4., czyli "Wszystko wporzo". Wideoklipu doczekał też się utwór "Martwię się". Wystarczy tych ciekawostek, bo to nudne.


Molestę Ewenement + Kumpli polecam wszystkim, chociaż nie spodziewam się, żeby przypadła do gustu tym, którzy za rapem nie przepadają. Ale kto wie, wypadki chodzą po ludziach. Mam sentyment do tej płyty, zawsze znajdzie miejsce u mnie na półce. W końcu pierwszy krążek, pierwszy za własne pieniądze i pierwszy rap. Wygrywa wszystko. Jeśli miałbym przyznawać jakieś gwiazdki, serduszka czy inne kwiatki tej płycie, to daję 7/10. I to bez dodatkowych za szczególny związek emocjonalny! Pozdrawiam, słuchacz. W chwili kupna płyty trzynastoletni.

Źródło: Flickr

Dawno już nie pisałem żadnej recenzji płyt, więc nie przerywajmy tej passy. Jeszcze trochę poczekacie, choć przypuszczam, że ten rodzaj wpisów jest najmniej przez was lubiany. Trudno, ja lubię. Ćwiczę sobie inne formy wy... pisania się na blogu. Niech to się tak nazywa.

Recenzji nie napiszę, ale coś tam z muzyką związanego owszem. Dawniej przeglądałem wszystkie nowości polskiej sceny rap. Poza największymi ulicznikami sprawdzałem wszystkie single i było fajnie. Tomek - zawsze na bieżąco, zawsze wie, co wczoraj wyszło. Dziwiłem się wszystkim, którzy nie słuchali rapu. Przecież tam jest tyle mądrych słów.

Dziś już nie sprawdzam wszystkich singli. Wręcz przeciwnie, sprawdzam tylko to, po czym spodziewam się naprawdę dobrego materiału. A nawet lepszego, czyli takiego, który poza jakością będzie miał "to coś". Po prostu mi się spodoba. Co do mądrych tekstów, to nic się nie zmieniło. Tylko mam taki trochę, nazwijmy to, "syndrom VNM'a". A więc cytując Tomka "wszystko wtórne, wszystko nudne". Często słuchając świeżego kawałka mam wrażenie, że już te słowa słyszałem, że to tylko parafraza kogoś innego. A na usta ciśnie się takie hejterskie "było". 

Wreszcie przechodzę do rzeczy, na co mi były te wstępy? Eh, za późno, żeby to kasować. Zresztą w sumie, to mi się podoba. Ostatnio trzech Kubów wypuścili nowy numer. Numer, który [zabrzmi prosto, oklepane, ale jak najbardziej trafne] ma swój klimat. Refleksyjny, lekki, przyjemny, może senny, a dla mnie bardzo motywujący. Do porzucenia swoich trosk, tego, co nam przeszkadza w szczęściu, tego, czym się zajmujemy niepotrzebnie. Hajsem, ocenami, wynikami reprezentacji, porannym wstawaniem. Wyjrzyj jutro rano przez okno. Jeśli ty i ja będziemy mieli szczęście, to zobaczymy piękne słońce. A ono pogłaszcze nas po policzkach. Sorry, jestem dziwakiem, ale to uwielbiam. Stoję w oknie, czuję ciepło na twarzy i już "nie mam żadnych zmartwień, żadnych zmartwień, nie mam żadnych zmartwień, żadnych zmartwień". 

Posłuchajcie. Przy otwartym oknie w słoneczny dzień. I uwierzcie w refren. Na godzinę, na dzień. To będzie dobry dzień. Zobaczysz.




Gorąco polecam, Tomek. I niech ci słońce świeci.




I nie masz żadnych zmartwień. Płyń. I się śmiej. Możesz.
A źródłem Flickr.


Zastanawiałem się, czy kogoś ciekawi, co ja myślę o Dniu mężczyzny. Potem zastanawiałem się, co ja właściwie myślę o tym "święcie". Nie zamierzałem pisać o tym na blogu, ale... każdy powód jest dobry, żeby coś stworzyć, a jak już ktoś pyta, to grzech nie odpowiedzieć, nie?

Co ja myślę o Dniu mężczyzny?

Bitch please.

Dzień mężczyzny? Naprawdę? Ale co ja mówię, przecież możecie nie rozumieć. Skrót myślowy ma to do siebie, że tylko wybrańcy losu potrafią go poprawnie odczytać. Więc myślę: Dzień mężczyzny głupotą. Oficjalnie. Dlaczego? Przecież kobiety mają swoje święto, to czemu my mamy nie mieć? Odpowiedź jest prosta, a jednak bardzo "dyskryminująca" dla niektórych. Jeśli ktoś czuje się w ten sposób dyskryminowany - szczerze współczuję. Przejdźmy do rzeczy: Dzień mężczyzny jest zbędny, bo dla mnie jest ujmą dla faceta. I nie dlatego, że facet to musi być twardzielem, sztywniakiem, "karkiem" i w ogóle chłop ze stali. Facet może być wrażliwy, może umieć płakać (tylko nie za często, proszę), może być delikatny, ale... nie dla siebie. Nie chodzi chyba o to, żeby się głaskać po... wiesz dobrze po czym. Dzień mężczyzny jest zejściem/wejściem na poziom kobiety. Obszar jej kobiecości, "słabości", delikatności, i tego wszystkiego, czego nie umiem nazwać, powinien być tylko dla nich, kobiet. Facetów jednak ciągnie tam duch czasu i przez to niewieścieją. Robią się takie slangowe "pipeczki". Dbać o siebie, a chodzić do kosmetyczki to różnica. Nie latać na siłownię, a bać się młotka czy wiertarki to różnica. Rozumiecie, nie? 

Chodźmy dalej, mężczyzno, w dniu twojego święta pytam: lubisz dostawać kwiaty? Ja czułbym się dziwnie, rozumiem, gdyby jakieś łohohoho wydarzenie i jeszcze większe łohohoho zasługi i ty i kwiaty. Ale w "Dzień mężczyzny"? Mężczyzną trzeba być, żeby nasi bliscy czuli się dobrze, bezpiecznie, godnie, a nie żeby dostawać za to kwiatki, ciasteczka, bombonierki.
Twoją nagrodą za bycie mężczyzną jest kobieta przez cały rok; to, że możesz jej 8 marca dać różę czy tulipana i to, że możesz jadać z nią kolacje, a potem oglądać M jak miłość . A ciasteczka w sumie i tak dostajesz, mama, dziewczyna, żona, siostra, któraś z nich musi umieć piec.

I na koniec: jeśli jesteś tak bardzo mężczyzną, że musisz mieć swój dzień w roku, to masz Dzień chłopaka we wrześniu. Chłopak nie równa się mężczyzna. Dlatego to święto dla ciebie.
Źródło: bezbol.com
Czy Dzień kobiet jest bez sensu? Sam się dopiero dziś nad tym zastanowiłem [bo kiedy by indziej?]. To przecież komunistyczne święto itd. Mimo wszystko co roku 8 marca miliony Polek dostają kwiaty, czekoladki, chwile spokoju, całusy, różne rzeczy dostają. Dość szybko doszliśmy do chwili, gdy chcę o coś zapytać.

A co, gdyby nie było Dnia kobiet?
Czy dawalibyśmy naszym mamom, siostrom, dziewczynom i żonom kwiaty? A czekoladki? A czy całowalibyśmy? A czy byśmy życzyli? A czy byśmy dziękowali? Wreszcie: a czy jest za co dziękować?

Co gdyby komuś ileś tam lat temu nie uwidziało się, że 8 marca mężczyźni będą adorować kobiety. I dlaczego akurat 8 marca? Czy pozostałe dni są gorsze? Czy dzień kobiet nie mógłby być 30 lipca w połowie wakacji? A może w majówkę?

A może wystarczy tych pytań? Dzień kobiet jest, parafrazując kandydata na prezydenta RP pana Kononowicza Krzysztofa, imieninami wszystkich kobiet. Dostają prezenty tylko za płeć, za to, że nie urodziły się z członkami, za to że są dziewczynami. I tylko za to.

Tylko? A może za to, że nam piorą, prasują, gotują? [koniec stereotypowej kobiety] Albo za to, że przy nas są, że mówią nam, że jesteśmy świetni, gdy coś spieprzymy? A może za to, że przytulają i całują? I dbają. I trwają. I są, gdy są potrzebne. I gdy aż tak mocno potrzebne nie są, to też są. Może za to, że zrzędzą, gdy wychodzimy? I za to, że nas kochają?

Już jedno z ostatnich pytań. A czy nie powinniśmy być wdzięczni naszym paniom za te wszystkie uczynki przez cały rok? Przecież one nie robią rzeczy z poprzedniego akapitu raz w roku. Przecież każdego dnia [niedosłownie, jasne] są takie same, są tak samo bardzo kobietami i tak samo bardzo zasługują na życzenia. I ostatnie pytanie: czy gdyby nie ten głupi Dzień kobiet, to zdobyłbyś się chociaż raz w roku, żeby kupić mamie czy dziewczynie kwiatka, przyjść i powiedzieć "Wszystkiego najlepszego. I zdrowia. I dobrze, że jesteś."? 

Dobrze, że jest ten dzień. Kobiety co najmniej raz w roku mogą poczuć się dobrze, mogą poczuć się kochane i mogą poczuć się dumne, że urodziły się bez... że się kobietami urodziły. 

PS. Zrób swojej kobiecie raz w roku niespodziewany Dzień kobiet 2. Kup jej tulipana za 3zł, daj buziaka i ciesz się jej uśmiechem.
PS2. Jak jesteś burżuj, to zrób jej jeszcze bardziej niespodziewany Dzień kobiet 3 według tej samej wskazówki.
PS3. 1 taki tulipan i życzenia 8 marca, albo każdego innego dnia dadzą więcej szczęścia, niż "Wszystkiego najlepszego drogie dziewczynki :*", które przeczyta 50 kobiet i jeszcze ze 20 polubi. Serio.
Najwięcej witaminy mają... Zdjęcie od Kuby
Co to znaczy upaść?
Upaść znaczy utracić sens i potrzebę życia. Stwierdzić "do niczego się nie nadaję, na nic nie mam ochoty, wszystko bez sensu". Upaść to być wściekłym z rozgoryczenia. Upaść to nie chcieć żyć.

Co zrobić, żeby nie upadać?
Żeby nie być smutnym? Zmęczonym? Złym? Nic. Nie da się uniknąć emocji, chłód każdego człowieka ma swoją granicę, każdego coś ruszy. Jednego mecz, drugiego film, trzeciego gest, czwartego śmierć. Każdego. Czy można nie upadać?

Każdego dnia spotykasz dziesiątki wrednych ludzi. Każdego dnia coś cię denerwuje i chętnie byś komuś przyłożył. Każdego dnia jest dobry powód do złości. Ale zapomnieliśmy o czymś.
Każdego dnia się budzisz. Wyspany czy nie, ale wstajesz. Świeci słońce, choć czasem go nie widzisz. Masz, co jeść i pić. Żyjesz. Możesz chodzić, pisać i czytać. Masz kogoś w życiu. Obojętnie, czy śmierdzisz, czy pachniesz, czy jesteś niski, czy wysoki, masz kogoś w życiu. A ktoś ma ciebie. Ktoś cię lubi. Na pewno.

Każdy dzień jest dobrym powodem, żeby żyć. Każdy dzień może nas zachwycać i zadziwiać. Czym? Swoją niepowtarzalnością, ulotnością, pięknem pogody i potęgą żywiołów. Im bardziej monotonne i blade jest nasze życie, tym niżej jesteśmy. A przecież kolory w nim są, wystarczy je dostrzec. Jak się nie umie dostrzec, to pokolorować. Życie uporządkowane i ze stałym planem nie oznacza monotonne. Pamiętaj. Upadamy, stajemy się bezradni wobec rutyny, w którą popadliśmy, bo "nasze życie przestaje być codziennym zdumieniem". Zdumieniem, czyli zachwytem, szczęściem, radością, podziwem. Życie to seria zdumień. Odmiennych, różnorodnych, ale codziennych. Zdumień, czyli zachwytów. Czym się zachwycić? Życiem, tylko życiem.


Upadasz, gdy nie zachwycasz się. Gdy twoje życie jest pozbawione zdumień. Gdy nic cię nie zaskakuje, nie widzisz niczego pięknego. Pięknego dosłownie i niedosłownie, pięknego w swojej brzydocie i pięknego w swoich rozmiarach, pięknego w swoich intencjach i pięknego w swojej normalności. 

Każdego dnia znajdź powód do uśmiechu, szczęścia, radości, do nadziei.
Albo bądź tym powodem.
Źródło: od Kuby, klikaj

Share Week to akcja, której początek dał Andrzej Tucholski (Jest kultura) trzy lata temu. Polega ona na udostępnieniu swoim czytelnikom swoich ulubionych blogów. Myślę, że to będzie dobra okazja do pokazania wam, co czytam. Nie mam żadnej zakładki polecane, więc ostatni dzień Share Week'u będzie jak znalazł, żeby się trochę odsłonić.


Mój ulubiony blog. Trafiłem tam poprzez link do odcinka sztandarowej serii Mikołaja "Raperzy czytają" z udziałem Quebonafide. Jak dla mnie to najlepszy pomysł na serię wpisów, jaki do tej pory widziałem w blogosferze. Wpisy na MajkOnMajk ukazują się codziennie i są naprawdę różnorodne, więc nikt nie może narzekać, że nie znalazł tam niczego dla siebie. Wystarczy przejrzeć najnowszą dziesiątkę postów. Kibicuję mu i dziękuję, bo pomógł mi parę razy rozwiązać różne problemy związane z Minus 3 dioptriami. W jakimś tam procencie właśnie dlatego wyglądają dziś tak, jak wyglądają. Pretensje do Majka!


Nie pamiętam jak znalazłem się na tym blogu, ale spodobał mi się od pierwszego wejrzenia. Pierwszy post, jaki przeczytałem, to "Nie przepraszam za księży pedofilów!". Młody facet, ale pisze bardzo sensownie i, co najważniejsze, po ludzku. Jest czynnym katolikiem, nie wstydzi się tego, ale jego blog pokazuje, że jest też normalny. Nie wiem, czy was nie oszukałem zdanie wcześniej, bo przypomniało mi się, że czytałem chyba jeszcze wcześniej jego wpis z relacją z Blog Forum Gdańsk 2013. Coś czysto technicznego, czego Mateuszowi zazdroszczę, to wygląd BHRNR. Jest prosty, schludny, przejrzysty, praktyczny. Świetny.


Na koniec blog sportowy Michała Godlewskiego. Jak już się tak odsłaniam, to wam zdradzę, ze znamy się od dawna. Michał dopiero zaczyna, ale w każdym poście widać ogromną wiedzę. Porzuciłem niedawno swoją serię "Futbol w niedzielę", ale jeśli ci jej brakuje, to u niego znajdziesz wynagrodzenie z nawiązką. Lubię go czytać, bo dowiaduję się czegoś więcej, niż w telewizji i na Weszło. Zdecydowana większość pań w Szerokim przeglądzie pola nie znajdzie niczego dla siebie, lecz dla spragnionych wiedzy ze świata piłkarskiego jest w sam raz. Panowie, gratka dla was, voila!

***

Zachęcam wszystkich blogerów do wzięcia udziału w akcji Share Week, zostały wam jeszcze dwie godziny i cała reszta życia, żeby pomóc kolegom "z branży". 

PS. Wygląd bloga ponownie uległ zmianie i wewnętrzny głos rozsądku mówi mi, że to właściwe posunięcie. Poprzedni szablon wczoraj lekko zwariował, ale może to dobrze. Minimalistyczny wygląd Minus 3 na pewno nikomu krzywdy nie zrobi. Przynajmniej nie mi. Miłej lektury kolegów z góry.

Źródło: Flickr

"Zapełniamy fb muzyką! Zamiast wstawiać durnowate zdjęcia z dzióbkami albo inne pierdoły poznajmy trochę muzyki! Każdy kto polubi ten post dostanie ode mnie wykonawcę, którego dowolnie wybrany przez siebie utwór ma zamieścić na tablicy oraz skopiować treść tego postu."

Takimi statusami ostatnio zalany został Facebook. Po tym jakże motywującym tekście każdy wrzucał jakiś tam kawałek z Youtube'a. Super, pięknie. To naprawdę świetna inicjatywa, żeby wywalić głupoty z fejsa, jak piszą uczestnicy tego... niech będzie, "happeningu": durnowate zdjęcia z dzióbkami, albo inne pierdoły. To naprawdę dobry pomysł i z pewnością zrobiłby dobrze naszym tablicom, to taki dobry uczynek dla Facebooka. Tylko dlaczego jak zwykle wybieramy mniejsze zło, myśląc, że robimy coś dobrego?

Nie do końca rozumiem definicję słowa "happening". Jeśli jednak oznacza ono jakieś przedsięwzięcie, które ma określone ramy czasowe, to źle użyłem tego wyrazu w poprzednim akapicie. I wtedy faktycznie miałby taki czyn sens. Ku memu niezaskoczeniu, ten szlachetny [wobec fejsbuka] happening zamienił się w kolejny łańcuszek. 

Może jestem dziwakiem, ale nie otworzyłem nawet jednego linku, jaki moi znajomi umieścili pod tekstem z tą tam, zanętą czy zachętą do zapełniania muzyką. Dla mnie jedna głupota została zastąpiona drugą, jeden spam drugim, a moja i twoja tablica są nadal takimi samymi śmietnikami. Nie czuję się z tym źle. Czuję, że ulegliście modzie, trendom, owczemu pędowi i innym takim. Zalaliście Facebook muzyką, ale głuchą - Facebook nie posłucha i ja też nie.

Ale skoro ktoś może, to ja nie? Śmiało!

Zalejmy Facebook tym, czym chcemy. Askami, piosenkami, zdjęciami, dzióbkami, screenami, OBJUR, blogami. Wstawiajmy, co nam się podoba! Skopiuj to na swój profil, jeśli chcesz być wolnym użytkownikiem! Nie daj się propagandzie! Kliknij "Lubię to!" i nic nikomu nie mów, a dostaniesz ode mnie pół Mercedesa. Jeśli nie chcesz klikać, weź je sobie stąd.

Źródło do tego Mercedesa: http://www.flickr.com/photos/argonavigo/10899704833/