Lubię filmy, które wywołują spory. Naprawdę lubię, ale "Jack Strong" to w moich oczach fenomen. Dlaczego? Często filmy kłócą ze sobą widzów. Bo tamten zagrał dobrze, a tamten zagrał źle, bo muzyka nietaka, a obraz brzydki. O film się kłócą. Ja jakimś bywalcem forów dla kinomanów nie jestem, ale sądzę, że tym razem nie o "Jacka Stronga" jest spór, a o to, czy pułkownik Kukliński był bohaterem, czy nie był.

Ale powoli, może najpierw napiszę jednak parę słów o samym dziele. Główną postać gra Marcin Dorociński. Dla mnie bardzo dobry aktor. Jego żoną była Maja Ostaszewska, w filmie oczywiście. Akcja dzieje się głównie w Polsce. Rzecz rozchodzi się o szpiegowanie Kuklińskiego na rzecz USA i jest to historia prawdziwa. "Jack Strong" świetnie pokazuje w jakich czasach żyli nasi rodzice, dziadkowie, a może i wy. Jest świetną produkcją. Szpiegostwo, wywiady, kontrwywiady, podstępy, strategie. Jara mnie to, przyznaję się. Są chwile, gdy sceny śmieszą, ale są i takie kiedy trzymają w dużym napięciu. A przecież to i tak nic w porównaniu z tym, co było naprawdę.

Nie chce mi się pisać wiele o tym, jaki to film. To film, który warto obejrzeć. Nawet nie chodzi o jego historyczność. To po prostu bardzo dobry film. Naprawdę bardzo dobry. Najlepszy, jaki widziałem w tym roku (do widzianych w tym roku włączam również jakieś tam telewizyjne odgrzewane kotlety).

A teraz zabiorę głos, choć nie będę się rozwodził. Dla mnie pułkownik Ryszard Kukliński jest bohaterem. Z filmu wynika, że jego praca zapobiegła wybuchowi kolejnej wojny i zniszczeniu Polski. Jeśli chociaż ćwierć tego jest prawdą, to jest bohaterem.

Jeszcze raz powtórzę: lubię, gdy film wywołuje dyskusje, zwłaszcza jeśli dotyczą nie tylko filmu. Zapraszam do kin, a jak się nie da, to w sieci [życie na krawędzi] się da. 5!

Źródło: masakultury.pl

Trailer. Polecam.

Dziś będzie i straszno, i śmieszno. Straszno tylko na początku, bo spojrzysz na swoje lęki, obawy i koszmary z bliska. Śmieszno, bo pozwolę ci spojrzeć przez chwilę i na moje. To, co zacznijmy od ciebie, jesteś gościem.
Pomyśl o czymś, czego się boisz. Nie mów, że niczego. Jeśli niczego, to jesteś głupi. Jeśli jedyną rzeczą, której się boisz jest śmierć, to albo kłamiesz, albo jesteś bardzo odważny, ze wskazaniem na to pierwsze. Ale niech ci będzie, więc pomyśl o czymś, czego się bałeś. No czego? Przejścia dla pieszych? Pani ze sklepu? Jak wujek był pijany? Jak mama krzyknęła? Jestem pewien, że masz taką rzecz, której jako dziecko starałeś się unikać najbardziej, jak było to możliwe. Pomyśl dobrze o tym i powiedz sobie, dlaczego się bałeś.

Ja pomyślałem i od razu przyszły mi do głowy psy. Nie policja, easy, nie jestem jakimś ulicznikiem-bandytą-łakamakamafioso [zresztą oni raczej do strachu przed policją by się nie przyznali]. Takich zwykłych piesków się bałem. Od małych, takich tylko tylko większych od yorków, po największe, jakie widziałem. Bałem się przy nich chodzić, zawsze myślałem "ugryzie mnie, skoczy na mnie, zje mnie". Głupie to było i raczej nienormalne, a z drugiej strony najnormalniejsze jakie tylko może być, bo bardzo ludzkie. Człowiek tak ma, że chowa w sobie jakieś urazy. Stare, nowe, wydumane, ale każdy jakieś tam ma. A ja miałem do was, psy.

O swoich lękach mówiłem najbliższym, bo im ufałem. Wiedzieli, że boję się psów i wtedy i ja się dowiedziałem czegoś ciekawego. Jako dziecko szedłem do sklepu. Miałem, ja wiem, ze 3 latka. Szedłem oczywiście z osobą dorosłą. I nagle skądś wybiegł pies. Wybiegł i przybiegł. Szczekał, skakał wokoło, a ja [przypuszczam] darłem się w niebo głosy. Nie jestem pewien, czy dokładnie tak było, bo tej sytuacji nie pamiętam. Dorosły odgonił psa, tupnął, grzmotnął, nie wiem. Nic mi się nie stało. Bydlę nawet mnie nie tknęło.

No właśnie, nie pamiętam, za to moja podświadomość pamięta. Pamięta na tyle dobrze, że boję się psów. W sumie już się nie boję, ale zawsze wolę spotkać na ulicy śliczną osiemnastolatkę czy banknot dwudziestozłotowy, niż psa. Obojętnie czy ma 30cm czy 1,5m. Doszedłem do myśli inspirującej: przeszłość kształtuje teraźniejszość. Również ta, której nie pamiętasz.

Nie odkryłem nowego kosmosu, ani sposobu na dobrą grę reprezentacji. Czasami jednak złościmy się na siebie czy na kogoś, bo nie chce czegoś zrobić. Nie rozumiemy, dlaczego za każdym razem idziemy dłuższą drogą. Nie wiemy, o co nam właściwie chodzi.
I się nie dowiemy. Bo są rzeczy, których nie pamiętamy, a wpłynęły na to, jacy teraz jesteśmy. Więc się nie napinajmy. Tylko racjonalizujmy, poznawajmy siebie samych i przełamujmy lęki. I żebyś już nie wracał do poprzednich akapitów i nie natknął się na swoje koszmary, masz:
Przeszłość kształtuje teraźniejszość. Również ta, której nie pamiętasz.
Źródło: Flickr
Siedzę z siostrą i nie wiem, co mam napisać. Jak to nie wiem?! Jest poniedziałek. Część z was była wczoraj w kościele i na pewno pamięta, o czym była Ewangelia? Pamiętasz?

Nie zagłębię się, nie dziś, w budowę Eucharystii i jej poszczególne części, ale uchylę wam rąbka tajemnicy: jedną z nich jest Słowo Boże (słownie: I czytanie, psalm responsoryjny, II czytanie i Ewangelia). Nie jest to najważniejsza część Mszy, ale moim zdaniem najprostsza w rozumieniu dla przeciętnej Kowalskiej i Nowaka, którzy nie uczyli się nigdy o tym, co i kiedy się dzieje w kościele. Słowo Boże, czyli to, co mówi do nas Jezus na kartach Pisma Świętego. Przynudzam trochę? No to do rzeczy.

Bóg do Ciebie mówi na Mszy. Raz przez usta zasmarkanej dziewczynki, która w maju miała Pierwszą Komunię, raz przez usta proboszcza, który ma chrypę, bo wypił za dużo coli z lodówki, a raz przez moje. Różnie. Zawsze jednak mówi On. A ty siedzisz i nie słuchasz. Ładnie to tak? Patrzysz na witraże, patrzysz na hafty na ornacie, oglądasz swoje buty i piasek, który zostawiłeś po sobie na klęczniku albo gapisz się na koleżankę dwie ławki przed tobą, która podoba ci się od podstawówki. Jesteś skupiony na wszystkim. Wszystkim, oprócz tego, co istotne. I czemu? Czemu nie wyciągasz z tego czasu czegoś dla siebie? Nie, nie wierzę, że widok butów, piasku i twojej byłej przyszłej niedoszłej jest dla ciebie aż tak istotny.

Napisałem o Mszy, bo jestem dzień po niej. Może ty też, a może nie. Miałeś kiedyś taki dzień, że grałeś przez kilka godzin na kompie albo w Flappy Ptaszka? Nie będę cię ganił za to. Jestem zdania, że i takie dni są w życiu potrzebne. Tak, potrzebne. A dlaczego? Jest! Doszliśmy do sedna sprawy. Dlatego, że z takich dni również (a może przede wszystkim?)  można wyciągnąć jakąś naukę, jakąś myśl, jakiś obraz dla siebie. Jeśli staty 30:1 cię ucieszą, to sobie takie nabij. A jeśli jesteś wyjątkowy, niepowtarzalny i nieco bardziej ambitny, to wynieś coś dla siebie z każdego dnia, każdej chwili, z każdego spotkania, wreszcie każdej Mszy. Bo to jest twoje życie. I jest dla ciebie. Cmok, amen.

Źródło: Flickr

I nie chcę słyszeć, że ktoś zapomniał. Bez pracy domowej nie przychodźcie tutaj. Nie chcę was widzieć. Do widzenia!
Nie będzie mnie parę dni. Bo sobie jadę. Nieważne dokąd. Dla Ciebie nieważne. I tak ma być, okej? Lubię tu pisać, ale teraz poświęcę kilkaset godzin na rozwój w innym kierunku.
Czasem jest już tak późno, że i mi przychodzą mądre rzeczy do głowy. Żyję raz. Dokładnie tyle samo co ty. Żyję raz i chciałbym zrobić coś dobrego. Może jutro umrę? Chciałbym z Nieba (daj Boże) spojrzeć na moje miasto, moją szkołę, na moich przyjaciół i nieznajomych z fejsa i pomyśleć "zrobiłem coś dobrego, coś zmieniłem". I nie chodzi mi tutaj o wynajdywanie koła. Przecież koło już znacie. Ale mogę wam je pokazać z drugiej strony, nie? No może koła nie, ale ogólnie jest parę rzeczy, którymi chciałbym się z wami podzielić. Jest późno, ale nie na tyle późno, żeby mógł konkretnie powiedzieć, o co mi chodzi. Zacznę więc od najprostszego. Tak, od uśmiechu. Nie uśmiechnę się do was, bo mnie tu nie widzicie, ale wy się uśmiechnijcie. Do 5 osób, które spotkacie w ten weekend. Do 5, okej? Nie porywajcie się na więcej. Liczą się tylko szczere uśmiechy!

Źródło: Flickr
Dzwonek był, ale to jeszcze nie koniec. Siedźcie, dzwonek jest dla mnie, tak?
Dla humanistów: opiszcie jak na wasz nastrój wpłynęły uśmiechy, jak czuliście się, gdy ktoś to odwzajemnił i ogólnie, jaki to był dla was weekend. Nie piszcie tego w komentarzach, napiszcie sobie w Wordzie czy zeszycie i trzymajcie na pulpicie albo regale. Zajrzyjcie do tego za parę lat. Zajrzycie?

Dla matematyków: policzcie ile osób odwzajemniło uśmiech, ile oprócz nich się do was uśmiechnęło, zróbcie w formie wykresu kołowego lub słupkowego procentowy podział uśmiechających się ze względu na płeć, wiek, stopień wykształcenia i rozmiar buta. Zróbcie to w excelu, pdfie i na kartce A4. Przed sprawdzianem kujecie na blaszkę.

Dla głupich: uśmiechajcie się bez przerwy i do każdego, ale nie odrywajcie wzroku od monitora, chyba, że ktoś ubrany w czerwony szlafrok powie do was "konstantynopolitańczykowianeczka" i zaakcentuje to niepoprawnie. Wtedy możecie wstać. Na kwadrans.

Dla ciebie: uśmiechnij się do pani poniżej i przewietrz. Nie siedź w domu, bo "Na poniedziałek praca domowa! Nie ma nieprzygotowań!".

Źródło: Flickr


Jest w eleganckiej, skórzanej okładce. Format książkowy. Ma dwie wstążeczki, które mają służyć jako zakładki. W środku mapy samochodowe, tabelka odległości pomiędzy europejskimi stolicami, strony na adresy, telefony, notatki. Za pierwszym razem pisałeś w nim wszystko tam, gdzie należy. Później zapomniałeś o nim i stał na półce pomiędzy zeszytami i podręcznikami. A dziś czytasz swoje stare bazgroły z uśmiechem na twarzy. Poznajesz go? To twój kalendarz.

Dostałeś kiedyś kalendarz? Na urodziny? Bo mama czy ciocia miała za dużo? Od koleżanki czy brata?
Ja dostałem. Nawet nie raz. Z różnych źródeł je mam, ale jak przepatrzę dokładnie regały, to pewnie z każdego roku co najmniej jeden się znajdzie. Czasem w trakcie sprzątania zamiast sprzątać przeglądam je i śmieję się z tego, co pisałem kilka lat wstecz. Próby literackie jedenastolatka potrafią rozbawić, próby malarskie dwunastolatka potrafią rozbawić, wreszcie pisanie bloga na kartce (oficjalnie profanuję słowo "blog") potrafi rozbawić np. "20.30 - jadłem na kolację kanapki z szynką".

Nie wiem jak ty, ale ja porzuciłem zwyczaj pisania w kalendarzu. Zamiast niego mam notes. Te daty jakoś podświadomie mnie ograniczały i w 2013 nie pisało mi się tak dobrze w kalendarzu z 2012. Mimo wszystko polecam pisanie tego, co się myśli, widzi, czuje. Zapewniam, że nie pożałujecie, że założyliście sobie taki zeszyt na notatki. Albo kalendarz.

Czasem robiąc porządek, ten przedświąteczny albo taki zwyczajny, weekendowy znajdujemy rzeczy, które mówią nam, co czuliśmy miesiące czy lata temu. Nie zawsze możemy je odczytać tak wprost, jak kalendarz, ale przecież wystarczy spojrzenie, stara piosenka albo haust świeżego powietrza, żeby przypomnieć sobie uczucia, jakie towarzyszyły nam kiedyś. To trochę takie nasze voldemortowe horkruksy, bo przecież te przedmioty to nasza przeszłość, a nasza przeszłość to część nas. Miło sobie obejrzeć swoją przeszłość, bo przecież nigdy nie jest nam tak dobrze, jak już nam było.
Kolejny post i kolejne dwa złote medale. Polska na szczycie, "Mazurek Dąbrowskiego" zagrają po raz trzeci i czwarty. I to w Rosji, pięknie. Jestem dumny. Ale chyba nie wszyscy jesteśmy.

Wystarczy wejść na Wirtualną Polskę, przeczytać (albo i nie) wiadomość o zwycięstwie Stocha i odbyć podróż wgłąb komentarzy, żeby zobaczyć, co nam najlepszego wyrządził nasz tryumfator. Podzielił Polskę! Rozbił na dzielnice jak Bolesław Krzywousty. I określenie "dzielnice" nie jest tu bez kozery, bo poziom wypowiedzi naszych e-bojówkarzy jest na poziomie klatki schodowej i zasady "szlug albo w zęby".

Stoch lepszy. Małysz lepszy. Gdzie mu tam do Stocha, tylko Kamil. A przestań pan, Małysz zrobił więcej. Nie zrobił, Stoch ma dwa złota, Małysz w ogóle nie miał. Ale co innego miał. A idź pan, olimpiady nie wygrał. Sratatata, sratatata. Spór o wór, a w worze... zasługi. O co kłótnia?


Adam Małysz był wielkim polskim sportowcem. Wygrał kilka razy Kryształową Kulę, był niejednokrotnie Mistrzem Świata, na Igrzyskach zdobył 4 medale: 3 srebrne i jeden brązowy. Pokazał, że możemy w czymś być najlepsi. Może nie na olimpiadzie, ale pokazał. I przez lata nabijał oglądalność Telewizji Polskiej.
Kamil Stoch też jest wspaniałym sportowcem. Zdobył już 2 złote medale, oba teraz w Soczi. Jest też Mistrzem Świata z Val Di Fiemme. Ani razu nie wygrał Pucharu Świata, ale jest na dobrej drodze by i to osiągnąć. Jest wielkim polskim sportowcem.

Małysz i Stoch. Stoch i Małysz. Cieszmy się z ich sukcesów, nie porównujmy ich. Dlaczego mielibyśmy to robić i w jakim celu? Nie widzę sensu, przecież obaj osiągnęli wiele, żaden kosztem drugiego. Są na piedestale. Jednym, wspólnym, dużym piedestale. Na tyle dużym, żeby pomieścić ich obu. I Bródkę i Kowalczyk też.

A teraz, jeśli przeczytałeś te kilka oczywistych zdań i nadal nie rozumiesz, że nie ma potrzeby rozrywać Polski na Polskę Stocha i Polskę Małysza, to wracaj do komentarzy i rozrywaj. Nie będzie ci przecież żaden Tomek mówił, że Stoch nie jest lepszy i Małysz nie jest lepszy. Ty masz rację.
Stoch deklasuje rywali, zwycięża w pięknym stylu, jest wielki. Radość.
Kowalczyk ze złamaną stopą wyprzedzą Kallę o ponad 18 sekund. Dokonała niemożliwego. Jest wielka. Łzy, radość, szczęście i lekcja pokory dla jej niespełnionych krytyków.

Cały świat patrzy na piękne obiekty, tryumfy i dekoracje zwycięzców. Cieszą się płaczą, są w szoku, zawiedzeni, skaczą z radości. Miliony są zachwycone rozmachem przedsięwzięcia. Rosja to potęga, więc i przygotowania były potężne i siłą rzeczy efekty również imponują. Patrzymy i widzimy to, co pokazują media. Czyli to, o czym już napisałem. Serio? A ja myślę, że każdy widzi to, co chce zobaczyć.

Mamy historyczne 2 złote medale na jednych Igrzyskach Zimowych. Pięknie. Jak już wygrywamy to z przytupem i głową podniesioną wysoko. Nie musimy się wstydzić, jest nam przyjemnie lekko, gdy sukcesy naszych przyćmiewają zażenowanie, z jakim oglądaliśmy poczynania naszych kopaczy w eliminacjach Mistrzostw Świata. Wreszcie mamy czym się chwalić. Mamy co świętować. A ja poświętuję po polsku - nie, nie pijąc wódkę. Ponarzekam. Tak sobie, w próżnię, może ktoś usłyszy.

Wszystko płynie. A temperatura niebezpiecznie wzrasta. Być może "Januszom" umknął finał biegów narciarskich sprintu mężczyzn. Dla was Janusze: W finale biegło 6 facetów, z których każdy chciał mieć złoty krążek na sznurku na szyi. Biegli bardzo szybko, bo taki krążek był tylko jeden. Starali się, bo żeby dostać ten krążek przygotowywali się co najmniej 4 lata. Biegną, uh, uh, sapią, aż tu nagle Mozart i bach! nie biegną. To znaczy biegną, ale nie wszyscy. Pierwszy biegnie, drugi biegnie. Trzeci się przewraca i czwarty też. A piąty wpada na tego czwartego. Szósty miał sporą stratę, ale zdążył się pokapować i przejechał boczkiem. Teraz szósty jest trzecim. I był nim już do końca. Janusze, koniec wyjaśnienia, teraz już skumacie. Zadrżały nam serca, moi drodzy, gdy zobaczyliśmy jak nasz mistrz przewraca się na treningu na dużej skoczni. Nie tylko on się przewrócił - Rosjanin, którego nazwiska nie pamiętam, też. Na tym treningu, Roberta Kranjca kontuzja spowodowana upadkiem wykluczyła przecież już na samym początku. Początku Igrzysk, nie treningu. I do czego ja dążę?
Źródło: Flickr
Skoczkowie upadają, a biegacze się wy...walają, bo śnieg jest kiepski. A czemu kiepski? - pytasz. A czemu ma być dobry? - odpowiadam. Dziś w Soczi było 10 stopni Celsjusza w cieniu. Tak w cieniu, na słońcu 25. Zaskoczony? Dlaczego? Tak, tak, Olimpiada w Rosji, ale Rosja długa i szeroka, a Soczi leży... pytanie za 10pkt. - gdzie leży Soczi? Na Syberii! Nie! Leży nad Morzem Czarnym. W zeszłym roku średnia temperatura w lutym w Soczi wynosiła 13 stopni. Dla mnie sporo i takim lutym nie pogardziłbym, zwłaszcza, gdy zaczynam ferie. Niestety biegacze, skoczkowie i biathloniści, ich trenerzy i ja chcielibyśmy, żeby było przede wszystkim bezpiecznie. A chyba nie muszę tłumaczyć, że po ubitym śniegu czy lodzie łatwiej zjeżdżać, biegać czy na takim lądować? Nie muszę? No to się cieszę.

Jaką dać puentę? Mógłbym przecież napisać, że Soczi to ulubiony letni kurort Putina. Ale nie chce mi się politykować. Więc napiszę zaskakująco prosto i niebłyskotliwie: Olimpiada piękna, ale można było ją zrobić taniej, lepiej, bezpieczniej i tak, żebym był zadowolony. Dobrych igrzysk. I oby kaska wydana na organizację tej imprezy się nie rozpuściła razem ze śniegiem. 5!
Masz do zrobienia duży projekt, ale już na początku Ci się odechciało. Grasz mecz, ale jakoś Ci nie idzie, nie strzelasz bramek, nie kiwasz, nie rzucasz celnie. Poznałeś dziewczynę, która podobała Ci się od dawna, a już po pierwszym spotkaniu widzisz, że nie zrobiłeś na niej najlepszego wrażenia. Wchodzisz do pracy czy szkoły, ale jesteś podenerwowany, mimo że to zwykły dzień. Dlaczego?

Odpowiedź jest może nie jest banalna, ale jest prosta. Zabrakło dobrego startu. Tak często o naszej formie dnia decyduje jego początek. To czy nie musiałeś szukać rano kapci, czy nie kopnąłeś niechcący lodówki sięgając mleko, czy nie pokłóciłeś się z kimś bliskim jeszcze przed wyjściem z domu, czy nie dostałeś oceny poniżej oczekiwań już na pierwszej lekcji albo czy nie spudłowałeś będąc sam przed bramkarzem.

Często po wstaniu z łóżka do pełnej rześkości, zwarcia i gotowości brakuje nam jeszcze... powiedzmy godziny, więc nie do końca kontrolujemy swój start dnia. Zanim pomyślimy o błahostce "błahostka" już zdąży nas ona doprowadzić do małej eksplozji. Jesteśmy tylko ludźmi i nie zawsze zastanawiamy się nad tym, czy jest się o co spinać. Tak samo na boisku, czasem nie myślimy, tylko widzimy w głowie baner z czerwonym napisem "PRZEGRYWASZ". Słabsze zagranie, serwis czy strzał obniża Ci morale, odbiera wiarę w siebie, drużynę i dobry wynik. A nie powinno. 

Jak poznać, że faktycznie start był słaby? Nie powiem Ci, po prostu poczujesz. Jak poradzić sobie ze słabym startem? Nie znam żadnej jednoznacznej odpowiedzi, bo przecież prawie wszystko można źle zacząć. I prawie za każdym razem jest inna recepta. Podam dwa przykłady:

1. Przełamać się. Jak Ci nie idzie na boisku, to poproś kumpli, żeby Ci podali do pustej bramki, żebyś tylko trafił. I pomyślał "Dziś mogę strzelać - nie wszystko stracone!". To samo dotyczy siatkówki, koszykówki, ping-ponga - tylko nie próbuj tam strzelać do pustej bramki.
2. Znajdź coś pozytywnego w tym, co już się wydarzyło lub poza tym. A jeśli nie umiesz znaleźć to zrób. Nie spuszczaj głowy, a rusz nią trochę, rozejrzyj się i zobacz to, czego Ci właśnie potrzeba. Poza skrajnymi sytuacjami to zawsze jest w zasięgu Twojego wzroku i umysłu.

Dobry start jest ważny i warto o niego zadbać przed rozpoczęciem danej czynności, gry, dnia, czegokolwiek. Czasem jednak nie jesteś w stanie zapewnić sobie maksimum morali na początku. Nic straconego! To Twoje morale. Rozglądaj się, dostrzegaj, reaguj, bierz. Korzystaj, raduj, śmiej się. To Twoje morale. Kształtuj je. Łaskocz je. Podnoś je. 

Stały fotograf Kuba.

Wyobraź sobie, że masz zamknięte oczy. Wyobraź, bo nie mogę Cię prosić, żebyś je naprawdę zamknął, bo nie przeczytasz dalszej części postu. Odpręż się, usiądź wygodnie, oprzyj może o biurko, może o fotel czy krzesło. Weź spokojny oddech. I wyobraź sobie, że zamykasz oczy. Start! Masz zamknięte? (tak na niby)

Co widzisz? Pracę? Dom? Swoją dziewczynę? Widzisz szkołę? Ogrom nauki, pracy domowej? Widzisz jutrzejszy czy wczorajszy sprawdzian? Widzisz swojego chłopaka? Widzisz mamę? Tatę? Przyjaciół?

Ja też zamknąłem oczy. Naprawdę, na chwilę. Co prawda nie pytałeś, ale Ci powiem. Zobaczyłem gola, którego strzeliłem kilka godzin temu. Siebie, bramkarza, piłkę, mój ruch nogą i trzepoczącą siatkę. Zapytasz, po co Ci to w ogóle mówię.

Praca. Dom. Szkoła. Rodzina. Dziewczyna. Przyjaciele. To wszystko jest ważne, bardzo ważne. W moim życiu, oprócz pracy - chwilowo nie mam. W Twoim pewnie też. No może poza szkołą i pracą. Tak czy siak, gdy opuszczam powieki widzę coś innego, nieważnego. Nieważnego? Skąd! Piłka nożna, gra, sport, rywalizacja, radość, smutek, zmęczenie i zwykłe szczęście. Wiele słów, a mogę przecież napisać po prostu pasja, prawda? Piszę: pasja. To, co widzę, to pasja. Moja. Najbardziej osobista, jak się tylko da, choć przecież dzielę ją z milionami innych osób na świecie.

Zamykam oczy i widzę to, co daje mi radość i satysfakcję. To, co w jakiś sposób kocham. Zamknij oczy. Znów. Tym razem naprawdę, a co mi tam. Na trochę. 5... 4... 3... 2... 1... Starczy. Co zobaczyłeś? Ciii, nie mów, zaraz do tego wrócimy.

Twoje życie to słoik. Praca, dom, dziewczyna czy chłopak, a może żona czy mąż, szkoła, nauka, przyjaciele - to wszystko, to kamienie. Kamienie, które wkładasz do słoika. To bardzo ważne rzeczy, więc kamienie są dość duże, wchodzą bez problemu do słoika, ale zostaje jeszcze trochę miejsca. Trochę, czyli tyle, że widać luki, ale duży kamień już nie wejdzie. A co wejdzie? Piaseczek! Piasek - Twoja pasja. Hobby, zainteresowania, namiętności, ciągoty, zapędy, próby. Pasja. Na co czekasz? Syp.

Teraz Twój słoik jest szczelniej wypełniony. Celowo nie napisałem pełny, bo wcale nie musisz wsypać tyle piasku, ile wlezie. Wsyp tyle, ile chcesz. Ale wsyp. Są miejsca, gdzie nawet małe kamyczki nie wejdą, a piasek się zmieści. Nie żałuj! Syp.

Twoja pasja to Twój skarb. Wszystko może nim być, bo to Ty robisz z niego coś cennego. Czasem zamykasz oczy i widzisz to, na co przed chwilą spojrzałeś. To, o czym myślałeś. Albo to, o czym bałeś się pomyśleć. Nawet gdy nie patrzysz, nie masz chwili wytchnienia. Daj ją sobie. Zamknij oczy i zobacz to, co kochasz. Zbieranie znaczków, robienie zdjęć, jazdę na rowerze, dłubanie w nosie. Pasję.

A jeśli jej nie masz, odpowiedz sobie na jedno pytanie.

Oglądaj od 0:14!