Wczorajszy post cieszy się dużą aktywnością czytelników, jeśli chodzi o komentarze (oczywiście porównuję tylko ze swoim blogiem, przy innych zapewne i tak wypadłbym blado, ale mnie ta liczba cieszy). Miło podyskutować, dzięki. Dziś dodam notatkę znalezioną w telefonie. Jeśli mnie pamięć nie myli, pisałem ją w poczekalni u fryzjerki. Ciekawe, ile myśli przychodzi człowiekowi do głowy w sytuacji, gdy się tego w ogóle nie spodziewamy. Łapcie. Miłej lektury.

Im mniej masz, tym więcej możesz dać.
Ktoś, kto jest w dobrej sytuacji finansowej, może obdarować pieniędzmi. To cenny dar, jednak z pewnością nie najcenniejszy, jaki można dać drugiej osobie. A co jest najcenniejsze, co możesz komuś oddać? Ty i Twoje życie. Czyli to, co masz na pewno, skoro to czytasz. Ty. Twój uśmiech, Twój czas, Twoje życie. To z pozoru nic, bo przecież ma to każdy, a jednak niczego większego dać nie możesz. Taki paradoks posiadania - każdy to ma, a często niełatwo komuś oddać, choć trochę tego.

Kuba cyka.

Witam, nie było mnie już jakiś czas, ale nic straconego. Przez tydzień, kiedy nie pisałem, miałem przyjemność odwiedzać chore osoby w szpitalu. Myślę tutaj o takich "zwykłych" pobytach, czyli badaniach etc. Niestety polska służba zdrowia nie zaskoczyła mnie niczym. Posiłki serwowane pacjentom jak dla mnie są imitacją. Ile potrzeba kalorii dorastającemu człowiekowi? Z pierwszej lepszej tabelki w Internecie wynika, że coś pomiędzy 3000 a 3500. Ładnie. Tylu kalorii potrzebuje dorastający chłopak (dziewczęta mniej o jakieś 700 kcal), czyli pomiędzy 13. a 18. rokiem życia, to jest "idealna" dawka, porcja, jakkolwiek to nazwiemy. W szpitalu podobno nas leczą, leczą, czyli dla mnie "dbają o zdrowie". Jak mogą dbać o zdrowie, jeśli już tak podstawowa potrzeba jak jedzenie nie jest zaspokojona w całości? No bo ile tam tych kilokalorii leży na talerzu szpitalnym? Nie wierzę, że te 3 posiłki dostarczają prawidłowej ilości wartości odżywczych.

I teraz pytanie: kto jest temu winny? Nie wiem. Ale się domyślam. Nie szpital. Bo jak szpital ma wykarmić tych pacjentów, kiedy sam nie ma pieniążków, żeby jedzenie kupić? Więc kto, może NFZ? No już prędzej. Myślę jednak, że NFZ gospodaruje pieniędzmi, jakie dostaje z góry, czyli od rządu, zdaje się. Rząd ma jakąś tam kaskę i jak świetnie pokazuje nie umie jej rozmnażać (nie winię, nie zarzucam, stwierdzam). Przypuszczam, że rozmnażanie państwowej kaski nie leży nawet w kompetencjach rządu, więc absolutnie tego od niego nie wymagam, ale... Gospodarowanie publicznymi, moimi, Twoimi i naszych rodziców pieniędzmi jest z pewnością jego obowiązkiem. I teraz mam pytanie, pytanie, nie zarzut: a ile żarcia dostają więźniowie? Ci, którzy jechali po pijaku rowerem, i ci, którzy zgwałcili i zamordowali dziecko. Teraz jest głośno, bo Trynkiewicz wychodzi na wolność. Odsiedział 25 lat z tego, co słyszałem. Ile to kosztowało Polskę? Nawet nie chcę szukać tej danej w sieci. Cokolwiek bym odnalazł, myślę, że to stanowczo za dużo. I co zrobić z takim człowiekiem? Może inaczej, bo to akurat drastyczny przypadek. Co robić z więźniami? Opłacać ich odsiadki, zapewniać jedzenie i atrakcje typu siłownia, telewizor (jasne, w szpitalu też mają, żeby nie było)? Nie można im przecież kazać zapłacić za swój pobyt w zakładzie karnym, nie przychodzą do więzienia z pieniędzmi, zresztą i tak by przecież nie zapłacili. Więc nie mogą zapłacić, tak? Mogą! Dlaczego nie pracują? Jeśli pracują, to proszę mnie poprawić, chętnie przeczytam jakieś artykuły o tym, jeśli podeślecie. Ja trzymam się jednak tego, że nie pracują. Według Internetu w Polsce siedzi 90tys. osób. Załóżmy, że aż 15tys. jest niezdolnych do pracy. Zostaje 75tys. . Wyobrażacie sobie, jaka to jest siła robocza? Nie każę ich zsyłać do kamieniołomów czy kopalń, ale dlaczego nie wykorzystać ich do innej pracy? Niech nawet jeżdżą na rowerach i produkują prąd (wiecie, jakie rowery mam na myśli). Dlaczego nie? Czytałem kiedyś (wstyd dodawać, że na Bezużytecznej), że w jakimś państwie więźniowie mogą sobie w ten sposób skrócić karę. Pięknie, ale u nas możemy zrobić to jako przymusowe. Dlaczego by nie?

Ale dobrze, rozpisałem się. Wróćmy do szpitala, tutaj w sieci, nikomu nie życzę tego realnego. W jaki sposób można zdobyć pieniądze na wyżywienie pacjentów? Może po prostu szpital mógłby mniej wydawać na... pensje lekarzy. Nie wiem, ile przeciętnie zarabia lekarz, ale rekord miesięcznych zarobków (zapewne wliczając w to prywatny gabinet, może gabinety) w moim 45-tysięcznym mieście wynosi 70tys. zł. Powodzi się, wspaniale, ale to przykre, że w jednym budynku ktoś chodzi głodny, a ktoś trzepie taką kasę. A przecież to jeden przypadek, ilu jest takich, którzy zarabiają połowę tego, ćwierć, czy nawet "tylko" dziesiątą część?

Wystarczy tych cyferek. Może jestem nieobiektywny, pewnie wielu rzeczy nie wiem, ale chętnie się dowiem. Nie umniejszam roli lekarzy, ale dla mnie to chore, że zdarzają się już sytuacje, że na zastrzyk trzeba przychodzić ze swoją igłą - nie żartuję, znam taki przypadek z życia. Nie tylko kalorii brakuje w szpitalu. Jestem ciekaw, co myślą o tym młodsi, starsi, rówieśnicy, więc będzie mi miło, jeśli odpowiecie komentarzem. Póki co, leżąc w szpitalu, musimy liczyć na obiady w słoikach naszych babć, mam i żon. Parafrazując naszą nową Królową Zimy "taki mamy kraj, sorry!".
Byłem pod wrażeniem rozmiarów książki, z którą przyszło mi się zmierzyć, a jednocześnie zacierałem ręce. Nie lubię tych krótkich, poniżej 300 stron, a ta miała przeszło 500. Nie miałem pojęcia, czego się spodziewać. Pierwsze kilka stron i już ktoś ginie. Nie rzuciło mnie to na kolana, ale początek jednak nie taki banalny. W głowie pytanie "i co dalej?". Nie wyszło z niej, aż do ostatniej strony.

Nie ukrywam, dotąd czytałem różne książki i na tle rówieśników mam ich wiele na półce "przeczytane", ale z taką się chyba nie zetknąłem. A może zetknąłem, do jednej mogę ją chyba porównać. "Imię Róży" autorstwa Umberto Eco, mówi Wam to coś? Na początku skojarzyły mi się te dwa tytuły ze względu na rozmiar, oba mają niemal idealnie pięć setek stron. Ważniejsza wspólna cecha to umiejscowienie akcji. W obu przypadkach mamy do czynienia z małą społecznością. A teraz mój wkład w ich podobieństwo - obie dały mi masę satysfakcji po ukończeniu czytania. 

Autorka Harrego Pottera znanego na całym świecie zabiera nas tym razem do realnego świata. Zabiera nas bez zapinania pasów, już na początku ginie Barry, co jest swoistym zawiązaniem akcji i przyczynkiem wielu późniejszych wydarzeń. Świat, który stworzyła Rowling jest taki sam jak ten stworzony przez Pana Boga. Realny do bólu. Pomimo, że książka opowiada tylko o życiu osób, które aktualnie łączy miejsce zamieszkania, to przyznaję się - nie mogłem się od niej oderwać. Im większy numer ma strona, tym większego przyspieszenia nabierała akcja, a we mnie wzrastała chęć przewracania kolejnych kartek. Wydarzenia nie sprawiały, że śmieję się do bólu, raczej przypominam sobie to, co wiem - życie jest brutalne. Brutalne i wulgarne - dokładnie takim przedstawiła je pisarka. Zwykli ludzie i zwykłe problemy, te same mamy na co dzień, a jednak chciałem znać ciąg dalszy. Choć nie dzieje się tam nic nadzwyczajnego, Hagrid nie lata na motorze, a Voldemort nie walczy z Dumbledorem, to nie brakuje dramaturgii. Odważę się użyć pewnej analogii: "Trafny wybór" to coś na modłę Trudnych spraw, jednak opowiedziane w niebanalny sposób, zaopatrzone we wciągającą i nieprzewidywalną (choć oczywiście nie wszędzie) fabułę oraz wyrazistych bohaterów, taka jest różnica + książka zawsze lepsza od filmu, zwłaszcza od... trudnych spraw. Oczywiście porównałem tak nie z chęci ubliżenia autorce, a z chęci zarysowania chociaż tej książki tym, którzy i tak po nią nie sięgną. Każdy może się odnaleźć, w którymś z bohaterów, komuś kibicować, o kogoś martwić. Pomimo tego, że zarwałem niejedną noc (nie mylisz się, zarwałem dwie) na wycieczkę do Pagford, to nie żałuję. Dla kogoś, kto nie lubuje się w fantastyce, lecz szuka czegoś życiowego i dobrego po prostu, "Trafny wybór" z pewnością okaże się trafnym wyborem.

Nie jestem fanem pani Rowling, choć serię o Harrym przeczytałem. Ale muszę przyznać, że to dzieło naprawdę się tej kobiecie udało. Z czystym sercem polecam. I pozdrawiam, zwłaszcza najaktywniejszego komentatora Bartłomieja Szymańskiego. 5!
Witam kinomanów. Tym razem napiszę o produkcji raczej niewysokich lotów, która jednak mi się spodobała. Czasem jak każdy mam ochotę się po ludzku pośmiać i obejrzeć coś, nad czym nie będę się długo zastanawiał. Lokalne kino zaoferowało "Wkręconych", o których słyszałem szczere, a jednak pozytywne opinie. Postanowiłem więc sprawdzić, czy twórcy wznieśli się ponad liczne polskie niewypały komediowe z XXIw. 
Na plakatach widziałem Adamczyka, Opanię i Kamilę Baar (według mnie jedną z ładniejszych polskich aktorek, oczywiście obok Małgosi Sochy). Spodziewałem się czegoś... polskiego. Opania jest mi znany z klasycznego "Na dobre i na złe", które i we "Wkręconych" nie jest zapomniane. Lubię jego rolę w serialu i uważam go za dobrego aktora. I w tym dziele sztuki podobał mi się (bez skojarzeń) najbardziej. Dobrze to sobie pan Piotr Wereśniak wymyślił. Czytałem kawałek innej recenzji, coś o przejaskrawieniu polskiej ksenofobii. Nie sposób tego nie zauważyć, ale ja akurat zupełnie nie na to zwróciłem uwagę. Dla mnie świetnie widać w tym filmie polską mentalność. Jak jej się przyjrzeć z bliska to... i śmieszno, i straszno. Wywalili mnie z pracy? Wyjeżdżam? Pijemy! Może ktoś się obrazi, ale dla mnie to zabawne. Mimo wszystko lubię nasze, polskie świętowanie porażek, które często obfitością znacznie przebija świętowanie zwycięstw. To takie nasze. Prywatny, narodowy folklor.

Akcja dzieje się najpierw na Śląsku, później w Warszawie, a później na południowym wschodzie Polski. Jest zabawnie, ale nie tak, żeby nie było przerwy od śmiechu. Nasi trzej bohaterowie... a właśnie, jeszcze Wam ich nie przedstawiłem. No więc jest sobie Adamczyk - Franczesko, Opania - Fikoł i Paweł Domagała - Szyja. Nasi trzej bohaterowie pracują razem w fabryce samochodów, ale zostają zwolnieni i postanawiają to "świętować" w stolicy. Jak to w polskich komediach (i realiach) budzą się na kacu i ruszają w drogę powrotną, zapłaciwszy wcześniej kosmiczny rachunek. Żeby nie wymknął mi się jakiś spoiler, to powiem tylko, że droga do domu nie jest drogą prostą, a dlaczego, to sprawdźcie sami...

Warto poświęcić te kilkanaście peelenów, coby obejrzeć coś nowego, śmiesznego i bez przesłania moralnego. Coś z czego cytaty możemy sobie przypominać, wykonując zwykłe czynności. Zapraszam do kin. Życzę udanego seansu.

"I zdrowia, bo zdrowie najważniejsze!"
Nie piszę z reguły o tym, co robię na co dzień. Jasne, podzieliłem już się nie jedną przeczytaną książką, czy przesłuchaną płytą, a nawet relacjami z wyjazdów, zwłaszcza stąd , jednak nie należę raczej do tych, którzy piszą "hej, dziś wstałem o 7 i poszedłem na zakupy, kupiłem te spodnie w łiserwd". Dziś jednak skrobię o swoim, jakby nie patrzeć, "premierowym" doświadczeniu. Nie wiem, czy to wielki wstyd, że byłem dopiero pierwszy raz w filharmonii. 

Wchodząc nie byłem zaskoczony, wszystko tak, jak w teatrze, panowie sprawdzający bilety i panie odbierające płaszcze, klasyka. Wraz z przekroczeniem progu sali koncertowej zobaczyłem pierwszych muzyków. Smyczki, a jakże. Jak się później okazało, smyczkowych było najwięcej (mam nadzieję, że oczy mnie nie oszukały, a ja Was). Kilka chwil po 18 na sali byli już wszyscy, wszyscy oprócz dwóch panów opisanych w programie koncertu: Lionela Bringuier'a oraz Gautiera Capucon'a. Wierzę, że dobrze odmieniłem nazwiska. Pierwszy z nich to dyrygent, drugi natomiast gra na wiolonczeli. 

Nie miałem określonych oczekiwań, co do koncertu. Nie znam się na muzyce klasycznej, chciałem po prostu, żeby mi się podobało. Biorąc pod uwagę moje indywidualne, ać raczej niezbyt wygórowane oczekiwania, artyści podołali. Występ rozpoczął się od krótkiego utworu. Popis dał pan od wiolonczeli, któremu przygrywała Orkiestra Filharmonii Narodowej. Po wielkich brawach przyszedł czas na kolejną porcję muzyki. Było nieco... dłużej, ale naprawdę rozsądnie czasowo i nudzić się raczej nie dało. Dyrygent to istny wirtuoz, a muzyka musi być jego pasją, chwilami, dyrygując, wykonywał ruchy podobne do tańca w klubie po zażyciu czegoś odurzającego. Wywołało to uśmiech na mojej twarzy, jednak byłem też pełen podziwu dla jego profesjonalizmu i emocji, które wkłada w występ. Po drugim utworze była przerwa. Trwała może kwadrans. Na koniec doświadczyłem, jakby nie patrzeć, najtrudniejszej dla mnie części, bo najdłuższej. Może to zabawne, ale jak na początek, to te dwa pierwsze utwory zupełnie by mi wystarczyły. Cieszę się jednak, że zasmakowałem i tego ostatniego, bo wystąpił w nim Chór Filharmonii Narodowej. Dla mnie i tak najlepiej wypadł wiolonczelista. Na drugim miejscu jest blondyn od walenia talerzami. Ciekawa robota Wam powiem, choć, jak mówi moja dziewczyna, trzeba i tego się nauczyć, a taki pierwszy lepszy ja by tak nie zagrał. Wierzę na słowo.

Podsumowując warto spróbować czegoś nowego, zwłaszcza, że bilety do filharmonii są tańsze, niż się spodziewałem. Coś ok. 30 złotych, a może i mniej, więc raz w życiu można zrezygnować z filmu w 3D i nachosów, żeby posłuchać czegoś, czego się zazwyczaj nie słucha. Wielki szacunek dla tych muzyków, bo naprawdę widać, ile siebie wkładają w każdy koncert; pracują na to latami. Taki, dajmy na to, wiolonczelista, ten Gautier Capucon ma 31 lat, gra od 5. roku życia. Cieszę się, że miałem okazję poobcować z wyższą kulturą. Nie przeżyłem tam takich emocji, jak np. podczas meczu Polska-Grecja, ale z pewnością nie był to czas stracony. Polecam wszystkim, zwłaszcza tym, którzy jeszcze nigdy nie byli. 5!

PS. Jasne, możecie posłuchać tych samych utworów na youtube, ja też słuchałem. Komputer nawet z najlepszymi głośnikami nie oddaje w choćby 20 procentach tego, co słychać w sali koncertowej.
Nieco na przekór ostatniemu z komentarzy "odezwanie się dziennikarza w telewizji tematem na cały wpis ? troszkę przesada" znów napiszę o tym, co ktoś powiedział. Tym razem nawet nie w telewizji, a w radio!

Jadąc rano samochodem (nie, nie prowadziłem, Hondę ma kto inny, pozdrawiam I MIB), usłyszałem w RMF FM (chyba, ale tak zupełnie to bym ręki nie dał uciąć) coś w rodzaju:

Bla, bla, bla, he he, afera na Krakowskim Przedmieściu, bo ktoś otworzył klub go go. Oczywiście ogromny sprzeciw duchownych i.. he he, heca proszę państwa, i kombatantów sprzeciw! Hehehe, a to ci dopiero. Ale może coś się uda zdziałać. Spróbujemy załagodzić. Może uda się dla panów kombatantów uzyskać jakąś zniżkę, oczywiście panów kombatantów pozdrawiamy i nie umniejszamy zasług. Dryń, dryń, dryń (dzwonią do prezesa czy tam kogoś z tego klubu). 
- Nie obudziłem?
- Nie, nie, bla bla.
- Reprezentuję związek kombatantów. Coś tam, coś tam. Pana firma jest zamieszana w aferę i moja, bla bla...
W tym momencie koleżanka, jadąca z przodu, zmieniła częstotliwość i więcej już nie usłyszałem.

Do szydzenia z Kościoła Katolickiego jestem przyzwyczajony. To smutne, ale w Polsce tak już jest, że z księży i katolików się śmieją. Szkoda, że nie umiemy się bronić. Tzn. szkoda, po prostu z muzułmanów nikt tak nie szydzi, każdy chce żyć, a oni się nie pierdzielą, pach, pach, kosa w brzuch. Nie generalizuję, oczywiście przejaskrawiłem i nie uważam, że islamiści to tylko terroryści itd., ale nie oszukujmy się, każdy chce żyć w spokoju i woli z nimi nie zaczynać. Oni nie boją się swojej wiary, ani wyznawać, ani bronić i w mojej ocenie robią to bardzo gorliwie. Nie wzywam chrześcijan do przemocy, ale brońmy wiary. Dobra, rozgadałem się, a nie o to mi chodzi. Z Kościoła się śmieją i to jest... codzienność. Ale z kombatantów? Nie wiem, kto prowadził ten program, ale gdyby nie Ci kombatanci, z których się śmiejesz, to nie mówiłbyś gnoju po polsku. Gdybym usłyszał takie słowa z ust trzynastolatka, to "zaswędziałaby mnie ręka", ale nie zdziwiłbym się szczególnie. Ale przecież ten program prowadzą dorośli ludzie, najprawdopodobniej wykształceni. Gdzie jest ich szacunek do starszych, do bohaterów, do ojczyzny, do czegokolwiek? Przypuszczam, że zarabiają krocie tego, co kombatanci dostają jako emeryturę czy rentą. Nie pytam o sprawiedliwość, pytam o normalność. No gdzie?

Być może ktoś z Was wysłuchał tego programu do końca, a może nawet dysponuje jego nagraniem. Podrzućcie to w komentarzu albo wiadomości na fejsie. A jak ktoś słuchał i pamięta dokładniej, co mówili, to też niech napisze, warto uzupełnić moje luki wypełnione "bla bla". Poza tym dzięki wszystkim, którzy polubili fanpejdża na fejsie. Jeśli podoba Ci się to, co piszę to zapraszam do częstszego komentowania, bo trochę mi brakuje Waszego spojrzenia na to, lepiej jednym słowem, niż wcale. Chętnie wysłucham wszystkich propozycji poprawek, udoskonaleń i wytkniętych pomyłek czy błędów. Będzie mi też niezmiernie miło, gdy zaprosicie kogoś tutaj lub na fanpejdża. Dzięki za każde wyświetlenie i tekst doczytany do końca, tak jak ten. Pozdrawiam Kubę Chrostowskiego, który regularnie użycza mi swoich zdjęć. Jest też autorem zdjęcia w tle z Facebooka Minus 3 dioptrii. Za udostępnienia też dziękuję. Pół roku temu założyłem tego bloga, nazywając go pierwotnie Myśli, obserwacje, przypadki. "Moje dziecko" dziś wygląda i nazywa się nieco inaczej. Zaczynałem tak. Dajcie znać, co myślicie o Minus 3 dioptriach. 5!

PS. I szanujcie tych, którym zawdzięczacie wolność i orła w godle.
Miałem marzenie. Później plan. A teraz wspomnienie mam. Sialalala. Chciałem być dziennikarzem - tak wprost. Lubię pisać, dlatego to czytasz. Chciałem być dziennikarzem, takim wiecie z prawdziwego zdarzenia. Dziś już nie myślę o tym poważnie - trudno z tego wyżyć. 

Wpadłem na youtubie na materiał z telewizji Polsat. Program "Tak czy Nie" z udziałem Krzysztofa Bosaka i Roberta Leszczyńskiego. Bosak - Ruch Narodowy, Leszczyński - od Palikota. Jak widać pojedynek nie mógł być nudny i oczywiście nie był. Tematem było karanie kibiców, race, zamykanie stadionów, wiecie - KIBOLE. Nie jestem wybitnym specjalistą, ale trochę się tym interesowałem, więc z uwagą obejrzałem cały odcinek, obejrzyj i Ty:
W ringu Polsatu zasiedli dwaj panowie o skrajnie różnych poglądach. Mieli się bić, na słowa (te kulturalne oczywiście), na argumenty, przykłady. Punktować się mieli. Oglądam, oglądam, słucham. I nagle "co jest?!", miała być niezła jatka, a zrobiło się 2 na 1. Leszczyński się jąkał, coś tam mówił po swojemu, przerywał Bosakowi, a tu się wtrącił redaktor prowadzący i zaczął punktowanie Bosaka. Tzn. punktowanie - usiłował punktować, no bo czego tu wymagać, kiedy Bosak miał po ludzku rację. I tutaj wracam do mojego marzenia. Kto to kurcze jest dziennikarz? Myślałem, że to taki Max Kolonko - mówi jak jest(nie chodzi mi o Maxa, tylko o mówienie jak jest, dla jasności). Relacjonuje, obiektywnie przede wszystkim. A jeszcze bardziej przede wszystkim powinien być szczery. I uczciwy. Jeśli zaś prowadzi dyskusję pomiędzy dwoma panami, to nie powinien się wtrącać. Jeśliby tamci sobie patrzyli czule w oczy i się zgadzali to rozumiem, ale kłóci się dwóch facetów, a nasz obiektywny redaktor pomaga w dyskusji jednemu, nie ukrywajmy, pomaga lewakowi. Czemu mnie to boli? Bo jestem po prawej, to jasne. Ale tym razem chodzi mi o coś więcej, dla mnie dziennikarz nie może się wtrącać. Więcej, dziennikarz ma nie mieć swojego zdania, przynajmniej dopóki jest na wizji. Jak chce głosić swoje tezy - proszę bardzo, niech się uzewnętrznia w książkach, albo niech sobie pisze bloga tak jak ja. A co widzimy w telewizji? W telewizji widzimy zgraję lewaków, nielicznych, naprawdę nielicznych prawicowców (mówię o telewizji ogólnodostępnej, publiczna, TVN, Polsat), może kilku obiektywnych (pokaż mi ich, chętnie się przyjrzę) i na samym szczycie tego towarzystwa pseudodziennikarza Lisa, pamiętacie jeszcze to klik?
Redaktor ma pytać, słuchać i się nie odnosić. Może dopytywać. Ale nie może kwestionować tez, chyba, że to coś skrajnie złego, np. komucha ma przed sobą czy rasistę. Nie jestem obiektywny, ale nie jestem dziennikarzem, sorry Winnetou. Wolność Tomku w swoim domku. Mogę tu pisać, co tylko zechcę. Nie podoba mi się zachowanie dziennikarzy, którzy wchodzą do studia z zamiarem udowodnienia swemu gościowi jego błędu. Niech to robią prywatnie, na wizji chcę wiedzieć, co ma do powiedzenia Leszczyński i Bosak, a nie prowadzący. A że Leszczyński się jąka, nie Polsatu interes - mógł się lepiej przygotować.

Jestem ciekawy, co Wy o tym myślicie. Podzielcie się swoim zdaniem w komentarzu, będę wdzięczny. 5!
Dziś znów o filmie, "aż" drugi raz z rzędu. Co za kombo, nie? A tak poważnie, to tym razem wybrałem się do kina, nie przed telewizor. Hobbit: Pustkowie Smauga. Brzmi czarująco, to w końcu fantasy. Na seans z dubbingiem (tak, tak, ja też wolę napisy, serio) przyszło całkiem sporo osób, jak na ciechanowskie kino. Moje krótkowidzące oko oceniło stan publiczności na połowę limitu miejsc siedzących, więc całkiem, całkiem.
Bilety po 20zł, a jakże w 3D przecież! No ale udało się kupić ulgowe, za jedyne 16 PLN. Ale dobrze, dość o pierdołach. Do filmu oczekiwania miałem... żadne. Pierwszą część widziałem, też w kinie, też w ciechanowskim i też w 3D i byłem zadowolony, choć mojej opinii "książka i tak lepsza" twór Petera Jacksona nie złamał. Część druga również nie poruszyła mojej zasadniczej faworyzacji książki, co więcej na świeżo na obejrzeniu drugiej części na usta pcha mi się typowe hejterskie "jedynka lepsza!". Dlaczego?

Ktoś mi mówił, że to najdroższa produkcja w historii kina. Nie wiem, czy to prawda. Tak czy siak, w ten film na pewno włożono spory kapitał. Kapitał spieniężony oraz kapitał ludzki. Legolasa gra  ten sam aktor, co we Władcy Pierścieni, a jeśli nie, to znaczy, że znacząco pogłębiła mi się wada wzroku. Gandalf też wcale podobny, ale może broda mi przesłoniła jego prawdziwe oblicze (jak bardzo poetycko to brzmi, prawda?). W każdym razie (bez bądź, humaniści na pewno wiedzą, co mam na myśli, a może i naukowcy czy matematycy pokuszą się o interpretację, w końcu sam jestem podobno matematykiem)... O czym to ja? A! W każdym razie aktorzy dobrani... prawidłowo. No bo czego tu oczekiwać, że Bilba zagra ktoś inny? Grają chyba dobrze. Piszę "chyba", bo oglądałem z dubbingiem, więc emisji głosu czy też innych akustycznych mankamentów nie ocenię. Nie będę też oceniał fabuły, bo ta w dużej części pokrywa się z książką Tolkiena i oczywiście uzupełnia (choć nie do końca, będzie przecież trzecia, finalna zdaje się, część) Hobbita: Niezwykłą podróż. Efekty specjalne mogą zrobić wrażenie, są dopracowane (dla mnie, przeciętnego widza) przyzwoicie, na pierwszy rzut oka naprawdę nie ma się czego przyczepić. I tutaj dochodzę do tego, co chcę powiedzieć już trzeci akapit. Nudny ten film. Gdy Bilbo dotarł do skarbca w górze Erebor i gania się ze smokiem, a później jak już cała kompania gania się ze smokiem, to robi się monotonnie. Smaug zionie ogniem, rozwala, zionie ogniem, rozwala. A tamci krzyczą, uciekają, uciekają, uciekają, potem coś krzyczą, rzucają, biegną etc. I tak zdawałoby się bez końca, aż obudziłem się, bo zobaczyłem, że ludzie wstają i zapalają się światła. Może ktoś się nie zgodzić ze mną, ale ja jestem siebie pewien - na ciekawym seansie bym nie przysypiał. Jeśli zastanawiacie się czy wydać te dwie dyszki na bilet, to dorzućcie sobie jeszcze drugie tyle, a może krztynę mniej, i kupcie książkę, nie pożałujecie.