Zdjęcie zapożyczyłem stąd
Ostatnie miesiące był wyjątkowo ubogie, jeśli chodzi o aktywność na blogu. Poprzedni post był o tym, że postanowień i zmian nie należy planować na jakieś spektakularne daty, tylko je przeprowadzać. Tymczasem piszę dziś, być może ostatni raz w 2014 roku, żeby oznajmić, że 2015 to rok, w którym wiele się tutaj zmieni.

Nie zdradzę szczegółów, bo nadal są one wyłącznie w mojej głowie, a wielu kwestii wciąż nie sprecyzowałem. Jakie więc będą te zmiany? Radykalne. Będzie zupełnie inaczej.

Odpierając ewentualną pokusę oskarżenia mnie o dwulicowość ze względu na to, że zmiany będą w 2015, a nie teraz: mam świadomość swoich możliwości, znam ograniczenia czasowe i wiem, że pewne rzeczy wymagają czegoś więcej, niż dobrych chęci. Jak już coś ruszę, to z pewnością nie będzie to 1 stycznia.

A dlaczego? A no dlatego, że tego dnia będę poza Polską, więc i tworzenie oraz publikowanie będzie znacząco utrudnione (czytaj: niemożliwe).  Myślę jednak, że zebrane myśli uda się pozbierać i przelać na ekran wkrótce po powrocie.

Czego Wam życzę w 2015 roku? Zdrowia, bo bez tego ciężko cieszyć się życiem. I miłości, bo bez niej życie nie jest już takie samo, jest po prostu gorsze. Niech nie brakuje pieniążków. Powodzenia w szkołach, pracach, ale przede wszystkim w relacjach z innymi ludźmi.

Czego życzę sobie? Żeby plany odnośnie bloga się spełniły i żebyśmy wszyscy spotkali się na nim wraz z Waszymi przyjaciółmi, rodzinami i nieznajomymi już w karnawale.

Przerwa świąteczna. Zostańcie z nami.
Źródło: unsplash.com
Z czym kojarzy Ci się Sylwester? Koniec roku. Wspaniała zabawa. Koncerty. Polsat. Dwójka. Fajerwerki. Można by tego trochę wymienić. Ludzie wtedy piją sporo alkoholu, ale i się cieszą - zwyczajnie cieszą. Jedni mówią, że z tego, że przeżyli kolejny rok. Co bardziej marudni, że powodem jest kolejna jedynka na liczniku przeżytych lat. Rok się kończy i rok się zaczyna. Jest tak "okrągło". Tak więc miliony, jeśli nie miliardy przedstawicieli homo sapiens na całej kuli ziemskiej podejmują się sformułowania "postanowień noworocznych".

I nie ma co się oszukiwać. Ogół tych postanowień nie dotrzymuje, a poza ogółem w ogóle nikogo nie ma. Jaki więc sens mają te postanowienia noworoczne? Może jakiegoś tam dałoby się doszukać. Że wtedy pokazujemy, czego naprawdę chcemy, że niby postanowienia te uwidaczniają naszą chcę zmiany. Ale szczerze? Nie łykam tego.

Bo co to znaczy pokazujemy, że coś chcemy? Powiedzieć czy też napisać na fejsie (#znakczasu), że od dzisiaj to ja nie palę alkoholu i więcej nie wezmę matematyki do ust, to żadna sztuka. Na trzeźwo czy niekoniecznie, to nadal żaden wyczyn. Przecież zaczyna się kolejny Anno Domini. Trzeba coś tam obiecać. I tak do Trzech Króli pamiętać, co się obiecało, bo przez ten prawie tydzień ktoś inny może nie zapomnieć, a przypał byłoby zdradzić się, że postanowienia noworoczne są tak samo ważne jak postanowienia noworoczne z zeszłego roku. Czyli wcale.

Ale czego ja właściwie chcę o tych postanowień? Niczego. Są super. Serio, bez ściemy. Bardziej irytujący jest człon "noworoczne". Prawda jest taka, że 1 stycznia jest tak samo dobry, żeby zacząć biegać, a przestać jeść hamburgery, jak 5 lutego, 8 kwietnia i 30 lipca, a nawet 11 listopada. Każdy dzień jest dobry, żeby coś zmienić i naprawdę nie potrzeba tego robić przy opadającym konfetti czy wzlatujących fajerwerkach. Oklaski nie są potrzebne do podjęcia decyzji.

Wracając jeszcze na moment do tych pseudoargumentów, że postanowienia noworoczne pokazują, czego w głębi dusz byśmy chcieli. A gdzie tam. Tutaj ewidentnie nie pasuje słowo "chcieć". Może "życzyć sobie" tak, ale nie "chcieć". Kolega kiedyś mi powiedział "Jak się czegoś naprawdę chce, to wszystko się da.". Może jest to truizm, banał czy zwyczajne kłamstwo. Jednak wiele razy się przekonałem, że to zdanie odnajduje pokrycie w życiu. Kiedy naprawdę na czymś zależy, to zrobi się wszystko co możliwe, by to osiągnąć. I nie ma tłumacznie "eee, noo boo tak ciężkoo jeest, i tegoo, noo, noo nie moja wina". Twoja.

I na zakończenie. Grudzień się kończy i za moment będzie ten 2015. Wtedy na pewno wszyscy rzucicie palenie i zaczniecie biegać nawet między zupą a kotletem, ale po co czekać do 1 stycznia? Carpe diem. Zrób to dziś.
Wczoraj do ciebie nie należy. Jutro niepewne. Tylko dziś jest twoje.
Źródło: tutaj
Kilka razy nawiązywałem już na blogu do skarbu polskiej fantastyki, jakim jest pięcioksiąg Andrzeja Sapkowskiego znany jako "Wiedźmin". Dla mnie, o czym również pisałem, przygody Geralta były zdecydowanie najlepszą esencją tego, czym jest dla mnie fantasy. Wygrały z Potterem, pokonały Hobbita, przewyższają Aslana i całą Narnię. Definitywnie - "Wiedźmin" jest najlepszy.

Chyba nikogo nie zaskoczę i nie uświadomię, przypominając, że dzieło Sapkowskiego natchnęło grupę pomysłowych ludzi do stworzenia gry "The Witcher", której trzecia część zatytułowana "Dziki gon" ukaże się w 2015r. Polacy próbowali nakręcić również serial, ale z tego co wiem były to próby dość nieudolne (sam serial oczywiście został ukończony, ale jego poziom względem bazowej powieści pozostawia wiele do życzenia). Opowiadania fanów, prace plastyczne czy nawet przebrania. "Wiedźmin" inspiruje w naprawdę wielu kierunkach.

Mnie oprócz kilkudziesięciu godzin w świecie innym, niż ten otaczający, Sapkowski zapewnił materiał, jaki mogę wykorzystać na blogu, na fejsie, a wreszcie w rzeczywistym życiu. O czym mowa? O treści, a dokładnie o wielu wspaniałych cytatach. Niektóre to "zwykłe" mądrości, które wywołują uśmiech niemal na każdej twarzy. Inne są niebanalnymi konkluzjami, a jeszcze kolejne to takie przypominajki prawd wszystkim wiadomych, a często pomijanych.

13 miesięcy temu pisałem o ścigającym nas mieczu przeznaczenia, który ma dwa ostrza, a jedno z nich to Ty. Dziś moją uwagę przykuł inny fragment sagi. 
Zawsze trzeba działać. Źle czy dobrze, okaże się później. Żałuje się wyłącznie bezczynności, niezdecydowania, wahania. Czynów i decyzji, choć niekiedy przynoszą smutek i żal, nie żałuje się.
Ileż w tym prawdy. Ile razy żałujemy czegoś, bo nie spróbowaliśmy. Nie podnieśliśmy rękawicy, nie podjęliśmy się wyzwania. Ile razy zrobilibyśmy coś inaczej, gdyby można było cofnąć czas. Zaryzykowalibyśmy.

Przecież często popełniamy błędy, ale czy bierność nie byłaby jeszcze gorsza? Każdy ma własne życie i jeden woli narazić się na wyśmianie i zyskać popularność, a drugi być zawsze na uboczu niezauważonym, ale i nienarażonym na szyderę. Ktoś chce robić to, co kocha i ryzykuje, gdy inni idą głównym nurtem, wybierają to, co pewne, ale nie mają szans zajść tak daleko jak ryzykanci.

Choć z natury lubię próbować nowych rzeczy, jestem ciekawy świata i nie należę do bojaźliwych czy wstydliwych, to i mnie zdarzało bać się jakichś wyborów. Zwłaszcza tych, od których nie ma odwrotu. Czasami to były strzały w samą dziesiątkę, innym razem ewidentne pomyłki. Ale powiedzieć, że ich żałuję, nie mogę. Żałowałbym, gdybym tych decyzji nie podjął. Zdecydowanie.
Źródło: niezawodny unsplash.com
Iluż to świat przynosi idoli, wzorów, autorytetów. Kolejni ludzie sukcesu wypływają na szerokie wody, a my dowiadujemy się o nich za pośrednictwem telewizji, gazet lub Internetu. Ktoś kto osiągnął szczyt, hm? O kim pomyślałeś? Steve Jobs? Mark Zuckerberg? Może Eminem czy Serj Tankian? A może Aleksander Macedoński?

Jest cała masa ludzi, którym można zazdrościć ich sukcesu. I pewnie zazdrościsz, jednak robisz to tak delikatnie, subtelnie, żeby się przy tym nie spocić. Jednak czasem coś sprawia, że rodzi się prawdziwa zazdrość i płonie niczym Londyn w 1666. A potem śmierdzi zawiścią. Co to takiego? Powinieneś raczej spytać kto to. Chodzi o osobę z niedalekiego otoczenia, między Tobą a tymże człowiekiem nie ma już takiej przepaści jak między Tobą a Rihanną czy Robbenem. Znasz go dobrze albo prawie wcale. Widujesz czasem, wiesz jak się nazywa. I wszystko idzie dobrze, aż tu nagle on osiąga sukces. Jak to!? To nie do pomyślenia. Komuś z Twojego otoczenia się udało i to nie jesteś Ty?

Co z tego, że pracował na to latami?
Co z tego, że zasłużył na to i że jest fantastycznym człowiekiem?
Co z tego, że ja nie zrobiłem nic, żeby się wreszcie podnieść sprzed komputera?
Co z tego, że nie obnosi się z sukcesem i gdyby nie powiedziała mi cioteczna koleżanka jego przyrodniego znajomego, to nigdy bym nie wiedział?

Tak nie może być. To ja mam być najlepszy. Na pewno mu wyszło, bo sobie załatwił. Na pewno.

Ludzie, którym się udało, najczęściej włożyli w to dużo poświęcenia i trudu. Powinni być może nie tyle wzorem, bo nie każdy musi być zaraz wynalazcą i naukowcem, co inspiracją. Jeśli Twoje ambicje istnieją, to popatrz - można! Zamiast złościć się, że on ma to pierwszy, pierwszy na to wpadł i pierwszy się tego nauczył, weź się do roboty. Niech cudzy sukces będzie inspiracją, a nie miejscem zapalnym. Spróbuj, a zobaczysz, że do jego sukcesów dołączą Twoje. Csii, ani słowa. Po prostu wstań i idź po swoje.

Nie pierwszy raz korzystałem z opcji preorder przy zamawianiu krążka jednego ze swoich ulubionych artystów, ale nie przypominam sobie, żeby płyta dotarła do mnie kiedykolwiek przedpremierowo. Tym razem uśmiech na mojej twarzy wywołała paczka z dziełem artysty znanego i cenionego, choć według wielu jego twórczość straciła na wartości poprzez nawrócenie. Oczywiście chodzi o Tau, który wcześniej nagrywał pod pseudonimem Medium.

Do dziś w sieci mogliśmy znaleźć 3 single zapowiadające "Remedium". Dziś Tau udostępnił kolejny kawałek o tytule takim samym jak nazwa całego lonplay'a. Album, którego oficjalna premiera nastąpi jutro, stanowi dla wielu pewną zagadkę, ponieważ będzie on pierwszym cedekiem wydanym pod nowym pseudonimem.

Jak wskazuje nazwa "Remedium" projekt ten jest rozliczeniem z dotychczasową karierą artystyczną firmowaną pseudonimem Medium. Opublikowany dziś utwór to nie jedyny kawałek z płyty, w którym Tau nawiązuje do własnej twórczości.

Poza follow up'ami do siebie samego tak naprawdę możemy liczyć na tematykę znaną, choć ujętą w inny sposób, niż widzieliśmy do tej pory. Oczywiście na płycie znajdziemy też utwory, które zaskoczą. 

Przykrym zaskoczeniem dla fanów (również dla mnie) była zamiana jednego z gości - KęKę na Kaliego. Mimo wszystko nie mogę zaprzeczyć stwierdzeniu, że numer ze wspomnianym raperem nie odstaje od pozostałych, choć dla mnie osobiście strofy Tau są zwyczajnie lepsze od tych nawiniętych przez byłego członka krakowskiej Firmy.

Na krążku znalazło się miejsce również na ciekawy storytelling. Narracja Tau pozwala utożsamianie się z wersami, które napisał. Na tym polega chyba sztuka, żeby odnaleźć siebie na trackach, które dostajemy od kieleckiego artysty. Gościem nieogłoszonym, który pojawia się w kilku utworach jest Jezus. To do Niego nawiązuje Tau, czego można się spodziewać po przesłuchaniu chociażby singli.

Szanuję ciężką pracę, jaką wykonał Tau tworząc "Remedium" (poza tekstami jego autorstwa są również niektóre instrumentale), dlatego nie chcę zdradzać zawartości krążka, który oficjalnie wychodzi 3 grudnia.

Czego można się spodziewać na płycie?
  • Świetnego flow, za które doceniany był Medium i za które doceniany jest Tau.
  • Przemyślanych i różnorodnych tekstów.
  • Przekazu i pasuje to w tym miejscu chyba lepiej, niż u jakiegokolwiek innego rapera w Polsce. Tau wie, co chce powiedzieć i robi to w fantastyczny sposób. Przykład? Logo Land.
  • Materiału przez wielu określanych jako lepszy od tego na "Graalu", więc siłą rzeczy lepszy również od Egzegezy (zdecydowanie). Jako słuchacz, który pamięta dobrze czasy, kiedy wychodziła "Teoria Równoległych Wszechświatów" nie podejmuję się udzielenia odpowiedzi na pytanie, która z wspomnianych płyt jest lepsza. Obie są inne, jednak "Remedium" jest zdecydowanie dojrzalsze.


Jeśli chodzi o sposób wydania płyty, to jest taki sam jak w przypadku pierwszego legalnego krążka Piotrka, czyli "Teorii Równoległych Wszechświatów" oraz pierwszego albumu wydanego przez wytwórnię Bozon Records - "Egzegezy", a mianowicie jest to książeczka w twardej okładce z płytą umieszczoną na końcu w kopercie.

Jeśli miałbym przyznawać punkty tej płycie, to uwzględniając wszelkie aspekty daję jej 8 na 10. Pamiętajcie jednak, że przesłuchałem ją jedynie raz, więc ocena może ulec zmianie, choć jestem pewien, że w tym wypadku tylko na wyższą. Już jutro sprawdzicie sami! 
Źródło: ericbrown.com/real-world-mobility.htm
Jakiś czas temu miałem do napisania pracę na polski. Tematem był motyw miłości w Biblii. Temat rzeka można powiedzieć, jednak wychodzę z założenia, że każdym, nawet najlepszym zagadnieniem można zanudzić na śmierć, i siebie, i czytającego pracę. Dla mnie kluczem do sukcesu jest pomysł na pracę. Jeśli do pomysłu dodasz chęci, zaangażowanie i wymieszasz, to może wyjść naprawdę smaczne wypracowanie.
Ale, ale. Przecież taki temat, to coś naprawdę poważnego. Wypracowanie, teza i argumenty. To jest porządna koncepcja do stworzenia takiego dzieła. Zgoda, ale moje była nieco inna. Odmienność tkwiła stricte w formie. Napisałem dialog - rozmowę dwóch panów w pociągu z Tel-Awiwu do Jerozolimy. Z ich słów można było dowiedzieć się, jaka ta miłość w Piśmie Świętym jest. Praca została oceniona niemal bardzo dobrze.

Kolejna praca była trudniejsza. Porównać gospodarstwa Dobrzyńskich i Sopliców oraz ich scharakteryzować. Tym miałem się zająć tydzień temu. I znów zrobiłem to inaczej. Tym razem opowiadaniem, w którym członkowie rodziny Kicińskich opowiadają sobie wydarzenia i miejsca z "Pana Tadeusza", zakończyła się moja kilkugodzinna praca. Wypracowanie trzeba będzie napisać jeszcze raz - tym razem forma inna, niż przewidywana nie przeszła.

W obu przypadkach spodziewałem się różnych reakcji ze strony osoby sprawdzającej. Mogła być zachwycona lub bardzo rozczarowana. Mogłem rozbawić lub zażenować. Raz mi się udało, za drugim razem nie. Wiedziałem, że coś nieszablonowego wiąże się z ryzykiem i za to ryzyko przyjdzie mi jutro zapłacić, gdy będę powtarzał pracę. Jednak nie żałuję ani trochę. Wręcz przeciwnie - cieszę się, że potrafiłem wzbić się na własne wyżyny i zrobić coś inaczej, może ciekawiej, zwłaszcza, że wymagało to dodatkowego wysiłku.

Jeśli chcesz się wyróżnić, chcesz zrobić coś inaczej, lepiej, bardziej oryginalnie, niż pozostali, musisz zaryzykować. W różny sposób ludzie zareagują, ale wybicia się ponad schemat już nikt Ci nie zabierze. Pamięci w oczach nauczyciela, szefa czy całej społeczności. Ryzykuj. Jeśli nikomu nie robisz w ten sposób krzywdy, to zaprocentuje w przyszłości. Prędzej czy później. Ale zaprocentuje.
Źródło: unsplash.com
Jak mantra wraca w mediach temat zmiany kanonu lektur szkolnych. Świat idzie do przodu i edukacja także musi się dostosować do dzisiejszych realiów. To zrozumiałe i nie ma w tym nic złego. Okej. Tylko dlaczego te zmiany mają polegać na wyrzucaniu dzieł ambitnych i zastępowaniu ich lekkimi, przyjemnymi, nie ukrywajmy, książkami niższych lotów?

Jakiś czas temu usłyszałem o pomyśle wycofania fragmentów "Pana Tadeusza" z gimnazjum, bo uczniowie nie są w stanie docenić wartości tego dzieła. Bynajmniej. Jak mogą być w stanie, skoro cały czas chcemy obniżać poprzeczkę i wymagania? Dlaczego mamy być głupsi? Gimnazjum to trudny wiek, jasne, człowiek wtedy dojrzewa, buntuje się. Wybornie. Ale dlaczego nie dać mu szansy (szkoła jest szansą - brzmi jak slogan) na poznanie wybitnych pozycji literackich na tym etapie edukacji? Dlaczego nauczyciel ma pozwolić uczniowi rozleniwić się do tego stopnia, że w liceum już nawet nie pomyśli o przeczytaniu jakiejkolwiek książki?

Wracając do przedostatniego zdania poprzedniego akapitu - w szkole powinniśmy poznawać dzieła wybitne, wyselekcjonowane, najlepsze. Konsultowanie z uczniami wyboru lektur nie ułatwia tego, zwłaszcza z osobami w wieku gimnazjalnym. Co może taki człowiek zaproponować nauczycielowi? Dziady? Krzyżaków? Pieśń o Rolandzie? Nie. Raczej Wiedźmina, Metro, może Millenium, w porywach Małego Księcia, którym nie zachwyciłem się ani trochę.

Tradycjonalista - powiecie. Mogę być i tradycjonalistą, ale, kurczę, nie róbmy tak na siłę z tych dzieci idiotów. Myślicie, że jak w szkole będzie Harry Potter zamiast Mickiewicza, to po przeczytaniu powieści o chłopcu z różdżką ktoś sięgnie po Wallenroda i Ostatni zajazd na Litwie? Sięgnie. 1 na 1000, albo 3 na 1000.

Tendencja do dostosowywania się do oczekiwań uczniów doprowadzi do wyprowadzenia ze szkoły książek, a wejdą obowiązkowe gry do przejścia. "Co sądzisz o Prologu w The Witcher II? Przeanalizuj walory graficzne gry." Mam nadzieję, że przesadziłem.
Źródło: Flickr
Zaniedbałem pisanie tutaj na rzeczy czytania mądrych rzeczy o starożytnej Grecji, o poleis, Sparcie, Atenach i Aleksandrze Macedońskim. Wojny grecko-perskie były całkiem ciekawe. Kiedyś jednak lektura nawet najmądrzejszych dzieł musi zostać przerwana i tak stało się nie dalej jak przedwczoraj. Wracam więc do mojego lifestyle'owego dziecka. 

Jeszcze przez dobre parę lat, jeśli nie dekadę, jeśli nie wieczność nie będę aspirował do miana biznesmena, jednak nawet zwykłym licealistom zdarza się potrzeba wyjścia z domowych czterech ścian z balastem sprzętu elektronicznego wykraczającego poza tradycyjną komórkę. Trzeba wziąć ze sobą komputer! Wow! Tak dorośle! A jak dojrzale! A jaki to człowiek ważny, skoro nosi ze sobą komputer. Więc wyszedłem. Z komputerem.

I doszedłem tutaj - do właściwej części tego wpisu. Nie przeczytałby go prawdopodobnie nikt poza mną, gdy nie... Internet. O niego się rozchodzi w tym tekście. Wiedząc, że będzie mi potrzebny poza domem i jednocześnie zdając sobie sprawę z braku własnego łącza bezprzewodowego, chciałem sprawdzić, czy mogę liczyć na WiFi w lokalu, na stronie internetowej pizzerii, jaką zamierzałem odwiedzić. Pierwsza strona - o sieci ani słowa, pizze, promocje, napoje, telefon. Przyszło mi więc skorzystać z tego ostatniego i osobiście dowiedzieć się, czy połączenie z siecią w restauracji będzie możliwe. Niestety nie było. Na stronie innego przybytku gastronomicznego sytuacja powtórzyła się aż do momentu pytania o WiFi. Tym razem udało się - "tak, jest" usłyszałem w słuchawce. Lokal wybrany.

Strona pizzerii ma zawierać ofertę potraw do kupienia - to jasne. Warto też dodać zestaw napojów możliwych do zamówienia czy też informacje o aktualnych promocjach. Mamy jednak drugą dekadę XXI wieku i potrzeby klientów się zmieniają. Raz na 1000, 100 a może 10 osób przyjdzie komuś do głowy, żeby dowiedzieć się, czy będzie mógł przy pizzy posiedzieć na fejsie czy napisać tekst na bloga. Dobrym pomysłem jest więc umieszczenie takiej informacji na stronie internetowej lokalu. Restauratorzy - nie zapominajcie o tym. Raz na jakiś czas, w przyszłości może raz na godzinę, to właśnie to zadecyduje o tym, czy Pan Iksiński zje u was lunch.
Źródło: Flickr
Emocje już opadły i prawdopodobnie za kilka dni prawie wszyscy zapomną o 11 listopada, Marszu Niepodległości i grupie amatorów mocnych wrażeń, którzy przez kilka godzin obrzucali policję tym, co wpadło im w ręce. I tak co roku. Marsz Niepodległości to temat, który żyje tydzień przed wydarzeniem i tydzień po. Sam Dzień Niepodległości zazwyczaj jeszcze dłużej. Polacy bezrefleksyjnie przechodzą przez tę datę, jak przez każdą inną. Dla wielu to tylko dodatkowy dzień wolny od pracy. Co bardziej "obywatelscy" ponarzekają na patriotyzm chuliganów, inni na organizatorów Marszu Niepodległości, inni na Bronka, inni na pisiorów. A potem przez rok mają spokój od własnych myśli.

Wszyscy najchętniej wsadziliby na długie lata wojowników sprzed trzech dni. Niewiele by to dało, bardziej przydałaby się kara finansowa, ale zostawmy to. Ich "patriotyzm" oczywiście nie istnieje. Niszczą mienie publiczne finansowane z kieszeni Polaków. To, że innego Polaka (policjant to też Polak, naprawdę) ranią w sumie bez powodu, to kolejny temat, ale powoli przestaje to chyba dziwić. A powinno.

Wina tamtych chłopców jest niepodważalna, jasne. Ale uderzmy się tak szczerze w pierś - jaki jest nasz patriotyzm? 11 listopada wywieszamy flagi. Albo i nie. Idziemy na Msze za Ojczyznę. Albo i nie. Bierzemy udział w apelach pamięci. Albo nie. Słuchamy patriotycznych pieśni i oglądamy historyczne programy. Choć w sumie to niekoniecznie. Na ogół możemy jednak (ja mogę) powiedzieć, że tego dnia o Polsce pamiętamy. O naszych dziadkach, ich dziadkach. Wzrusza nas ojczysty język, potrawy, zwyczaje. I cieszymy się, że jesteśmy Polakami. Wolnymi Polakami. Tak zwyczajnie cieszymy.

Ale to tylko 11 listopada. A pozostałe 364 dni w roku? Jak dbamy na co dzień o Ojczyznę? Tradycję? Powiedzmy tak szczerze. Każdy za siebie, tylko za siebie. Jak szanujemy parki, ulice, szkoły? Interesuje nas historia Polski? Co robimy, żeby ją poznać? A nasz język? Pilnujemy tych wszystkich przecinków i kropek? Ortografia? Kojarzysz temat? Starasz się mówić pięknie? Czytasz po polsku? A polskich autorów? A to, co jest "obowiązkową" lekturą Polaka? Bierzesz udział w wydarzeniach czy eventach? Obchodzisz Gwiazdkę czy Boże Narodzenie? Co zrobiłeś dla Polski w tym roku? 
Źródło: unsplash.com
Uczyłem się przez cały weekend, a powtarzać zacząłem już wcześniej. Chciałem wreszcie przekroczyć 90% i dostać bardzo dobry. Przyłożyłem się tym razem porządnie i liczyłem na wynik, który wreszcie spowoduje uśmiech, a nie doprowadzi mnie do szewskiej pasji. Siedziałem nad notatkami, przeglądałem podręcznik. Czytałem z repetytorium i robiłem więcej, niż kiedykolwiek do tej pory, żeby dobrze wypaść. No i przyszedł ten sprawdzian. Nie wiem co, ale coś się spieprzyło i uwaliłem ten test. Niecałe 80%. To i tak był mój najlepszy wynik, ale w dupie mam najlepsze wyniki. Chciałem chociaż 90%.

Praca poszła na marne. Nie osiągnąłem zamierzonego celu. Wierzyłem, że uda mi się napisać na tyle, ile chciałem. W końcu uczyłem się, jak nigdy. A tu dupa. Krach. I kamieni kupa. Bez sensu było siedzieć nad tym tyle godzin.

Choć uczyłem się, to i tak gdzieś popełniłem błąd. Albo błędem było w ogóle uczenie się, bo tylko straciłem czas. Więcej tak nie zrobię, walę to. Ostatni raz mi odbiło. Że też myślałem, że mogę się nauczyć tego wszystkiego.

W rzeczywistości zmyśliłem całą historię. Zmyślony Ja popełnił gdzieś błąd i nie poszło mu na sprawdzianie tak dobrze, jak miało. A teraz Zmyślony Ja chce popełnić jeszcze większy i rozpędzić swoje chwalebne chęci na cztery strony świata. To będzie duża pomyłka. Zmyślony Ja mógł napisać nawet na więcej, niż 90%. Ale nie napisał. Bo dzień wcześniej powtarzał dopiero od 23. A weekend podzielił pomiędzy naukę i fejsa. Albo raczej je połączył - działał i tu, i tu równolegle. Pominął też niezbędne pojęcia, bo na jednej z lekcji bawił się dobrze z kumplem w ostatniej ławce i nie słyszał wymagań nauczyciela na sprawdzian.

Wystarczy, że Zmyślony Ja wyeliminuje to kilka zbędnych elementów, dopracuje swoje metody przyswajania nowych treści i kolejną klasówkę może dopisać do listy sukcesów. Błąd, który popełnił może mu się przydać, tylko musi go dostrzec i wyciągnąć wnioski. A nie rzucać wszystko i obarczać winą siły nadprzyrodzone, które poprzez osobę nauczyciela ułożyły sprawdzian.

Mogę bardzo wiele. Wymyślony Ja też może bardzo wiele. I Ty też możesz bardzo wiele. Nawet rzeczy, które nie wychodzą pomimo starań. Jak coś kojarzy Ci się z błędem i niemocą, to usiądź i rozłóż to na czynniki pierwsze. Znajdź przyczynę błędu. A potem ją wyeliminuj. Uda Ci się. Tylko nie mów, że nie ma sensu. Bo nie ma sensu tak mówić.
Źródło: unsplash.com
Napisałem niedawno tekst o tym, jak ludzie skupiają się na walce ze złem, zamiast na czynieniu dobra. Ks. Popiełuszko, który może być wzorem nie tylko dla wierzących, mówił "Zło dobrem zwyciężaj", tymczasem wiele osób woli bić się z tym, co niegodziwe, zamiast pomagać, uśmiechać się, cieszyć, być dobrym.

Nie sposób jednak nie zauważyć, gdy ktoś otwarcie zachęca do okazywania swojej... nie wiem, ciemniejszej strony (brzmi to i delikatnie, i patetycznie, ale nic lepszego nie przychodzi mi do głowy). Jedna z popularnych stron na Facebooku w tym tygodniu opublikowała historię jakiejś matki, która przeprowadziła aborcję nożyczkami sama na sobie. Okropne, oburzające i zasługujące na potępienie. To oczywiste. Po co więc wpis okraszać leadem "Gdybyście mogli, jaką karę byście jej wymierzyli?". Nie należę chyba do spiskowców, ale teorie o kryształowych intencjach autorów wkładam tym razem między bajki. Po co podsycać nienawiść, chęć zemsty i, powiedzmy, sprawiedliwości? Czy sam czyn nie powoduje tego wystarczająco? Dziś lepiej dopisać coś z niemym "daj upust swojemu oburzeniu, a co!". Pokaż, jaki jesteś okrutny, a jaki wymyślny, a jaki prawowity, że jej tak dokopałeś, prawilny wręcz. Przykład z aborcją jest dość mocny, ale podobne zachęty do komentowania można znaleźć również przy pomniejszych sprawach poza Facebookiem.

Nie znam się na socjologii, ubolewam, ale może w podsycaniu nienawiści jest jakiś cel? W mediach na okrągło przewijają się smutne historie, morderstwa, gwałty, pobicia, zamieszki, prześladowania. Tego jest pełny nasz świat. Ale czy mało w nim dobra do pokazania? Dobro nie robi na nikim wrażenia. Jest mało widowiskowe, krew raczej nie kapie z ekranu, a wszystko kończy się szczęśliwie, czyli w przekonaniu większości szablonowo. Dobro jest takie codzienne. A jednak na co dzień na ekranach go nie widujemy.

Pamiętam jeszcze, jak byłem małym chłopcem z klas 1-3 podstawówki i u kolegi grałem w jakąś grę, w której byłem strażakiem i gasiłem pożary, uwalniałem ludzi z zaczadzonych pomieszczeń. Pomagałem. Dziś słyszę tylko o wojnie, strzelaniu i mordach w grach. Grach, po które sięgają najmłodsi. A gdzie jest dobro? Ja chcę strażaków. Dla gówniarzy, którzy zaczynają właśnie szkołę i dla swoich dzieci. Niech mój syn gasi na komputerze pożar (jeśli ma już coś robić na komputerze), a nie zabija, choćby terrorystów z cs'a. Dajmy dzieciom trochę dobra. Dajmy go trochę sobie.
Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkimi wpisami na Minus 3 polub fanpage bloga 
na Facebooku, gdzie lądują zawsze najnowsze posty. 5!
Źródło: unsplash.com
Dzieci są wspaniałe. Oprócz tego, że wrzeszczą i często nie rozumieją prostych rzeczy, ale akurat w tym drugim nie różnią się wiele od dorosłych. Dzieci są wspaniałe, bo nie wstydzą się, że jak im coś nie wyjdzie, to wszyscy będą się śmiać. A nawet jeśli, to nie wzbrania ich to przed tworzeniem w ukryciu (dorosłych już wzbrania).

Jak byłem mały, to miałem mnóstwo marzeń i planów. Oprócz pewności, że zagram w Milanie, Barcelonie, Manchesterze i Legii oczywiście, chciałem też być rysownikiem w Amerykańskim sądzie. Połączyłem więc obie swoje życiowe drogi w jedną (właściwą) i rysowałem piłkarzy. Brzydko, brzydziej, a potem coraz ładniej. Co ciekawe, akurat to hobby nie przeszło mi po miesiącu. Od założenia pierwszego zeszytu z kopaczami do porzucenia ostatniego (to był chyba czwarty) minęło co najmniej 6 lat. I jako dziecko jeszcze nie zawahałem się wydać pieniędzy z urodzin czy innego Dnia dziecka na kredki Faber Castle'a. Do dziś nie żałuję, a kredki wciąż leżą w biurku. Nie wiem, czy w komplecie.

Nieco później przyszło zainteresowanie pisaniem. Tak w trzeciej klasie ruszyłem z powieścią futbolową "Chłopcy z SKSów" czy czymś podobnym. Nie doszedłem do relacji drugiego turnieju, gdy znudziło mi się to i zawiesiłem pióro na kołek. Rok lub dwa minęły, a ja stałem się pisarzem fantastycznym. Zamiast piłki wprowadziłem elfy i krasnali. Do każdej książki była mapa. W sumie wymyślanie nazw rzek, pustyń, puszczy, pustek, równin i państw zajmowało mniej więcej tyle, ile późniejsze pisanie. Każda wydawała mi się beznadziejna.

Jeszcze zanim poszedłem do gimnazjum przyszedł czas, że przebrnąłem przez własną wyobraźnię, przymykając oczy na płytkość fabuły. Odstąpiłem od fantasy i powstało dzieło przypominające kształtem powieść sensacyjną z elementami science-fiction osadzoną w czasie i miejscu mi współczesnym.

I po co się Wam tu żalę lub chwalę? Znamy się na tyle długo, że chyba nie przyszło nikomu do głowy, że bez powodu. Jestem nieco starszy i już nie rysuję piłkarzy (no dobra, czasem). Ale produkuję te dwa blogi,  mówię o nich jak o swoich wyhodowanych kwiatuszkach i cieszę się za każdym razem, gdy ktoś czyta. Udało mi się - przebrnąłem przez natłok myśli "ee, i tak są lepsi ode mnie, niech oni piszą, ja się nie nadaję". Nie wiem, czy się nadaję. Wiem, że chcę to robić. I robię to. Zupełnie jak dziecko i jak najlepsi na świecie piłkarze, pisarze, muzycy i kucharze.

Tak często porzucamy marzenia, zanim wzięliśmy je do ręki. Odkładamy własne przyjemności, gdy ujrzymy lęk przed wyśmianiem, wyszydzeniem, kompromitacją. Tymczasem tylko rysując mogłem stać się rysownikiem amerykańskiego sądu. Regina Brett w książce "Bóg nigdy nie mruga": jeśli chcesz być pisarzem - pisz. Nawet jeśli wstydzisz się swoich prac, to nie powód, by ich nie tworzyć. Nie musisz ich nikomu pokazywać, a przede wszystkim nie porównuj się z innymi. Porównuj się tylko ze swoimi sprzed roku, miesiąca i tygodnia. Nie obejrzysz się, a coś Ci wyjdzie. I raczej nie bokiem.

Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkimi wpisami na Minus 3 polub fanpage bloga 
na Facebooku, gdzie lądują zawsze najnowsze posty. 5!
Źródło: filmweb.pl
Kolejny raz do kina zawitałem w tani wtorek. Tym razem zwabili mnie "Bogowie". Film, który moim zdaniem wyszedł nieco w cieniu "Miasta '44", swoją drogą zupełnie niesłusznie. Zbigniewa Religę pamiętam jako ministra zdrowia. Gdy pełnił on ten urząd nie wiedziałem o nim niczego poza tym, że ma siwe, nieco dłuższe włosy. Po jego śmierci w 2009r. w telewizji mignęło mi coś o tym, że jako pierwszy w Polsce...

Wchodząc do kina spodziewałem się naprawdę wartościowego seansu. 2 godziny w środku tygodnia nie chodzą piechotą. Kominek opiewał "Bogów" z zachwytu. Pierwsze spotkanie z docentem Religą jest dość specyficzne. Idzie on korytarzem, takim typowym szpitalnym długim pustym korytarzem. Idzie, żeby wyjąć serce z ciała.

Dla niektórych może wydawać się to obrzydliwe, jednak należę akurat do osób, na których takie sceny nie robią wrażenia. Jeśli ktoś nie znosi widoku krwi, to niech zostanie w domu, bo w pracy kardiochirurga, o którym jest ten film, trochę krwi było.

Akcja dzieje się w latach 80-tych. Oczywiście na naszym krajowym podwórku. Myślę, że "Bogowie" mogą być przykładem wiernego oddania klimatu tamtych czasów. Samochody, zabudowania, meble, odzież, a nawet papierosy. Wszystko wygląda autentycznie, jest dopracowane na wysokim poziomie. Akcja również nie przytłacza, jesteśmy jej lekko spragnieni, choć szczerze mówiąc, nie oglądałem tego filmu z zapartym tchem.

Kreacja Zbigniewa Religi jest dla mnie wybitna - Kot dał z siebie to, co najlepsze. Z drugiej strony przeraża mnie jednak - kardiochirurg jest oddany jak najwierniej, co oznacza, że palił więcej, niż jedzą najgrubsze fanki fastfoodów w Stanach.

Pozostali aktorzy to również nieprzypadkowi ludzie. Są podobni to osób, które grają. Być może to standard, ale niemal o wszystkich spośród nich słyszałem jedyny raz w życiu, więc było mi bez różnicy, czy to blondyn, brunet czy łysy. A jednak producenci się postarali.

Dlaczego warto pójść na "Bogów"? A kto z nas nie chce zobaczyć, jak człowiek ratuje innemu człowiekowi życie i to w tak spektakularny sposób? Transplantacja serca to nie byle co. I nie jest to żaden Spiderman czy inny Cośman, tylko facet, który był wśród nas jeszcze 5 lat temu. Gdyby nie on, wiele osób nie miałoby nadziei, szansy, a nawet życia.

Dobry film o dobrym człowieku. I do tego polski. Czego chcieć więcej?
Źródło: unsplash.com
Nie jestem szpiegiem, ale wiem jak to jest wieść podwójne życie. W myśl hasła "Kto czyta książki, ten żyje podwójnie" mogę chyba powiedzieć, że chodzenie do szkoły, Kościoła, oglądanie meczów i pisanie tekstów na blogi to tylko jedno z moich żyć. Drugie przeżywam tam - na stronach lektur wybranych mi przez MEN lub przeze mnie samego. Zwłaszcza przeze mnie samego.

Ostatnio chodzi za mną Wiedźmin. Byłoby spoko, ale czytałem go już. Nie wiem, czy to jesienna trauma, czy coś innego. Aktualna pora roku, powietrze, spadające liście, wilgotność, chłód na nosie to moje malutkie kuleczki, o których pisałem jakiś czas temu. W nich zamknięte mam długie wieczory, jeszcze w ostatniej klasie gimnazjum, kiedy to wkroczyłem do Temerii, Redanii, Cintry, śledząc poczynania tego z Rivii. Cholerny sentyment budzi się we mnie, rok w rok. Jakoś te jesienie zawsze były wyjątkowe. Trudno określić: udane czy nie. Ale wyjątkowe. Wakacje też, zimy są niezłe, a wiosny energetyczne. Ale to wrzesień, październik i listopad przynoszą mi szczególny nastrój. Nastrój do czytania.

Chyba każdy fan literatury jakiejkolwiek przeżył kiedyś czas, że bardziej interesowały go kolejne strony i rozdziały tego, co trzyma w rękach, niż kolejne dni i tygodnie własnego życia. Zatrzymany w piersiach oddech "do końca strony", emocje i pytanie "kiedy się tego w końcu dowiem?" oznaczają dobrą lekturę. Podobnie czułem się przy "Trafnym wyborze", jednak saga o Geralcie jest nie do przeskoczenia. Ten fantastyczny klimat, pierwsze wydanie książki, a jeśli nie pierwsze, to przynajmniej te normalne, a nie z postaciami z gry na okładce, pożółkłe, wypadające strony. W sumie całe setki stron, bo czas, w jakim czyta się kolejne części zależy tylko od tego, czy go mamy. Bo ochota jest zawsze. Złość, kiedy brakowało 10 stron z rzędu. Czasem trzeba było poukładać w dobrej kolejności, bo poprzednikowi się nie chciało. Coś wspaniałego. Nie bez powodu chyba nie dopatrzyłem się żadnych genitaliów, ani "kocham moNIKę" w egzemplarzach, jakie miałem okazję mieć w dłoniach.

To było najlepsze, co w życiu czytałem. To było moje najbardziej drugie życie. Bo takie zwykłe drugie mam często. "Imię Róży" czy "Testament". Naprawdę można się zżyć książką - jakkolwiek to odczytasz. I to chyba dobre. Czasem świat przedstawiony jest lepszy od rzeczywistego. I choć swojego życia trzeba pilnować, to przyjemnie mieć jeszcze drugie - gdzie nic nam nie grozi, gdzie nam nic się nie stanie, gdzie chcemy zawsze wracać.

Żałuję, że ten "Wiedźmin" nie ma 50 części. Albo nie jest chociaż tak obszerny, jak "Gra o tron", którą ostatnio napocząłem, a z którą się zżyć nie mogę.
Źródło: filmowa.net
O Powstaniu Warszawskim słyszymy w mediach co jakiś czas, zwłaszcza w sierpniu, kiedy to na samym jego początku obchodzimy kolejne rocznice wybuchu Powstania. Ostatnio jednak również polskie kino dostarcza nam wiedzy (i nie tylko) nt. wydarzenia sprzed 70 lat. Recenzje filmów o tematyce powstańczej właśnie są do tej pory pierwszą i ostatnią na tym blogu. Dziś przyszedł czas na "Miasto '44", czyli produkcję zapowiadaną chyba najgłośniej.

Słyszałem opinie dobre i złe, pełne rozczarowania i podziwu - jednym słowem skrajne. Gdy ścierają się tak różne zdania na temat jednej rzeczy, najlepiej jest przekonać się na własnej skórze. Podobno.

Nie napiszę ani słowa o aktorach, reżyserze czy scenarzyście. Skupię się tylko i wyłącznie na filmie. A więc: zaczyna się od przedstawienia nam głównego bohatera. Nie jest to może wyszukane, ale w przypadku tak niezwykłej historii chyba nie trzeba się silić na dziwactwa, wystarczy dobrze opowiedzieć rzeczywistość.

Wydarzenia następują szybko po sobie i wkrótce zostajemy wcieleni w szeregi Wojska Polskiego. Rozpoczyna się Powstanie, a widzowie czują się, jakby sami wychodzili na pierwszą akcję. Naprawdę dobrze widać, jak nowicjusz wchodzi pomiędzy żołnierzy. Nie wszystko wie, rozumie. Jest pełen zapału, choć wydaje się nieco nieśmiały. I wszystko idzie dobrze aż...

Aż następuje pierwsza z trzech fatalnych porażek "Miasta '44". Slow motion czy jakoś tak, muzyka, efekty specjalne i... cały misterny plan poszedł. Sami wiemy dokąd. Napięcie budowane przez tyle scen, ujęć, wątków niemalże znika w momencie, kiedy powinno sięgnąć zenitu. Co więcej, jak już wspomniałem, taki zabieg powtarza się trzykrotnie (lub cztero-, ale jeden nie raził aż tak). Miało wyjść efektownie, wyszło groteskowo. Czułem się jak w trakcie przerwy na reklamy, gdy setki kul omijały głównego bohatera i trafiały w ścianę stojącą za ostatnim rzędem foteli zajętych przez uczniów gimnazjum czy liceum. Takie dramatycznie nieudane przejścia z jednego sposobu przedstawienia sytuacji do drugiego (wybaczcie mi fachowe słownictwo) kojarzą mi się raczej z komediami i gdyby nie to, czego ten film dotyczył, napisałbym, że komediowo wyszły.

Niestety te kilka zwolnionych scen to nie koniec błędów. Jak się opowiada wydarzenia z historii, z historii własnego narodu, w dodatku wojnę, to powinno się to zrobić jak najstaranniej, najdokładniej, żeby jak najlepiej oddać ówczesne wydarzenia. I faktycznie producenci filmu tak robili, aż... w kobietę strzelił czołg, zrobił jej w brzuchu dziurę o średnicy garnka, a ona... zaczęła przepraszać swojego kolegę z oddziału. Prawdopodobnie nieco mniejsze wpadki film zaliczył już wcześniej, jednak nie mogłem się powstrzymać, żeby nie wspomnieć o tej.

Co wiec uważam o tym filmie? Czy jest fatalny? Jest prawdziwy, oddaje dobrze, jak ludzie ginęli bez pożegnania, jak w parę sekund po uśmiechu czy pocałunku następowała śmierć. Pokazuje, jak rodzice bali się o dzieci, przyjaciele o siebie nawzajem, jak Powstańcy liczyli na pomoc czerwonych. Film jest mocny, dobry, prawdziwy... po wycięciu tych nieszczęsnych trzech scen, bo dziurę w brzuchu jakoś ścierpię. Niewątpliwie najbardziej efektowna produkcja dot. Powstania Warszawskiego, niestety równie mocno spartolona przez hollywoodzkie zapędy kogoś, kto to robił. Obejrzyjcie i oceńcie sami. I nie zamykajcie oczu, Wasi przodkowie zamiast zaciskać powieki, zaciskali palce na spuście. Więc się chociaż nie odwracajcie.
Wybaczcie mi źródło.
Ostatnio, czyli przez jakieś kilka lat, zmienia się moda szkolna dość mocno. Pamiętam, jak pod koniec szkoły podstawowej koledzy, a nawet koleżanki stukali się w czoła i pytali: czemu ty nosisz sweterki, a nie bluzy? Być może faktycznie byłem jakimś małym ewenementem, bardziej prawdopodobne, że w czasie wielkiej mody na bluzy opancerzone w kaptur zdarzyło mi się kupić 2 swetry i nie odłożyć ich do szafy. Tak czy inaczej było inaczej, niż jest. Dziś w swetrach, sweterkach, swetereczkach chodzą wszyscy. No prawie.

Wtedy byłem o nos do przodu, dziś jestem o epokę do tyłu. A może po prostu normalny? To pojęcie bardzo, bardzo względne i subiektywne, jednak czuję się jakby na uboczu, gdy... wkładam pantofle do garnituru. Rozpoczęcie roku, zakończenie, a nawet sakramenty w kościele - dzieci małe i te prawie dorosłe wkładają do spodni w kant adidasy. Coś jest ze mną nie tak czy raczej u nich brakuje szczypty projektanta? W sumie ta szczypta projektanta to chyba nie najszczęśliwsze określenie, bo znając trendy XXI wieku, stwierdziliby, że to jest na czasie.

Ktoś był w trudnej sytuacji finansowej i poszedł w za małym garniturze 1 września do szkoły, a jedyne obuwie, jakim dysponował to halówki. Zobaczyli go wszyscy i trzech zmałpowało. A może było zupełnie inaczej? Skończyło się to jednak tym, że duży odsetek uczniów przypomina przybłędy, choć nie wiem, czy to nie obraza dla przybłęd.

Konformizm to najwygodniejszy dla społeczeństwa sposób przystosowania społecznego. Czy i w "szkolnej modzie wyjściowej" (nazwa robocza, nie kopiujcie) odegrał on główną rolę? Wielu z nas słucha jakiejś muzyki, niemalże każdy. Nasi ulubieńcy niejednokrotnie robią coś idiotycznego, a my kiwamy głowami i chcemy to powtarzać. Czy i  w tym wypadku tak było, a zamiast idoli adidasy do garnituru włożyli chłopcy, których dziś nikt już nie pamięta? Nie wszystko złoto, co się świeci. Nie wszystko, co robią nasi koledzy, idole, ba, nawet rodzice, jest właściwe. Nie kopiujmy tego, nie bez zastanowienia. Bo efekty bywają przykre, aż śmieszne.
Źródło: fdb.pl
Nie było mnie tutaj ponad tydzień. To kłamstwo, byłem i walczyłem z szablonem, póki co bezskutecznie, ale może wkrótce coś się ruszy do przodu. Życie w szkole średniej niestety lub na szczęście nie składa się z samego blogowania. Nie jestem Kominkiem i nie mogę wstać, o którejkolwiek, żeby zrobić cokolwiek i po tym odpocząć. Uczę się, trochę. Bloguję i w między czasie robię coś jeszcze. Czytam.

Moja druga przygoda z Kindlem rozpoczęła się w sumie wcześniej, niż pierwsza. To temat na oddzielny post i może wspomnę o tym, gdy będę coś pisał o samym urządzeniu, bo kolega niedawno udowodnił mi, że jest na to zapotrzebowanie. Może niewielkie, ale wkrótce będzie większe. Biznes ebookowy zdecydowanie idzie naprzód, nie odwrotnie.


Dziś chcę, żebyśmy się trochę przeszli. Przeszli "Zieloną Milą". Zapewne większości z Was już pojawił się przed oczami wyjątkowych rozmiarów Murzyn, który trafił do więzienia. O przypominacie już sobie aktora, który zagrał Paula. Film jest produkcją wiele razy serwowaną w telewizji i trzeba przyznać - zasługuje na to. A znacie takie powiedzenie "książka jest zawsze lepsza od ekranizacji"?


Już na wstępie powiem, że prawdopodobnie takiej powieści nigdy w życiu nie czytaliście. Bo czy ktoś tu słyszał o powieść-serialu? Może lekko przesadziłem, ale "Zielona Mila" składa się faktycznie z 6 odcinków. Spokojnie, dzieło Kinga jest spójne i gdyby nie to, że poszczególne części mają swoje nazwy, prawdopodobnie nie zauważylibyście różnicy. Ja bym nie zauważył.


Może dlatego, że tak bardzo pochłonęła mnie treść? Zupełnie inaczej czyta się książkę, kiedy lekturę uprzedziła ekranizacja. Tak było w moim przypadku, jednak historia z 1932 roku przyciągnęła moją uwagę nie mniej, niż zwykle, kiedy to stykam się z daną historią po raz pierwszy. Co prawda film Franka Darabonta oglądałem już dobre parę lat temu, ale główny wątek trudno zapomnieć.

minus_3 - Instagram
Przenosimy się 80 lat wstecz prosto na blok więzienia stanowego, blok śmierci, gdzie znajdują się tylko więźniowie, których czeka spotkanie ze "Starą Iskrówą". W tym miejscu chciałem napisać, kto jest głównym bohaterem, ale jest nim chyba sama Zielona Mila. O wszystkim co się na niej dzieje opowiada nam przełożony na bloku E, główny klawisz- Paul Edgecomb. Niezwykły czarnoskóry, o którym właściwie jest główny wątek to John Coffey (jak napój, tylko inaczej się pisze).

Kolejne rozdziały upływają w tempie stron, może to za sprawą małych porcji tekstu serwowanych przez Kundelka, a może to mistrz narracji tak dobrze ją poprowadził. Akcja książki dzieje się na dwóch płaszczyznach, choć dominuje rok '32.


Jak kończy się książka? Jeśli mnie pamięć nie myli, inaczej niż film. Z kolejnych kart "Zielonej Mili" płynie przesłanie, który Stephen King przemycił w wypowiedziach poszczególnych bohaterów. Ostatnio pisałem o "Testamencie" Grishama i muszę przyznać, że z tamtymi treściami identyfikowałem się bardziej. Jeśli oglądałeś ekranizację "Zielonej Mili", to przeczytaj, bo warto, żeby poszerzyć tę historię o pewne aspekty. Jeśli jednak brak Ci czasu na czytanie i każda minuta jest na wagę złota, to spokojnie możesz sobie odpuścić.


Mimo wszystko szybciej pewnie sięgnę po kolejną pozycję Kinga, niż Grishama, choć książki obu leżą już w pamięci Kindla. Nazwisko chyba robi swoje. Tymczasem mierzę się z "Resortowymi dziećmi" - przerwa od fikcji nie zaszkodzi. 5!

Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkimi wpisami na Minus 3 polub fanpage bloga 
na Facebooku, gdzie lądują zawsze najnowsze posty. 5!
Źródło: unsplash.com
Tak zupełnie szczerze Wam powiem, że pewne rzeczy, choć są oczywiste, to dla mnie wciąż bardzo odległe. Piękne hasło "Co masz zrobić jutro, zrób dziś" brzmi dla mnie równie abstrakcyjnie co "Wszechświat ma swój koniec i nie wiadomo, co jest dalej.". To dziecinne i niedojrzałe. I może piękne piękne, bo wczoraj złamałem tę abstrakcję.

Nic wielkiego, odrobiłem lekcje zadane na dzień później. To zabawne, że tutaj o tym piszę, bo choć lifestyle to całe życie, to taką rzecz otwarcie można nazwać głupotą. A jednak piszę. Ach ta przekora. Ale do rzeczy, co ja miałem powiedzieć? Zadania zrobiłem wczoraj, więc dzisiaj wolne. I tutaj mógłbym urwać, ale jeszcze parę zdań. Easy, koniec niedaleko.

Porwałem się na te zadania i dziś z perspektywy 24-godzinnej mogę otwarcie powiedzieć, że odrabianie czegokolwiek bez presji "TO JUŻ NA JUTRO" jest o wiele przyjemniejsze, a przede wszystkim bardziej efektywne. Daje:

  • czas na poprawki
  • czas wolny
  • poczucie, że zrobiło się coś, a przecież mogło nie robić; to wcale nie jest mało, powaga.
W tytule wymieniłem drugi punkt listy. Jako małe dziecko usłyszałem, że dobrze jest sobie zostawić to, co najlepsze na koniec. Ulubionego cukierka, najlżejszy przedmiot do odrobienia czy najciekawszą książkę z listy lektur. Wszystko to można wpisać w czas wolny. Lepiej mieć 6 godzin jednego dnia, niż dwa razy po 2. Te 2 brakujące celowo opuściłem, bo wypadają na różne głupoty. Jak się usiądzie i posiedzi nad czymś raz, to wyjdzie lepiej i szybciej, niż 2 razy (tu: 2 dni) z 30 przerwami na fejsa, insta, twita, wp, bankowość i livescora.

Przekładając to na realia blogowe: zazdroszczę tym, którzy mają odłożone do wrzucenia 20 postów i jeszcze trochę. Takie cyfry póki co są dla mnie nieosiągalne, ale w przyszłości będę miał taki komfort, wierzę. To powodzenia, może macie coś na czwartek. Zróbcie dziś, niezależnie od wszystkiego, jutro będziecie zadowoleni, że macie to już za sobą.


Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkimi wpisami na Minus 3 polub fanpage bloga 
na Facebooku, gdzie lądują zawsze najnowsze posty. 5!
Źródło: Flickr
Kiedy jesteśmy mali to rodzice czy dziadkowie mówią nam jedno zdanie. Potem idziemy do szkoły i na którymś etapie edukacji któryś z nauczycieli pomiędzy deklinacją, indukcją i fotosyntezą wtrąci tę mądrość. Księża z ambony mówią wiele, ale już nie raz słyszałem, jak przyznają: to jest najważniejsze. Powiedział też o tym pewien jegomość nazwiskiem i imieniem Mickiewicz Adam.
Miej serce i patrzaj w serce.
Innymi słowy, tym razem moimi: bądź dobrym człowiekiem. Bo co w życiu jest ważniejsze? Jaki interes jest ponad to? Jaka ideologia jest w stanie przyćmić to proste zdanie? Jakie imperium jest większe od wartości tych trzech słów?

Można być słabym, nieuzdolnionym, mieć problem z nauką, palić papierosy czy wściekać się, gdy nie idzie naszej reprezentacji [futbolowej oczywiście]. Można być nieśmiałym lub krzykliwym. Biednym lub bogatym, ładny, brzydkim, inteligentnym, krytycznym. Ale najważniejsze to być dobrym człowiekiem.

A co to znaczy? Jak zdefiniować dobro? Czy jest to tylko nieprzeszkadzanie drugiemu człowiekowi? Czy może bycie gotowym do pomocy? A może wykorzystywanie swoich zalet? A jeśli tak, to wykorzystywanie do czego?

Miej serce i patrzaj w serce. Bądź czuły, co nie znaczy miękki. Bądź gotowy, co nie znaczy uległy. Bądź szczery, co nie znaczy chamski. Bądź wyrozumiały, ale i wymagający. Staraj się zrozumieć, ale nie pobłażaj. Bądź dobry.


Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkimi wpisami na Minus 3 polub fanpage bloga 
na Facebooku, gdzie lądują zawsze najnowsze posty. 5!
Źródło: tutaj
Już ponad miesiąc temu prezentowałem Wam nowy, powiedzmy, gadżet, jakim jest dla mnie Kindle. Dziś mam już większe doświadczenie. Zbliżyliśmy się do siebie i chcę opowiedzieć o naszym związku. Choć zaczęło się od małego nieporozumienia, to jesteśmy dziś w dobrych relacjach. Spędzamy razem coraz więcej czasu. Cześć, to mój nowy Kundelek.

Parę dni temu pokazałem na Instagramie moje najbliższe lektury, a przy okazji wrzuciłem ich listę w poprzednim wpisie. Tylko jedna osoba podjęła się typowania, jaką książkę dziś zrecenzuję. Niestety typ "Resortowych dzieci" nie był trafny. A prawidłową odpowiedzią jest... "Testament". Chyba pierwszy w moim życiu thriller, a zarazem pierwsza moja książka przeczytana na Kindle'u. Same premiery.

Od czego by zacząć? Już na pierwszych stronach książki jesteśmy porwani na szczyt wieżowca (swoją drogą podobnie jak w powieści "Gracz" Przemysława Rudzkiego). Co się tam dzieje? Chyba nie będzie zbyt dużym spoilerem, jeśli powiem. Bogaty, bardzo bogaty człowiek podpisuje testament. Dosłownie chwilę potem odbywa lot. Lot z 13. piętra na chodnik. Samobójczy skok starca daje początek ciekawej fabule ponad 300-stronicowej powieści.

To, co mi się podobało, to że nie poznaliśmy głównego bohatera od razu. Nie chcę zdradzać zbyt wiele. Jestem pewien, że nie odgadłbyś, o kim w sumie ta książka będzie. Poza tytułowym bohaterem, no może nie bohaterem, ale tematem. Testament przewija się oczywiście przez całą książkę i jest głównym wątkiem, jednak nie można powiedzieć, że na każdej stronie pada to słowo. Wręcz przeciwnie, jest wiele pobocznych historii, które dla mnie osobiście stanowią o sile tej pozycji.

Pomimo swojej prawniczej natury "Testament" ukazuje też zwykłe ludzkie słabości, ich smutne efekty, cenę, jaką trzeba płacić. Ale na pesymizmie się nie kończy i mimo, że śmierć na początku książki nie jest jedyną, to wszystko układa się w całkiem znośny świat. Jeśli nigdy nie miałeś do czynienia z tym gatunkiem literatury, to John Grisham napisał coś, co będzie z pewnością dobre na początek. Polecam. Gdybym miał dawać jakieś gwiazdki czy serduszka, to dałbym z 17. Na 20.

I na koniec parę słów o nowym "sposobie" czytania. Jest lekko, poręcznie, przyjemnie. Bateria zawołała dopiero po zakończeniu "Testamentu", co i tak uważam za dość szybko. Wadą Kundla jest to, że po ciemaku nijak nie da się czytać - ekran nie męczy ani trochę wzroku (zupełnie jak zwykły papier!), ale nie świeci, tudzież bez lampki w nocy nie poczytasz. Mimo wszystko te ćwierć koła (jak to brzmi) zainwestowane w to osiągnięcie techniki, to dobrze rozdysponowane pieniądze.
Źródło: unsplash.com
Pisałem kiedyś o fali muzyki, podobno dobrej, która nawiedziła naszego najpopularniejszego samoobsługowego zabieracza czasu. Jakiś czas temu, wcale niedawno zdaje się, na fejsie pojawił się nowy łańcuszek. Tym razem chodzi o wypisanie 10 książek, jakie się przeczytało. Dodatkowo mają to być chyba lektury, która wywarły na nas wpływ lub coś w ten deseń.

Podszedłem do tego na początku sceptycznie. Na początku, czyli za pierwszym razem, kiedy zostałem nominowany. Przy drugim zacząłem się zastanawiać, ale stwierdziłem, że to faktycznie nie dla mnie. A dlaczego? No pionierem akcji się nie ogłoszę, ale muszę przyznać, że ja już o swoich przeczytanych książkach pisałem nie raz (2). Można o tym przeczytać tutaj i tutaj też.

Żeby jednak nowego "wyzwania" czy jak to tam sklasyfikować (Nowej Głupoty Fejsbukowej) nie olać zupełnie wymyśliłem, że podzielę się listą aktualnie czytanych pozycji, bądź planowanych w najbliższej przeszłości. Od czego zacząć? Może od zdjęcia.
Tym razem z własnego Instagrama
Zdjęcie wykonałem profesjonalnym aparatem w komórce, więc jednak opowiem Wam, co tam widać.
Na pierwszym planie ukazują nam się.
1. Dwie drogi
2. Tryptyk o wierze (moja pierwsza wygrana rzecz na fejsbuku)
3. Cyfrowa demencja
4. Resortowe dzieci
I teraz uwaga, bo to jeszcze nie koniec. Ten pilot na samym czubku wieży, to mój Kindle, na którym nadgryzłem już nieopatrznie:
5. Testament autorstwa Johna Grishama
6. Zieloną Milę znanego wszystkim Stephena Kinga.
To do kiedy przeczytam? Może byśmy się jakoś założyli? Koniec listopada?

Coraz rzadziej tu bywam i trochę mi głupio, ale nie na wszystko jest czas. A może na wszystko? Właśnie o tym będzie dzisiejsza rozkmina. Czy można ze wszystkim zdążyć i na wszystko znaleźć w życiu chwilę?

Trzeci rozdział Księgi Koheleta (Stary Testament) rozpoczyna się słowami: Wszystko ma swój czas,  i jest wyznaczona godzina  na wszystkie sprawy pod niebem. Ale czy rzeczywiście? Czy tylko ja mam wciąż do przeczytania z 1000 (słownie: tysiąc) książek? Czy tylko ja chciałbym obejrzeć jeszcze kilkaset świetnych filmów, o których dużo słyszałem? Czy tylko ja mam znajomych, z którymi chcę się spotkać i zająć im chociaż godzinę, a naprawdę nie nadążamy za tym, i ja, i oni? Czy wszyscy macie czas na uczenie się obcych języków, które was fascynują? Czy macie czas odwiedzać miejsca, jakie kojarzą Wam się z czymś wyjątkowym dla Was? Bo mi na to czasu nie starcza. Mam szkołę, jakieś zobowiązania poza nią i nie jestem w stanie zrobić wszystkiego, na co mam ochotę. Więcej, nie jestem w stanie zrobić wszystkiego, co uważam, że powinienem (często kosztem rzeczy, które do niczego mi nie są potrzebne). Nie mam tyle życia, żeby odbyć miliard rozmów, zamiast miliona. A przecież mam dobre chęci, mam dobre pomysły, dobre lektury, płyty, filmy. Tylko tego czasu brakuje...

Jest jeszcze drugi rodzaj deficytu poszczególnych części zegara, a nawet kalendarza w moim życiu. Pewnym okresom towarzyszyły tak wspaniałe uczucia, że chciałoby się te okresy odtworzyć, wcisnąć "Replay" i znów cieszyć się tym samym uśmiechem na twarzy. O czym mówię? Sam nie wiem, bo raz chciałbym przeżyć ponownie całe wakacje spędzone na boisku, a kiedy indziej tęsknię za zasypianiem z książką Sapkowskiego przy uchu, w innym wypadku zaś chodzi mi tylko o ponowne obejrzenie meczu. Lata lecą, lektury się zmieniają, a mi wciąż nie śni się nic tak ciekawego jak to, co się śniło po tych Wiedźminach. I chciałoby się znowu zbierać te wypadające, pożółkłe strony z podłogi i kląć je w sercu za to, że zabierają czas, który można było przeznaczyć na zaczytywanie się w arcydzieło polskiej fantastyki. A dziś? Dziś czytam podręcznik z historii czy "Cyfrową demencję" (w sumie, to dopiero czeka na półce). Dziś czytam 'Traktat o wierze" i planuję "Dzieci resortowe". Nieco inna bajka, niż fantastyka, choć słowo bajka też nieszczególnie tutaj pasuje. Ale przecież nie zdążę ze wszystkim, muszę coś wybrać. Czy może mi tego czasu kiedykolwiek nie zabraknąć?

Mimochodem napisałem przed momentem bardzo ważną rzecz - muszę coś wybrać. Życie to ciągłe wybory. Mogę przeczytać kolejny raz "Krew elfów" lub oddać się lekturze książki Ziemkiewicza. Trzeba podjąć decyzję. Kiedy mam pewność, ze źle wybrałem? Kiedy nie wybrałem wcale. Bo życie nie wybiera za nas, życie po prostu ucieka. Ubywa nam go ciągle, a tak często go nie szanujemy.

W życiu jest czas na czytanie fantastyki i na czytanie polityki.
Czas na oglądanie bajek i czas na oglądanie wiadomości.
Czas na grę w piłkę i czas na grę na gitarze.
Czas śmiania się i czas myślenia poważnie.
Czas zabawy i czas pracy.
(por. Koh 3,2-8)

I biada tym, którzy się nie bawili, kiedy była pora po temu. Bo albo pobawią się, gdy nie będzie na to czasu i poświęcą coś innego, albo nie nie pobawią się wcale. I tak jest ze wszystkim.