Dziś chcę opowiedzieć o filmie, który dostałem "od Mikołaja". "Być jak Kazimierz Deyna" zagościł w odtwarzaczu już po pasterce. Na początku nie byłem pewien, czego mam się spodziewać. Liczyłem na coś w stylu opowieści o chłopcu, który chciał grać w piłkę. O filmie wiedziałem tyle, co z tego zwiastuna:
Zapowiadało się więc naprawdę ciekawie. Trailer wywołał falę uśmiechów wśród entuzjastów polskiej piłki, którzy widzą, że w obecnej reprezentacji czy ekstraklasie brakuje zastosowania trenera Zbyszka. Ja sam liczyłem na więcej scen tego typu, ale nie było ich zbyt wiele, aczkolwiek dzieło na tym nie ucierpiało.

Anna Wieczur-Bluscz (te "wieczór" to chyba na przekur ortografii) zabiera nas do niewielkiej wsi, gdy na świat przychodzi chłopiec. Rodzi się w trakcie meczu z Portugalią, kiedy to Deyna strzelił zwycięską bramkę bezpośrednio z rzutu rożnego. Akcja kręci się wokół rozwoju dziecka - oczywiście Kazika (na cześć piłkarza, inaczej być nie mogło). Jego kariera sportowa choć zapowiada się świetnie nie idzie w tym kierunku, co każdy z nas by pomyślał. Ojciec Kazika wierzy w niego i w samego Deynę. Jest z nim związany, o czym świadczą łzy po... No dobrze, spróbuję nie spoilerować. 

Film zrobił na mnie dobre wrażenie, aktorzy naprawdę nie mają się czego wstydzić. Biorąc pod uwagę polskie komedie z ostatnich, powiedzmy, pięciu lat, to "Być jak Kazimierz Deyna" wypada naprawdę dobrze, zwłaszcza, że nie jest to półtoragodzinny seans banalnych, wiejskich żartów. Film jest godny obejrzenia, oddaje świetnie klimat ostatnich lat komunizmu w Polsce. Mnie osobiście najbardziej się podoba gra dziadka Kazika (Jerzy Trela) i jego matki (Gabriela Muskała). Całość uświetnia swoim udziałem jedna z najpiękniejszych, bynajmniej dla mnie, polskich aktorek - Małgosia Socha. Ojca gra Przemysław Bluscz, którego znam jako Rappke z Czasu Honoru. Największą rolę (dosłownie) gra Michał Piela. Nie wiem, czy ten film grali w kinach, ale jeśli tak, to na pewno przegapiłem, jednak co się odwlecze, to nie uciecze. Na DVD wcale nie gorsza jakość. Kto jeszcze nie widział, niech zobaczy. Można sobie poprawić humor, a dla starszych będzie to przyjemny powrót do XX wieku. Miłego oglądania!

Już dawno zapowiadałem, ze zrecenzuję jedną z nowszych produkcji polskiego rapu. Tego tekstu raczej recenzją nie nazwę, ale kilka słów na nt. krążka Adama padnie. Zamówiłem Te-Tris/Pogz - Teraz edycja deluxe. Zależało mi na dodatkowym krążku m.in. dlatego, że tylko na nim mogłem usłyszeć kawałek z Quebą. "Teraz" ukazało się nakładem Aptaun Records i było jednym z najbardziej oczekiwanych duetów 2013 roku, który można powiedzieć generalnie był rokiem duetów (Quebonafide/Eripe przebija wszystko, ale z mainstreamu to chyba właśnie Tet był najbardziej wyczekiwany). 

Płyta jest w nietypowym, oryginalnym opakowaniu. Cacko z dziurką, że tak powiem. Ale bardzo pomysłowe. Oczywiście Aptaun dorzucił pakiet vlepek. Ważnym, dla niektórych nawet bardzo, elementem zaskoczenia było to, że do płyty nie dołączono książeczki z tekstami. Można je znaleźć na Rapgenius w tym miejscu. Dla mnie słuchacza najważniejsza jednak jest muzyka. I dlatego właśnie mogę dać tej płycie 8/10 (a co mi tam!). Podoba mi się to, że rap Te-Trisa, nie ukrywam, że zwracam na niego uwagę bardziej niż na Pogza, jest dojrzały. Jest o czymś. Nie o butach, koszulkach, swagu i policji. Uwielbiam treść. Te-Tris daje nam paczkę swoich naprawdę dobrych, rozsądnych, mądrych myśli. Mówi na tej płycie o tym, co jest dla niego ważne. Mój ulubiony kawałek to:
Refren idealnie opisuje moje wrażenia podczas słuchania płyty. Ciary. Wszystkie kawałki zasługują na odsłuch, ale oczywiście są lepsze i gorsze. Mnie najbardziej spodobały się te, z którymi mogę się jakoś utożsamiać. Te o uczuciach, ludzkich przywarach i problemach. A wszystko to zapakowane w trafne, błyskotliwe teksty. Jak pisał Adaś, ale Mickiewicz, nie Tet, "To lubię!". Goście na płycie z najwyższej półki. Tede, Zeus, Quebonafide. "Nic dodać, nic ująć, chociaż w sumie to robią różnicę." Flow i bity na poziomie... Te-Trisa po prostu. Dla mnie ta płyta nie była zaskoczeniem, a "jedynie" kontynuacją Lotu 2011. Cieszę się, że mogę gościć ją na półce. Nie żałuję pieniędzy wydanych na edycję deluxe, bo drugi krążek warty dołożenia tych kilkunastu złotych. Mówiąc zupełnie szczerze, za taki materiał należy się coś więcej, niż wyświetlenia na Youtubie. Na koniec zostawiam Was z moim drugim ulubiony kawałkiem z "Teraz".

Rok temu nie przeżyłem dobrze Świąt, chociaż wiecie co, nie pamiętam tego. Doprawdy, nie pamiętam już, jak się wtedy czułem. Po tamtych Świętach zostało mi tylko to. W tym roku czułem, że będzie podobnie. Po zwykłej Wigilii, zwykłej Pasterce, zwykłym pierwszym dniu Świąt, przyszedł drugi. Nieco bardziej rodzinny, choć bardzo "tradycyjny". Żadnych fajerwerków. Zwłaszcza duchowych, a mi głównie o te chodzi. Całe szczęście przyszedł wieczór. I pierwsze wyjście z mroku jak u Comy. W zasadzie bardziej w mrok.

Na dwór. Po ludzku wyszedłem na dwór. Z siostrą, ale nie łączą nas więzy krwi. Dziś często nazywamy kogoś braćmi, siostrami lub po prostu przyjaciółmi. Wiesz, o co chodzi, Wierzę. I dostałem prezent, Święta w końcu. Nie będę opowiadał co. Nic drogiego. Ale coś bardzo cennego. (dotarliśmy do właściwej części posta) Wbrew swojej naturze materialisty zrozumiałem zasadę przygotowania dobrego prezentu. Chciałem coś kupować. Nic wielkiego, nic bardzo drogiego. Coś mądrego, coś z przesłaniem, coś z sensem. Ale... Co mi po tym? Co po tym osobie, której to dam? Jeśli gdzieś na podarunku się nie podpiszę, to za kilka lat nikt nie będzie pamiętał od kogo to. Prezent. Jest ode mnie. Jest częścią siebie włożoną w coś materialnego, co można dać. Jest trudem, wysiłkiem, zastanawianiem się, przygotowaniem. Tchnieniem, uderzeniem serca zamkniętym w przedmiocie. Ja jestem prezentem. Ty jesteś prezentem. Nie trzeba wydawać. Trzeba chcieć dać siebie. A nie dać coś i podpisać się "Pozdrawiam, Tomek".

Nie mówię oczywiście, że prezenty kupione są złe. Czasem trzeba się nieźle nagimnastykować, żeby coś kupić. Czasem nasz kapitał może umożliwić komuś coś, czego sam nigdy nie mógłby zrobić. Ale to te prezenty od serca i dla serca są najwspanialsze. Te które otwierają możliwości ducha, umysłu, nie tylko ciała. Miłość jest prezentem. A miłość to przecież posiadanie siebie w dawaniu siebie. A Bóg to przecież miłość.


Kilka wniosków nasuwa mi się, ale nie będę Was katować setkami myśli, wybiorę losowo, jak w totolotku.

  1. Warto wychodzić z domu
  2. Sensem życia jest życie innych - dawanie
  3. Nie pieniądze, a chęci decydują o tym ile i jakich prezentów rozdasz

Dziękuję Siostrze. I każdemu innemu człowiekowi. Za to, że jest.
Święta, Święta i po Świętach. Jutro św. Szczepana i koniec Świąt. Nie będę pisał raczej niczego związanego z nimi. Tak się zastanawiałem, o czym chcielibyście poczytać. Nie mam pojęcia, więc czekam na propozycje w komentarzach, ale póki co napiszę o... czytaniu.
Od dziecka lubiłem czytać. Nie urodziłem się z tym, zawdzięczam to rodzicom. Już od najmłodszych lat kierowali mój wzrok na półkę z literaturą, nie na komputer. Powiem szczerze, nie opierałem się szczególnie i nigdy tego nie żałowałem. Pamiętam, jak uwielbiałem chodzić do szkolnej biblioteki po kolejne książki, a raczej książeczki, przez co bywałem tam kilka razy w tygodniu (czasem, bo przecież nie przez cały rok). Z "grubszych" pozycji, od których zacząłem przygodę z językiem pisanym, pamiętam "Pana Samochodzika" oraz serię o Tomku Wilmowskim Alfred Szklarskiego. Do dziś cała stoi na regale, niestety 2 części z 9 wciąż nieprzeczytane. Moją sympatią cieszyły się też wersje pisane bajek z ekranu telewizyjnego - Robin Hood oraz Zorro. I Indianie! No przecież. To były czasy... Zaczynałem od wersji 1/2 tekst i 1/2 obrazki, a skończyłem na zakupie klasycznej trylogii Karola Maya. Świetna, naprawdę polecam. Później czytałem jeszcze wiele książek, ale nie będę sobie zabierał materiału na posty w przyszłości. Jeśli szukacie czegoś lekkiego, zwłaszcza dla dziecka, to polecam "Króla złodziei". Nie mam pojęcia, czyjego jest autorstwa, wiem tylko, że akcja dzieje się w Wenecji i jakaś paczka przyjaciół mieszka w opuszczonym kinie, ale za każdym razem, gdy wspominam tę książkę, to przypomina mi się, że lubiłem z nią zasypiać. Więc słodkich snów na książkach. 5!
A Ty co czytałeś/czytasz? Co polecicie dziecku 7-10-letniemu?

Święta! Jak każdy mam ochotę złożyć Wam życzenia. Więc życzę:

Na czas tych 3 dni, żebyście jedli, ile chcecie, a nie tyli ani trochę; żeby nic nie zakłóciło radości i spokoju w Waszych rodzinach; żebyście dobrze spędzili ten czas, w końcu Bóg się rodzi, a to naprawdę dobra wiadomość; żeby uśmiechy nie znikały z Waszych twarzy; nie myślcie o szkole i pracy - cieszcie się tym, co właśnie trwa.

Na życie, żebyście byli zdrowi, bo to zawsze potrzebne, nie tylko w dniach 24-26 grudnia; wielu powodów do radości, a zwłaszcza, żebyście Wy byli tymi powodami, sukcesów na wszystkich płaszczyznach życia, radości z tego, co robicie; nadziei i wiary, bo to dwie cenne towarzyszki; spełnienia marzeń, nie tylko Waszych, ale i Wy spełniajcie cudze; cieszcie się życiem, zawsze, nie przez chwilę; łaski Bożej, bo z nią zawsze lżej; miłości, przede wszystkim miłości, bo, choć brzmi to sloganowo, jest ona najważniejsza w życiu. Życzę Wam, żeby Polacy zostali mistrzami Świata we wszystkich sportach, jakie lubicie; żeby Stoch, Kowalczyk, Ziobro i wszyscy inni przywieźli z Rosji wór medali, żeby polscy szczypiorniści otworzyli "puszkę Pandory" Adama Małysza i żeby wygrali. Pięknych bramek, a paniom, żeby nigdy nie zbrzydły i nie przejęły się wagą (no chyba, że będzie dramatycznie). Kucharkom udanych ciast, facetom niezmrożonych zamków w samochodach i szorstkich dróg. Życzę, żeby rozwiązano parlament i wymyślono lepszy ustrój od demokracji, żeby wojny się skończyły, a gender upadło, żeby ludzi się kochali, a ich miłość widniała w statystykach urodzeń, żeby Polska była Polską, żebyśmy szanowali naszą wolność, żeby muzyka była dobra i pomimo komercjalizacji niezależna i autentyczna, żeby książki były wartościowe, a telewizja ograniczona do minimum, żeby ekrany nie szkodziły wzrokowi, a kręgosłup był nie do skrzywienia, żeby nic się nie psuło,a wiele powstawało. Żeby każdy znał swoją drogę i nią szedł, a innym prostował ścieżki, zamist kopać doły na drodze i rzucać kamieniami. Niech Was zima nie zaskoczy! 

Sobie życzę, żebym mógł i chciał za rok znów pisać tu życzenia dla wszystkich, którzy czytają Minus 3 dioptrie, a dawniej Myśli, obserwacje, przypadki. Chciałbym, żeby to miejsce było dla Was czymś, z czego możecie czerpać, a pole z komentarzami poniżej miejscem, z którego ja mogę czerpać od Was. Dziękuję wszystkim regularnie czytającym moje wypociny, jak również tym, którzy byli tutaj tylko raz. Cieszą mnie Wasze komentarz, polubienia, udostępnienia. Wierzę, że Bóg narodzi się w moim i w waszych sercach. 

A Tobie Kuba ładnych zdjęć, takich jak te.
Powodzenia w życiu i trzeźwego Sylwestra, żebyście to Wy go opowiadali, a nie żeby Wam go opowiadano. Dobrych Świąt, dobrego 2014 i każdego następnego!

Życzy Tomek, raczkujący bloger.
Dziś zatrzymam się przez chwilę nad kolejnym cytatem Sapkowskiego. Tym razem wpadło mi w oko "Zawsze trzeba działać. Źle czy dobrze, okaże się później. Żałuje się wyłącznie bezczynności, niezdecydowania, wahania. Czynów i decyzji, choć niekiedy przynoszą smutek i żal, nie żałuje się.". Co o tym sądzicie? Moim zdaniem słowa jak najbardziej trafne. Wiele razy miałem tak, że po jakimś czasie patrzyłem wstecz i żałowałem, że czegoś nie spróbowałem. Oczywiście zrobiłem też wiele rzeczy, których bym nie powtórzył, ale mimo wszystko zawsze wyciągałem ze swoich czynów jakąś naukę, morał. Oczywiście bierność też jest jakąś postawą, jednak o wiele łatwiej nauczyć się na czynie, niż na jego braku. Działanie jest cechą ludzi aktywnych, a takich częściej doceniamy, zauważymy i po prostu lubimy. Warto pamiętać, że "Zawsze trzeba działać.", nie oznacza, że mamy robić cokolwiek, nawet bez zastanowienia. Czasem (a raczej często) warto się zastanowić, spokojnie pomyśleć, bo w tym momencie właśnie nasze refleksje są naszym działaniem.

PS. Legia zmieniła trenera. Spodziewacie się przełomowych zmian w drużynie Mistrza Polski? 
Ostatnio rzadko piszę o swoich przemyśleniach, stąd nasuwa mi się smutny wniosek, że nie myślę. Na szczęście, żeby nie uwierzyć w to, czytam. Dziś wpadłem na cytat Sapkowskiego, w sumie na całą kupę cytatów. W zasadzie wszystkie z nich znałem już z twórczości wymienionego pana, ale nie zwróciłem nigdy uwagi, że autor przemyca nam w swoich dziełach aż tyle, bądź co bądź, niebanalnych myśli. A z drugiej strony bardzo prostych. Dziś wybrałem: Nig­dy nie ma się dru­giej okaz­ji, żeby zro­bić pier­wsze wrażenie. 

Są rzeczy, których już nigdy się nie powtórzy. W sumie o wszystkim można tak powiedzieć, wszystko można zrobić podobnie, ale nic tak samo. Najprostszym tego przykładem jest właśnie pierwsze wrażenie, które jest pierwsze, czyli też jedyne. I nad tym chwilę pomyślę. W życiu robimy wiele pierwszych rzeczy. Pierwszy pocałunek, pierwsze wagary, pierwsze piwo czy pierwsze wystąpienie przed większą publicznością. Żeby nie spaprać swojego "Pierwszego ..." jak Geralt spotkawszy Essii, warto pomyśleć, zanim zrobi się coś pierwszy raz. To tylko moje spostrzeżenie, moja myśl, ale odnosząc do 16 lat, które mam już za sobą zgadza się to całkowicie.

Pisałem kiedyś o cytacie z Miecza Przeznaczenia, zapewne Sapkowski zagości tu jeszcze nie raz. Trzymaj się. 5!

Piątek trzynastego. Nie jestem przesądny, dla mnie ten dzień nie jest pechowy. Jest równie szczęśliwy jak jeszcze wiele innych w roku. Jak to dlaczego? Bo jest piątkiem!

Znów zapuściłem się pod względem pisania. Dziś rocznica ogłoszenia przez Jaruzelskiego stanu wojennego. Kolejna. I kolejna, którą wspomniany spędza w szpitalu. Czemu? Czyżby bał się demonstracji przed swoim domem? Niemożliwe, przecież obiecywał, że nie będzie uciekał przed ludźmi, którzy nie zapomnieli o tym, co zrobił i jakie były tego skutki.
Nie szanuję tego, co robi teraz Jaruzelski. Nie pamiętam lat 80-tych, bo pamiętać nie mam prawa, ale przypuszczam, że był sługusem Moskwy. Dlaczego nie ma odwagi przyjąć jak facet gestu Polaków w stronę tych, którzy oddali życie przez stan wojenny. Nie wiem, jak było. Nie wiem, jak było dokładnie. Ale uważam, że to było niepotrzebne. Ktoś może zapytać jakim prawem? Myślę, że pomimo naszej polskiej przewrotnej natury, ludzie nie burzyliby się tak, gdyby to faktycznie było nieuniknione, tak więc Jaruzelski niewątpliwie krzywdę wyrządził. Sam raczej kary nie dostał, a na pewno nie taką, na jaką zasłużył. Szkoda, że dorosły facet nie umie zachować się jak dorosły facet.
Czemu o tym piszę? Jesteśmy różni, pewnie nikt z nas nie zostanie premierem czy prezydentem (choć w sekrecie powiem, że mam to w planach), ale każdy ma przed sobą jeszcze kawał życia (daj Boże), więc nie zapominajmy o tym, że za wszystko zapłacimy, dostaniemy to, na co zasłużymy. Prędzej czy później, szacunek lub pogarda lub porażająca obojętność. Dziś wybierasz, co dostaniesz jutro. Wybierz to, co naprawdę chcesz. Krótka, jeszcze piątkowa myśl. 5!
Jestem tutaj już od ponad pięciu miesięcy. Moje założenie bloga było dosyć spontaniczne, ale nigdy nie żałowałem tej decyzji. Cieszę się, że mogę robić to, co lubię, czyli po prostu pisać. Cieszę się zawsze z Waszych komentarzy, zwłaszcza tych "długich", bo zazwyczaj z nich najwięcej mogę się dowiedzieć o tym, co jest dobrze, a co źle w moich tekstach i ogólnie na blogu. Jakiś czas temu założyłem "fanpage", coby lepiej się z Wami komunikować. Niestety nie działa on tak, jak bym chciał, ponieważ brakuje na nim aktywności odbiorców. Zapraszam do częstszego komentowania. Może jest jakiś temat, o którym chciałbyś przeczytać wpis? Napisz do Minus 3 dioptrii w wiadomości prywatnej. Link do facebooka znajdziecie tutaj.

Dziękuję Kubie Chrostowskiemu za zdjęcie. Więcej w tym miejscu. 
Jest już grudzień, więc jak co roku myślimy o Świętach, o tym jakie były poprzednie i jakie będą te. Mnie koniec roku przypomniał początek mojej "kariery" grafomana. Pierwszy tekst, który pisałem wyłącznie "dla siebie" był właśnie o Świętach. Zapraszam do zapoznania się z nim, chętnie usłyszę (przeczytam) o ewentualnych zmianach w stylu moich artykułów/wpisów. Pozdrawiam, 5!

Były jakieś Święta?


Od co najmniej połowy listopada w supermarketach rozpoczęło się nakręcanie świątecznego szału  konsumpcyjnego. Na wystawach choinki, Mikołaje, bombki. Każda możliwa obniżka cen opieczętowana jest tytułem ‘świątecznej promocji’. Z biegiem czasu natężenie populacji w centrach handlowych wzrastało. Pośpiech, pęd, gonitwa za przeceną. Żeby tylko kupić idealny prezent, żeby zdążyć. Wszyscy podenerwowani, zmęczeni, zajęci. Prezenty kupione? To do domu. Schować je dobrze i do roboty. Sprzątanie. Biegiem, żeby jeszcze zrobić 30 potraw, z których i tak większość lub znaczna część nie zostanie zjedzona. Wigilia. Potem pasterka, ten raz w roku trzeba iść. A po pasterce 2 dni przed telewizorem. I koniec. Gdyby nie ta Msza z pewnością niejeden zapytałby ‘Były jakieś święta?’. Dla wielu z nas to tylko czas obfitszych niż zwykle posiłków, oglądania telewizji i braku innych zajęć.
Oczywiście sprzątanie czy kupowanie prezentów nie jest tu złe, jednak trzeba pamiętać, dlaczego to wszystko robimy. Boże Narodzenie dalekie jest od pośpiechu czy zgiełku, a mimo wszystko z roku na rok coraz więcej czasu i energii poświęcamy na przygotowanie mieszkań, prezentów, posiłków, a nie serc. Ktoś, kto miałby ocenić to, co zmieniło się w naszym życiu po świętach miałby wiele podstaw, by zapytać ‘Było jakieś Boże Narodzenie? Były jakieś święta?’. Przecież nic się nie zmieniło. Nadal jesteśmy tak samo złośliwi, wulgarni, leniwi, egoistyczni.

Wszystko jest po coś. Boże Narodzenie również. Ma się coś narodzić. Zmienić. W nas. Ma dać siłę i powód do życia. Ma nadać sens cierpieniu. Ma pokazać drogę. Nie chodzi tu o cuda, a o duchowe przeżycie tych świąt, a nie tylko o maraton gdzieś pomiędzy kuchnią, a kanapą. O przeżycie Bożego Narodzenia, a nie jego tradycji.