Dzieciństwa "smak"

2 comments
Przypomniałem sobie dzieciństwo. W sekrecie powiem, że często o nim myślę. Muszę przyznać - podoba mi się i szkoda, że ma się aktualnie ku końcowi.

Pamiętam dzień, gdy kolega przyniósł do przedszkola metaltazo. Nie będę chyba tłumaczył, co to jest. "Kto ma wiedzieć, ten wie", "Gimby nie znajo" etc. Ileż to radości było z tym krążkami. Do dziś pamiętam, że pierwszy tazos, jaki w życiu zobaczyłem, to był taki czarownik na pomarańczowym/żółtym tle. Cień Magii. Tak go nazywał mój kolega i mówił, że siostra przetłumaczyła mu tak napis, który widniał na krążku pod postacią. Później koledzy zaczęli przynosić, całe przedszkole jadło chipsy, żeby mieć metaltazo. Zabawne, że chyba mam to do tej pory gdzieś głęboko, głęboko schowane. Ale nie chce mi się szukać. Nawet z panem woźnym wymieniałem się tym w przedszkolu. Potem były sarkofagi. Miałem chyba ze dwa i jeszcze nie wystarczały. Nie chwalę się, wspominam. Naprawdę uwielbiałem tę grę.


A teraz przypomniała mi się jeszcze starsza rozrywka. Nie wiem w sumie, jak to nazwać. Pamiętacie takie składane tekturowe krążki, które można było zakręcić/nakręcić palcami i miały się zderzać. Ten, który dłużej się kręcił, wygrywał. Miałem nawet taki tor do tych walk; czerwony, wklęsły. Jeśli ktoś wie, jak się nazywały te... zabawki to niech napisze w komentarzu, bo chętnie poszukałbym jakichś zdjęć, żeby jeszcze lepiej odświeżyć sobie czasy, gdy wszystkie swoje wiosny mogłem pokazać na palcach jednej ręki.  A Wy jakie zabawki (z chipsów :)) kojarzycie ze swoim wczesnym dzieciństwem?
Next PostNowszy post Previous PostStarszy post Strona główna

2 komentarze:

  1. Te składane tekturowe krążki nazywały się "Beyblade".
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. to się nazywało potocznie "spinery" :D

    OdpowiedzUsuń