Przypomniałem sobie dzieciństwo. W sekrecie powiem, że często o nim myślę. Muszę przyznać - podoba mi się i szkoda, że ma się aktualnie ku końcowi.

Pamiętam dzień, gdy kolega przyniósł do przedszkola metaltazo. Nie będę chyba tłumaczył, co to jest. "Kto ma wiedzieć, ten wie", "Gimby nie znajo" etc. Ileż to radości było z tym krążkami. Do dziś pamiętam, że pierwszy tazos, jaki w życiu zobaczyłem, to był taki czarownik na pomarańczowym/żółtym tle. Cień Magii. Tak go nazywał mój kolega i mówił, że siostra przetłumaczyła mu tak napis, który widniał na krążku pod postacią. Później koledzy zaczęli przynosić, całe przedszkole jadło chipsy, żeby mieć metaltazo. Zabawne, że chyba mam to do tej pory gdzieś głęboko, głęboko schowane. Ale nie chce mi się szukać. Nawet z panem woźnym wymieniałem się tym w przedszkolu. Potem były sarkofagi. Miałem chyba ze dwa i jeszcze nie wystarczały. Nie chwalę się, wspominam. Naprawdę uwielbiałem tę grę.


A teraz przypomniała mi się jeszcze starsza rozrywka. Nie wiem w sumie, jak to nazwać. Pamiętacie takie składane tekturowe krążki, które można było zakręcić/nakręcić palcami i miały się zderzać. Ten, który dłużej się kręcił, wygrywał. Miałem nawet taki tor do tych walk; czerwony, wklęsły. Jeśli ktoś wie, jak się nazywały te... zabawki to niech napisze w komentarzu, bo chętnie poszukałbym jakichś zdjęć, żeby jeszcze lepiej odświeżyć sobie czasy, gdy wszystkie swoje wiosny mogłem pokazać na palcach jednej ręki.  A Wy jakie zabawki (z chipsów :)) kojarzycie ze swoim wczesnym dzieciństwem?
Ostatnio, będąc na Placu Jana Pawła II, spotkałem całującą się parę. Ot nic dziwnego, zakochani. Nie wiem, w jakim byli wieku, ale na pewno skończyli szkołę średnią, czyli tak +/- 25. Migdalili się na środku chodnika, ale nie widziałem w tym w sumie niczego nadzwyczajnego. Nie wszyscy okazują sobie w tak bardzo... cielesny sposób uczucia w odosobnieniu. Chwilę trwało całe zajście i pewnie nie miałbym o czym napisać, gdyby na tym się skończyło. Para trzymając się za ręce żegnała się, dali sobie buziaka i, gdy młoda dama się odwróciła, jej partner klepnął ją w tyłek. Przyznam szczerze, byłem zaskoczony zachowaniem obojga, którzy po tym jakże efektownym zakończeniu spotkania w centrum miasta odeszli każde w swoją stronę. Nie wiem, kim jest ta kobieta, ale do feministek chyba nie należy. Ja rozumiem, że się kochają, że dla siebie wszystko zrobią gołąbki gruchające, ale dawać klepać się po tyłku na środku chodnika? Nie rozumiem, co kieruje tą panią. Nie podejrzewam ich o jakiś, nie wiem, sponsoring czy inne kiju miju, więc tym bardziej dziwi mnie takie zachowanie. Może nie burzyłbym się tak bardzo, gdybym po prostu tego nie zobaczył. Różne ludzie mają fetysze i może ktoś tam lubi taką formę... igraszek. Ale kto "igraszkuje" na ulicy?

Źródło: Flickr
Z punktu widzenie mojego, faceta: jak można tak potraktować swoją kobietę? Piszę swoją kobietę, ale chodzi mi o kogoś, kogo się kocha. Kocha , czyli i szanuje, troszczy się, "głaszcze" etc. Co więc łączy tych dwoje?

Z punktu widzenia kobiety, czyli względnie nieznanego mi: jak można dać się tak traktować komuś, kogo się podobno kocha i przez kogo jest się kochanym? Czy to można nazwać miłością? Czy uczucie, jakie łączy tych dwoje to chociaż zakochanie w sobie nawzajem, czy tylko w swoich... tyłkach?

Nie wiem, jak nazwać to, co zobaczyłem, bo choć mogłem użyć słowa "zakochani" w pierwszych wersach, to po nakreśleniu całej sytuacji nie wypada już użyć tego sformułowania. Dla mnie takie zachowanie obojga to świadome poniżenie i dobrowolne poddanie się poniżeniu, brak szacunku, i do siebie, i do partnerki. Nie znam się na psychice kobiet, ale o mężczyznach cośkolwiek wiem. Jak kobietę kochasz (kochasz, nie masz!), to ją szanuj.
Dziś naszło mnie coś, żeby powiedzieć trochę o tym jakiej słucham muzyki. Ostatnio słucham coraz rzadziej, ale nadal czasem ktoś pyta "czego słuchasz?".

Zdjęcia autorstwa Kuby Chrostowskiego. Więcej tutaj.
Gdybym miał odpowiedzieć jednym słowem powiedziałbym, że rapu, bo jest to najbliższe prawdy. Nie najbliższe, dlatego, że słucham PiKeja, tylko dlatego, że nie można tego, co czasem odtwarzam ograniczyć do jednego z gatunków muzyki. Nie jestem z tych, co mówią "słucham tego, co wpada w ucho", choć czasem gdy usłyszę gdzieś jakiś kawałek i mi się spodoba to wyszukuję go w sieci i odtwarzam. Tak było np. z tym: 

Miło się tego słuchało. Słuchało, bo to dla mnie muzyka... sezonowa bym powiedział. Lubię też czasem uśmiechnąć się przy Macklemorze. Nie wiem dlaczego, ale zawsze poprawia mi humor. Raz na jakiś czas wracam do czasów, gdy nie było mnie na tym świecie i odpalam "Kryzysową Narzeczoną" czy "Nie płacz Ewka". Choć są to utwory młodości raczej moich rodziców niż mojej, to mam do nich swego rodzaju sentyment. Właśnie. Przyszło mi teraz do głowy, że często gdy słucham jakiegoś utworu, to kojarzy mi się on z określonym czasem w moim życiu. Znasz to uczucie? Słuchasz czegoś sprzed 3 lat i przypominasz sobie, jak się wtedy czujesz i z kim się spotykałeś, co robiłeś. Mam tak np. przy tym:

Jeśli jednak chcę posłuchać czegoś, co naprawdę lubię zwłaszcza ze względu na tekst, to jest to rap. Recenzowałem tutaj Pezeta i Ks. Bartczaka. Myślę, że w najbliższej przyszłości zagości tu refleksja o jednym z najnowszych polskich krążków, ale póki co polecę swojego ulubieńca, jakkolwiek fatalnie to brzmi. Jestem dumny, że jest z tego samego miasta, co ja, i... hm, zainspirowany. Quebonafide. Nie przesłuchałem całego polskiego rapu, ani nawet połowy. Jednakże trochę już słyszałem i on zrobił na mnie największe wrażenie. Dlaczego? Słyszałem wiele mądrych tekstów, wiele głupich, jedne bujają, inne mają świetny przekaz, tekst. Ale tak błyskotliwej liryki nie słyszałem. Nie porównuję Queby z Mickiewiczem czy Słowackim, choć moim zdaniem i oni mogliby nie dorównać pod względem celności, błyskotliwości porównań i porównań. Świetnie gra słowem, ma ogromną wiedzę ogólną. Flow i bity oczywiście też, ale nie na tym się skupiam. Składa słowa w rymy, nie pozbawiając ich sensu, wręcz przeciwnie. Jego rap zarówno na autorskim krążku Eklektyka, jak i na wszelkich występach gościnnych to dla mnie powiew świeżości w Polsce. Czekam na płytę roku z Eripe. Na zakończenie:
A Ty czego słuchasz? 

Napisz w komentarzu, jestem ciekaw jaki gatunek/wykonawca przeważa wśród czytelników Minus 3 dioptrii. 5!
Panoramę oglądałem. Akurat była wiadomość o tym, że Kościół w Polsce stara się o to, żeby uczniowie mogli zdawać religię jako przedmiot dodatkowy na maturze. Jak zwykle jedni są za, drudzy przeciw. Kto przeciw? Lewica, a jakże. Dlatego przecież jest lewicą. I wszystko nawet byłoby normalnie, ale jeden pan mnie rozbawił.



Dariusz Joński zapytany co sądzi w tej kwestii powiedział "Matura ma sprawdzać wiedzę, nie wiarę. Ktoś tu się chyba pomylił.". (mogłem delikatnie przeinaczyć, wybaczcie zawodność mej pamięci) Uśmiech na twarzy, naprawdę szczery.



Panie Darku, trafił pan w sedno - ktoś tu się chyba pomylił. Argument "Matura ma sprawdzać wiedzę, nie wiarę." jest dla mnie komiczny. Jest Pan posłem, więc na pewno ma Pan maturę. A skoro zdawał ją Pan, to na pewno nie jest Panu obce, że, no może poza polskim, na maturze nikt nie pyta o zdanie zdającego na dany temat. Jak Pan sobie wyobraził tę maturę? Że siada dziewiętnastolatek i pisze świadectwo swojego życia? Bawi mnie to doprawdy, bo dla mnie matura z religii, to mogłyby być pytania o Katechizm Kościoła Katolickiego, o jakieś tam fakty z Biblii, o Kodeks Prawa Kanonicznego, o zasady Eucharystii, nie wiem, o pacierz, ale nie o to, czy ktoś wierzy, czy nie. Czy zdawanie matury z religii uczyni z kogoś osobę wierzącą? Dla mnie to pytanie brzmi tak samo jak: czy stanie w garażu uczyni z kogoś samochód?

Poprawił mi Pan humor, ale muszę przyznać: ktoś tu się pomylił, Panie Darku.


Wolność.

Święto Niepodległości już 3 raz z rzędu stało się obiektem wewnętrznego sporu pomiędzy nami. Dlaczego?

"Bo się tłuką!" "Bydło!" "Podludzie, wszystko kiboli wina!"

Sratatatatatatata. Kolejny raz na Marszu Niepodległości doszło do zamieszek. Dlaczego? Ot dobre pytanie. Niestety raczej nie do mnie. Dziś też nie rozpiszę się za bardzo, wspomnę tylko o tym, że media tradycyjnie nie popisały się rzetelnością. I ja nie mówię, że wina Tuska, że kibole to bydło. Tylko dlaczego władza walczy z katolickim krzyżem (2010r.), a tęczy, jakby nie patrzeć, homoseksualnej, broni?


Bądź co bądź, płonąca tęcza to gorący temat

Tak, wiem. Tęcza jest symbolem przymierza, przymierza Boga z ludźmi. Ale pomyśl, z czym Ty sam ją skojarzyłeś w pierwszej kolejności? Dziękuję, a teraz szczypta empatii i już wiesz, że o tym samym myśleli podpalacze. Nie bronię ich, choć nie uważam ich występku za szczególnie zły dla społeczeństwa. Oczywiście własność publiczną trzeba szanować, jednak myślę, że mniejszą szkodą jest palenie tęczy, niż okradanie podatników. A jak roztrwonić (spalić) ich pieniądze wie chyba najlepiej pani Hanna Gronkiewicz-Waltz, cytuję: Nie może być tak, że ktoś niszczy dobro publiczne, nawet jeśli uważa, że ono jest nie w tym miejscu i nie tak powinno wyglądać. Dlatego uważam, że powinniśmy to za każdym razem odnawiać. Dlatego, że jeżeli pozwolimy i ustąpimy przed chuligaństwem, niszczeniem, to znaczy, że ono z nami wygrało. Ja sobie nie pozwolę na to, żeby to wygrało, także ile razy trzeba będzie odbudowywać, tyle razy będziemy. I tak oto dowiedziałeś się, co za Twoją kaskę kupi sobie Miasto Stołeczne Warszawa - tęczę. Postawa pani Hanny godna oklasków, tylko bądźmy szczerzy, ta tęcza znów spłonie. 

I na sam koniec awantura o budkę policjantów. Ojejku, co się stanęło. W Rosji zginęło 96 Polaków w katastrofie tupolewa, który "spadł" nie tylko z winy naszej, nie zagłębiajmy się, i Rosjanie się tak nie łasili, jak Polacy wobec nich za tę marną budkę. A przypomnijmy, że nic nikomu się nie stało. Ambasador oburzony, ważni rosyjscy przedstawiciele w mediach mówią (wyrwane z kontekstu i jak dokładnie się nazywali i kim są nie pamiętam, oglądałem Panoramę o 18 i tam wyemitowali poniższe): (...) może dojść nawet do demonstracji przed polską ambasadą. Tylko ja mam wrażenie, że to brzmi jak ich zapowiedź? Ale to jeszcze nie najlepsze, później: jeśli Polska chce, to Rosja może sama pilnować swoich ambasad. Hola, hola. Jeszcze tego brakowało. Nie jestem wybitnym historykiem czy też doktorem nauk społecznych, ale moja pesymistyczna-narodowo strona mówi mi, że jeszcze trochę i władza (nasza, nasza, oczywiście, że nasza) przyklaśnie na ten pomysł. A później zostanie nam już tylko "Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie". A może już zostało?
                                                                                                                        

Ciekawy artykuł w temacie tego postu.


Walczyłem z szablonem przez ponad godzinę, mam świadomość niedoskonałości, które widać teraz na blogu.
Tym razem bardzo krótko i zwięźle. Obchodzimy dziś 95. rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. Po 123 latach zaborów Polacy znów mogli żyć we własnym państwie.

W nocy z 6 na 7 listopada utworzony został Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej zorganizowany przez działaczy lewicy niepodległościowej. Na jego czele stanął Ignacy Daszyński. Dlaczego więc świętujemy 11 a nie 7 listopada? 

Ponieważ 11 władza w Polsce została przekazana w ręce Józefa Piłsudskiego, który powrócił zwolniony z internowania w Magdeburgu. 

Dziękuję Weronice Skierkowskiej za umożliwienie mi wykorzystania Jej fotografii.

Wtedy Polska była podzielona, ale cel był jeden - wolność. Dziś jesteśmy jeszcze bardziej podzieleni, a jaki mamy cel? Trudno to określić, przynajmniej mi, bo dla mnie, to każdy ma tutaj swój własny, nie tyle cel, co interes. Jeden idzie na marsz się pokazać, inny porzucać kamieniami i poganiać z policją, jeszcze inny zwyzywać dwóch pierwszych i machać flagą w kolorach tęczy, a jeszcze inny po prostu chciał oddać hołd tym, dzięki którym tamci trzej mogą się obrzucać mięsem i twardymi przedmiotami w wolnym państwie.

No właśnie, wolnym? "Nie sugeruję, ja tylko pytam" i pamiętajmy, że wolność nie została nam dana na zawsze. Jakkolwiek to zrozumiesz, to pomyśl o tych, dzięki którym myślisz po polsku.


Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym z nich jesteś Ty.

Wielu z Was pewnie zna ten cytat z opowiadania Andrzeja Sapkowskiego. Czytałem to dzieło chciwie tak, jak i całą sagę. I to zdanie spodobało mi się jakoś, bez szczególnego powodu. Zastanawiałem się nad nim, co to może znaczyć? Jest jakieś przeznaczenie?

Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym z nich jesteś Ty. Co to znaczy "jestem jednym ostrzem przeznaczenia"? Myślę, że chodzi o to, że w połowie decydujemy o własnym przeznaczeniu my sami. Decydujemy o tym, co nas spotyka. O tym, czego doświadczamy. To jedno ostrze, to nasze wybory, decyzje. Mamy wolną wolę, możemy ciąć naszym ostrzem świadomie i tam, gdzie chcemy. 




A co jest drugim ostrzem miecza przeznaczenia? Jak dla mnie - wszystko. W połowie Ty decydujesz o tym, co dostaniesz od życia. A w połowie decyduje życie, przeznaczenie, przypadek, los. Jakkolwiek to nazwiesz, jest część Twojego bytu niezależna od Ciebie, coś, na co wpływu nie masz i nigdy nie będziesz miał. To ostrze miecza tnie, jak mu się podoba. Nie masz prawa głosu, masz swoje ostrze, a do tego nie masz żadnych praw. 

Taka krótka refleksja, rozkminka, która chodziła za mną już jakiś czas. Obojętnie, czy jesteś fanem Geralta, czy nie, to miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, a Ty jesteś jednym z nich.
"Wieczorem przed mym laptopem, wystawię opinię i wyśmieję ich." Patrząc na to, jakby nie patrzeć mego autorstwa, zdanie mogę o sobie powiedzieć "hejter". Zabawne, choć nie "hejtuję". Dziś się po ludzku śmieję, muzyka gra. Tym razem będzie "bez pokory sorry, ale no offence", parafrazując Quebę. Przeglądając facebooka, trafiłem na to:
Chłopak miał urodziny, kumple chcieli mu zaśpiewać "Sto lat". Odpalił świeczkę biedak i bach! Urodziny zepsute. Dzielni stróże prawa bezpardonowo wkroczyli na trybunę i rzezimieszka zgarnęli. No bo co to za świeczki na stadionie? Doprawdy, bawi mnie to. Szkoda mi go, ale jak widzę 20 młodych ludzi i 3 policjantów, którzy zgarniają jednego z bandziorów, a to wszystko przecież gra warta... świeczki. Kabaret. W Polsce wystarczy wyjrzeć przez okno, wyjść na spacer i nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać. Policyjna prowokacja! Zabrali chłopaka, zabrali świeczkę! Taka przygoda i to w urodziny. Tylko Rzeczpospolita uświetni Ci rocznicę narodzin takimi atrakcjami.
***
Przeglądam facebooka dalej, co widzę? Ask.fm, ask.fm, ask.fm, jakieś zdjęcie, ask.fm, ask.fm, ask.fm, jakiś post, ask.fm, artykuł, blog, ask.fm etc. Nastolatkowie krzyczą "zapytaj mnie! pogadaj ze mną! jak już serio ci się nie chce, to chociaż zapytaj mnie o cokolwiek anonimowo! no weź zapytaj!". Zastanawiam się, z czego to wynika. Mogę się mylić tak, jak Ty i każdy inny człowiek, ale jak na mój gust to efekt kilku złożonych procesów. M.in. kompleksów, szerokiego i nieograniczonego dostępu do Internetu, braku zapału do nauki, pracy, rozwoju. Zapewne jeszcze kilka rzeczy można by wpisać na listę przyczyn "sukcesu" aska, ale chwilowo nie mam takowej i takowych rzeczy. O co chodzi z tym askiem? Rozumiem, nie chcesz się uczyć. Nie ucz się. Ale czy to nie można obejrzeć filmu, poczytać książki, porysować, może popisać, posłuchać muzyki? Można. Jest jednak różnica, w przypadku wszystkich wymienionych czynności pozostajesz "bierny". Nie odpowiadasz, tylko chłoniesz to, co oglądasz. Rysowanie czy pisanie nie jest z pewnością chłonięciem, jednak rysujesz do szuflady, chyba, że się tym z kimś podzielisz. Ask umożliwia mocno naciągany kontakt z drugą osoba. Tylko po co naciągać? Zamiast odpowiadać na pytania, możesz pisać ze znajomymi. Dlaczego każdy myśli, że nie wolno zadać 1 pytania i na tym skończyć? Skoro na asku można, to dlaczego nie można na czacie?
Rozumiem, że gimnazjalistki, gimnazjaliści zakładają aska, bo czuję potrzebę uzewnętrznienia się i inaczej nie potrafią. No ale liceum? 1 liceum, to jeszcze prawie gimnazjum, spoko. Ale maturzyści? Nie każę spoważnieć, ale czasem czytam te "wypociny" i widzę, że niektórzy, choć dowód już w portfelu noszą, to anonimowe pytania, a częściej osądy, biorą bardzo poważnie. Luźna guma, po co się nadstawiać "hejterom"?



I tym oto sposobem już po raz czwarty piszę o ask.fm, którego fenomenu wciąż zrozumieć nie potrafię. Jeśli tak genialne jest pozwolenie ludziom odpowiadać na pytania, to co stoi na przeszkodzi, żeby jeszcze im je zadawać? Czy twórcy aska zamiast standardowych pytań nie mogliby opracować bota, który po wypełnieniu należnego kwestionariusza zadawałby pytania związane z dziedziną/wynikiem testu?

Nudne, ać niecodzienne przemyślenia wywołuje u mnie zacny wynalazek. Dziś nie silę się na powagę. Szanuję wszystkich, choć czasem uśmiecham się widząc kolejne i kolejne aski, sraski, wynalazki. Zapraszam do komentowania i dyskusji kreatywnej oczywiście, nie tej rodem z aska. 5!
Święto Wszystkich Zmarłych jest świętem katolickim, ale i niewierzący je obchodzą - cóż, taka kultura. Obyczaje Polaków w dużym procencie ukształtowane są przez katolicyzm, dlatego też wiele osób "bulwersuje się" na wieść o Halloween. Ja sam za nim nie przepadam i w żadnym wypadku nie "obchodzę". Mógłbym temu poświęcić jeszcze trochę linijek, ale nie o tym dziś, bo to wczorajszy temat.



Mamy święto zmarłych, więc, wierzący czy nie, wszyscy odwiedzamy groby bliskich. Część zapala tylko znicze, dla innych 1. listopada jest dobrą okazją, żeby spotkać się z rodziną i porozmawiać, inni modlą się w kościołach, na cmentarzach w domach.

Te 2 dni, bo i jutro przecież, są dla nas czasem intensywnego myślenia o śmierci, przemijaniu, ulotności. Czasem jakichś refleksji, może wyciszenia, zastanowienia się nad pewnymi sprawami. Nie składamy sobie życzeń, ale jesteśmy nieco milsi, spokojniejsi. Jesteśmy? Dlaczego więc tak często widzimy sytuacje takie jak ta:

Znicz ma pokazać, że pamiętamy, pamiętajmy więc trochę dłużej, niż dopóki widzimy znicz. Często odwracając się od grobu, odwracamy się do swojego życia i patrzymy na nie bardzo przyziemnie. Myślimy o zmarłych, dopóki nie myślimy o... żywych, a raczej o nas samych. Może warto spróbować przez ten jeden dzień, w porywach do dwóch, być filozofem/myślicielem, być wyżej niż jezdnia, światła, tłok i pomyśleć trochę o tym jak żyjemy i jak skończymy? A jeśli nie stać nas na to, to nie przeszkadzajmy chociaż tym, których stać.

Jestem pewien, że zmarli bardziej ucieszą się z naszej cichości, zamyślenia, refleksji, szacunku do ludzi, niż z zapalonej świeczki.