Często piszę w sposób dość kaznodziejskich, jednak, jak sam tytuł bloga wskazuje, chcę tutaj zamieszczać swoje myśli, obserwacje i przypadki. Takie zwykłe, codzienne.



I tak dziś 21 września. Pielgrzymka do Rostkowa. Już trzeci raz z rzędu mam wziąć udział. W poprzednich latach szło bardzo wielu znajomych. W tym roku ogólnie pielgrzymka była mniej liczna, więc i moich znajomych było mniej. Nie chciało mi się iść. Serio. Po co? Przecież już byłem.

Głupi nastrój, głupie sytuacje sprawiły, że jeszcze bardziej mi się nie chciało. Ale poszedłem. Trudno opisać to, jak bardzo jestem zadowolony z tej decyzji. Skorzystałem na swoim wysiłku i poświęceniu. Poświęceniu, bo cały dzień wyjęty z życia + rezygnacja z możliwości wyspania się to bardzo dużo.

A co się wydarzyło, że się tak cieszę? Nic! Po prostu modliłem się, śpiewałem, krzyczałem, służyłem, rozmawiałem. Nic więcej. Drugi człowiek, trochę słońca, a radość ogromna. Ach no i jeszcze jeden, mały, z pozoru ryzykowny krok. Pogo! Do tej pory tylko raz miałem okazję wziąć w nim udział i z niej nie skorzystałem. Dziś sobie nie odmówiłem i było świetnie. Muzyka na koncertach zawsze niesie, można powiedzieć "buja", lecz gdy dołączysz do tego te doznania mocno fizyczne jest naprawdę, nie używam tego słowa, ale tutaj pasuje jak ulał, jest meeeeega!

Zaryzykowałem stratę dnia i w małym stopniu uzębienia i zarówno jedno ryzyko jak i drugie dało wiele radości, uśmiechu i zwyczajnie zabawy.

Ryzykuj, naprawdę warto.

I na koniec kawałek, który najbardziej zapadł mi w pamięci.




Dawno już nie zaglądaliśmy do plecaka. Droga jest długa, a nasz ekwipunek często wykorzystujemy. Nic więc dziwnego, że czasem się psuje czy też po ludzku rozlatuje. Co możesz wtedy zrobić, żeby uczynić go wciąż sprawnym? I znów nie ma jednej odpowiedzi. Wszystko zależy od tego, co się zepsuje. Raz pomoże taśma, raz sznurek, a innym razem klej.

Co jest naszym klejem, sznurkiem, taśmą? Moim zdaniem... Miłość. Miłość jest jedna, lecz bardzo różna. Raz jest klejem, a kiedy indziej sznurkiem. Miłość do bliźniego, do naszej latarki, do kompasu, do rodziny, do siebie samego, czyli noża, zapałek czy też okularów. Każdy z tych przedmiotów może się popsuć. Czasem trzeba skleić okulary, a czasem doczepić klapkę w latarce, żeby nie uciekły baterie. Bo cóż nam po tych wszystkich przedmiotach, gdy będą uszkodzone? Miłość to podstawa. Podstawa dobrego korzystania z tego, co jest w plecaku.

Niestety miłości też może nam brakować. Może masz samą taśmę? A może tylko sznurek? Co możesz zrobić?

 Musisz walczyć, zmieniać to, co dostajesz od drogi, nawet złego, np. zarośla, czyli pułapki, w dobro, czyli w sznurek - miłość. Im więcej zarośli przemienisz w sznurki, tym łatwiej będzie Ci to później przychodziło. Co więcej z łatwością będziesz mógł podzielić się z kimś swoimi sznurkami, aby pokazać mu, że zarośla można wykorzystać, a nie tylko wyklnąć przy przechodzeniu przez nie. Oczywiście, zrobienie z zarośli sznurka to masa pracy i czasu, jednak najważniejsze są chęci. Jeśli naprawdę tego chcesz, osiągniesz to.




To moja pierwsza recenzja filmowa, jeśli można to tak nazwać. Sprawdźmy, jak sobie poradzę.

Napisałem "jeśli można to tak nazwać", bo chcę się skupić nie tyle na filmie samym w sobie, co na tym, jakie niesie ze sobą przesłanie. Myślę, że jest to bardzo ważne, a ostatnio odczuwam tego brak w kinie.

Film "Sierpniowe niebo. 63 dni chwały" opowiada o Powstaniu Warszawskim, a także o tym, jak dziś wygląda nasza pamięć o nim. Na początku filmu słyszymy Bilona, członka hip-hopowego składu Hemp Gru, który rapuje o wydarzeniach z sierpnia '44. Jeszcze kilka razy w trakcie produkcji możemy usłyszeć jego muzykę.

Akcja dzieje się na dwóch płaszczyznach czasowych. Jedna z nich to wojna, a zwłaszcza wspomniany sierpień '44, a druga to czasu współczesne, kiedy to w trakcie budowy robotnik odkrywa szczątki ludzkie w miejscu, gdzie miał kopać. Od tego momentu film to przeplatane sceny z przeszłości i z teraźniejszości. Ich dobór, a także zestawienie ze sobą nie są przypadkowe i dobrze pokazują stosunek dzisiejszych Polaków do bohaterów sprzed siedemdziesięciu lat. 

Warto wspomnieć, że w filmie udział wzięli Wilku i Bilon. Oprócz zapewnienia muzyki występują też jako aktorzy. Ich role nie były może wymagające, ale jak najbardziej autentyczne. Cieszę się, że wzięli udział w tym projekcie, ponieważ ich popularność może wpłynąć na odbiór filmu wśród młodzieży.

Film daje do myślenia. Nie umiem raczej pisać recenzji filmu, ale wiem na pewno, że nie powinienem go streszczać całego, więc już więcej nie piszę. Pędź do kina i obejrzyj, póki grają. Obiecuję, że warto. Warto też po powrocie do domu usiąść i się zastanowić, jak ja traktuję ludzi, którzy walczyli o to, bym mógł po polsku pisać, czytać i mówić.


Nie oglądam dużo telewizji. Wczoraj mecz, dziś przy kolacji Wiadomości. Wcześniej kręciłem się w okolicach telewizora i zerknąłem na Wydarzenia polsatowskie. Związki zawodowe strajkują. Strajk jest, ludzie protestują, więc, jak widać, musi być jakaś tego przyczyna. A telewizje, i publiczna, i Polsat, zamiast przedstawić przyczynę, dlaczego tyle ludzi wychodzi na ulice, to chce zrobić z nich debili i egoistów. Jak wynika z wiadomości, ludzie pracy (związkowcy) troszczą się tylko o siebie i generalnie to ich działania mają być szkodliwe dla bezrobotnych. No bo jak to tak? Robotnicy chcą większej płacy minimalnej? No chyba ich pogięło. 1600 brutto i jeszcze im mało. Ba! Od przyszłego roku już 1680! Dać palec, to wezmą całą rękę...

Przecież podwyższenie płacy minimalnej będzie złe dla Polski i Polaków, bo bezrobotnym będzie trudniej znaleźć pracę (jakby teraz było łatwo). Gówno prawda. Zwiększenie płacy minimalnej ma odstraszać pracodawców, a przepraszam bardzo złodziejskie podatki, składki, itd. to przyciągają?

Wczoraj wygraliśmy w żenującym stylu 5-1 z San Marino, czyniąc jednocześnie bankiera bohaterem narodowym. Gramy jak... bardzo źle gramy. A dziś w telewizji słyszę, że szanse wciąż są, że będziemy walczyć do końca, że jesteśmy w grze. Sam wczorajszy wynik nie jest może zaprzeczeniem moich słów, ale to, że mamy w perspektywie mecze wyjazdowe z Anglią i Ukrainą, a jesteśmy w słabej formie, już tak. Co jak co, ale mundial  w 2014r. uważam za nieosiągalny.

To tylko telewizyjna doba, ale takich sytuacji są setki. Budżet państwa w opłakanym stanie? Nieważne, matka Madzi skazana! Polityka zagraniczna leży? E tam, walczymy z kibolami! I tak w kółko.

Obiektywizm nie musi być wszędzie. Tutaj nie musi, bo to mój blog i ja decyduję, co myślę i co napiszę. Ale w telewizji, a już zwłaszcza publicznej, obiektywizm to podstawa. Wiadomości, z tego, co wiem, są z założenia programem informacyjnym, a nie opiniotwórczym.

Szkoła i ogólnie dzisiejsza rzeczywistość odzwyczaja Cię od tego, ale musisz myśleć sam. Musisz, jeśli chcesz znać prawdę. Prawda jest jedna, ać bardzo obszerna. Od czego więc zacząć? Wyłącz telewizor.


Jedno miasto, tydzień różnicy. Ciechanów. 31 sierpnia odbywa się koncert Braci Cugowskich z okazji zakończenia lata. Na zamkowych błoniach pojawia się sporo ludzi. Wszyscy dobrze się bawią. Artyści śpiewają. Po jednej z piosenek Cugowski wykrzykuje do mikrofonu "tak kurwa właśnie jest!" (lub coś w tym stylu, mogłem się nieznacznie pomylić). Koncert odbywa się dalej. Wszyscy są zadowoleni i ok. 23 impreza się kończy.

W tej samej miejscowości tydzień później stadion miejski. Mecz MKSu Ciechanów ze znienawidzoną przez większość tubylców Polonią Warszawa. Nie będę opisywać całego cyrku, jaki miał miejsce na stadionie. Chodzi mi tylko o analogową sytuację. Na stadionie i w jego okolicach dziesiątki mandatów za przeklinanie dostają kibice lokalnego MKSu. Dlaczego? Są gorsi? Tutaj przekleństwo i tutaj przekleństwo, więc dlaczego artyście wolno, a młodemu chłopakowi nie?

To jedna z setek sytuacji, które pokazują, że mimo rzekomej demokracji, są równi i równiejsi. Ślady po socjalizmie zostają niezatarte, a niektóre są regularnie odświeżane. Chciałbym, żeby prawo było dla ludzi, nie ludzie dla prawa. I żeby było normalnie...

Więcej o organizacji meczu i samym spotkaniu MKS Ciechanów - Polonia Warszawa:

Ciechanów Inaczej

Strona Kibiców MKSu

Oficjalna strona MKSu

CiechTiVi

CiechTiVi 2


Idziesz. Masz cel. Dążysz. Niestety potykasz się. Upadasz. Leżysz. Chcesz wstać, ale pierwsze próby kończą się niepowodzeniem. Z czasem przyzwyczajasz się do tego, że leżysz. Zaczynasz poznawać wygodne pozycje. I zastanawiasz się, po co właściwie wstawać? Już nie pamiętasz, jak to jest iść, jak to jest nie leżeć. Na szczęście masz ze sobą swój plecak, a w nim... Fotografie.

A cóż Ci dadzą fotografie? Podniosą Cię i zmuszą do dalszej podróży? Raczej nie. Jednak to, co będą przedstawiać, może znów przekonać Cię, że warto wstać, a potem ruszyć na szlak. Więc co powinno być na tych fotografiach? Coś, co przedstawi chwile drogi, dla których przeżycia warto było iść. Chwile, które mogą być namiastką możliwych kolejnych "przygód". Rzeczy, które mają wartość większą, niż "zwykłe" przedmioty.

A co tak naprawdę jest naszymi fotografiami? Fotografie, tylko nie fizyczne, nie elektroniczne, ale te w naszej głowie, ktoś może powiedzieć, że w sercu. To nasze wspomnienia. Te dobre. Czasem "fotografia" może przedstawiać coś złego, czego widok przypomni nam, że to pokonaliśmy. A im więcej fotografii, tym więcej wspomnień, więcej motywacji, więcej uśmiechów i łez. Przecież każdy z nich kształtuje nas w dokładnie takich, jakimi jesteśmy w tej chwili.

Jeśli myślisz, że nie masz po co wstawać, to zajrzyj do plecaka. Może masz tam jakieś zdjęcia. Obejrzyj, przypomnij sobie, wyobraź i ruszaj!


Piękny tytuł, szkoda, że prawdziwy. Im więcej ma być dobrze, tym mniej jest. Chcieli poprawić oświatę. I co? I gówno.

 Reforma programowa, sratatata. Podręczniki muszą mieć napis/znaczek/aneks "Zgodny z nową podstawą programową.". Muszą! Pracowałem przy sprzedaży używanych podręczników szkolnych i napotykałem zarówno te z napisem "Zgodny...", jak i te bez. I ten napis, to w zasadzie jedyna różnica pomiędzy tymi podręcznikami. Nie chcę uogólniać, ale widziałem spisy treści, porównywałem losowo dobrane strony. Najczęściej wszystkie są jest takie same. Czasem różnią się miejsca, gdzie wydrukowane są obrazki, raz góra, raz dół strony. Zdarzało się też, że tematy były przesunięte o kilka stron, ale to już w porywach. Po co więc ta reforma, która prawie niczego nie zmienia? I kto na tym zarabia? A kto produkuje książki? Komu więc na rękę było zmienienie podstawy programowej i podręczników? Nie sugeruję, ja tylko pytam.

Dalej. Zaczynam właśnie liceum. Klasa super, nauczyciele w porządku, szkoła też. Jeszcze jedna ważna rzecz, przy której ręce opadają. Podstawa programowa. "Lepsza" od poprzedniej. W praktyce moje nauczanie w liceum ogólnokształcącym na profilu matematyczno-informatycznym będzie wyglądać następująco: pierwsza klasa normalna, coś jakby przedłużenie gimnazjum, tyle, że dochodzi WOK i PP. A potem? I tu się zaczyna, moim zdaniem, pomyłka ustawodawców. W drugiej klasie będę miał matematykę, fizykę, polski, historię z wosem połączone w jedne zajęcia, informatykę. Żadnej biologii, żadnej chemii, żadnej geografii! Nie, nie pomyliłem się. Dlaczego mi się to w ogóle nie podoba? Powinienem się cieszyć. Pewnie tak, ale ostatnio zrobiłem się jakiś poważny i powoli myślę o przyszłości. Przyszłości, której horyzonty mocno zawęziło mi Ministerstwo Edukacji Narodowej. Dlaczego narzekam? Mogłem przecież wziąć inny profil. Pewnie, że mogłem. Niestety mój profil nie jest jedynym poszkodowanym. Poszkodowani jesteśmy wszyscy, przynajmniej wszyscy urodzeni w latach '96, '97. Jeśli podstawa programowa się nie zmieni, to i młodsze roczniki odczują nieudolność obecnego programu. Dlaczego o tym piszę? Jestem na MI, ale chciałbym uczyć się dalej chemii i geografii. Interesuje mnie to, ale kogo to obchodzi? Mnie. I chyba tylko mnie. Od drugiej klasy nie uczę się przedmiotów przyrodniczych poza fizyką i koniec, kropka. Jak Bóg da, to nie zmieni mi się pomysł na resztę życia i MI wyuczy mnie do matury, a ona pozwoli iść na studia, z którymi wiążę przyszłość. A jeśli zmieni mi się coś? Mi, to mały problem. Jestem jeden. Może akurat mi się uda, ale ile osób na MI czy na mat-fizie obudzi się w połowie drugiej klasy i stwierdzi, że chce być lekarzami?

Zapewne w zamyśle ustawodawców było zwiększenie liczny zajęć, które przygotowują nas bezpośrednio do matury i zmniejszenie liczby zajęć, które na maturze i "w życiu" nam się nie przydadzą. Ekstra. Tylko czy trzeba było je zmniejszać do zera?

Im więcej mamy się nauczyć (bo chyba po to ta reforma i cyrki z lekcjami od drugiej klasy LO), tym mniej umiemy. Może nie ja, może nie Ty, ale wielu z nas wyjdzie z liceum bez perspektyw na przyszłość, bo to, czego uczyli się przez liceum nie będzie dla nich w żaden sposób ciekawe lub, co gorsze, nie da im zarobku. Im więcej zmian w oświacie, tym mniej w niej dobrego.

Nie wierzę w szczęśliwe podkoszulki, ale zainspirowany różnymi kreacjami filmowymi postanowiłem użyć tego rekwizytu, jako metafory do właściwej treści postu.

Droga długa, trudna, przeciwności pełna. Czasem zdarzają się sceny jak z filmów, tylko że my sami jesteśmy ich bohaterami. Są na naszej drodze sytuacje beznadziejne. Żadne z okoliczności nie wskazują na to, byśmy mogli sobie z całą sytuacją poradzić. Warto wtedy mieć ze sobą (na sobie) coś, co nas ochroni od zguby. W sumie nie tyle ochroni, co dam nam wiarę, że nic złego nie może się stać. Warto mieć na sobie lub chociaż w plecaku magiczny podkoszulek, aby w chwilach grozy (jakkolwiek śmiesznie to nie brzmi) pomógł nam nie stracić nadziei.

A co, tak naprawdę, jest naszym szczęśliwym podkoszulkiem? Wiara. Możesz wierzyć, że w jakiejś koszulce wygrasz każdy mecz. Możesz wierzyć, że modlitwa pomoże Ci i wygrasz. Ja wierzę, że wszystko jest po coś. Że wszystko, co napotykam na drodze ma mnie czegoś nauczyć, coś mi pokazać, abym dalej szedł mądrzejszy. Czasem dostajesz po tyłku przez brak latarki po to, żebyś przed kolejnym laniem zdążył ją znaleźć. Wiara jest bardzo ważna, pozwala stawić czoła okolicznościom, przezwyciężyć realizm, a czasem samego siebie. Pozwala iść do celu, gdy wydaje się on nieosiągalny (jak Liga Mistrzów w Polsce).

Musimy jednak uważać, by nasz szczęśliwy podkoszulek nie zamienił się w szczęśliwe, nigdy niezmieniane, majtki, a nasza wiara nie przerodziła się w naiwność.