Nieważne jak zaczynasz, ważne jak kończysz

Leave a Comment
Parę słów o tym, w jakim celu założyłem bloga znajdziecie na górze ekranu. Nie jestem specjalistą, ani od języku html, ani od obsługi komputera, więc nie opanowałem jeszcze wszystkich możliwości bloga. Postaram się to jak najszybciej zrobić, jednak pewnych rzeczy nie da się przyspieszyć.
 Dziś miałem okazję po raz pierwszy w życiu być na stadionie Legii Warszawa przy ul. Łazienkowskiej 3. Stadion robi wrażenie, zwłaszcza jak na warunki polskie, jednak trzeba przyznać, że Stadion Narodowy jest jeszcze bardziej okazały (ponad 20 000 miejsc różnicy). Z dojazdem i zaparkowaniem nie było problemu. Kupowanie biletów również odbyło się bez przeszkód i jeszcze przed godziną 13 zająłem swoje miejsce. Widoczność z górnego sektora jest naprawdę dobra. Na spotkaniu o 3. miejsce w turniej Generali Deyna Cup pomiędzy Austrią Wiedeń a Partizanem Belgrad było niewiele osób. Myślę, że około 5 tysięcy, ale nie jestem pewien, czy moje niedoświadczone oko potrafi dobrze ocenić. Poziom spotkania był mierny, zwłaszcza przed przerwą. 3. miejsce zdobyła drużyna z Wiednia, wygrywając 2-1. Na mecz stołecznego klubu przyszło co najmniej drugie tyle fanów, a myślę, że nawet więcej. Fluminese zagrało młodzieżą i gospodarze wygrali finałowe spotkanie 2-0. Udany występ zaliczyli Brzyski i Furman, a także młody Patryk Mikita. Raul Bravo pomimo strzelonej bramki, nie zaprezentował się moim zdaniem lepiej. Janusz Gol, przez wielu skazywany na odejście, zdobył ładną bramkę, która przypieczętowała zwycięstwo warszawskiej Legii.

 To tyle, jeśli chodzi o wątek czysto sportowy, chciałbym jednak wspomnieć o walorach... kulturowych wyjazdu na te dwa mecze, choć chodzi mi głównie o ten Legii. Nie bez powodu użyłem tutaj słowa "kulturowe". To, co dzieje się na dole, na boisku, to główna część całego wydarzenia i przyczyna wszystkich innych; nie da się temu zaprzeczyć. To, co jest tam na dole, czyli drużyna, łączy tych ludzi, którzy stoją nieco wyżej, na trybunach. Łączy dosłownie i w przenośni. To niezapomniane uczucie, kiedy stoisz obok obcej osoby, czy pomiędzy dwoma obcymi facetami, a gdy gniazdowy krzyczy "Tań-czy-my la-ba-da la", łapiecie się za barki, jak brat z bratem, i krzyczycie z całych sił wraz z kilkunastoma tysiącami innych ludzi to samo, co jeden charyzmatyczny, młody człowiek oddalony od Ciebie o kilkadziesiąt metrów kilka sekund wcześniej. Nie pamiętasz ile masz lat, ile masz kasy, ile masz sukcesów, ile masz problemów. Ona się liczy. Tylko Ona. Twoja ukochana drużyna. A gdy nie jesteś pewien, czy tylko Ona, przypomni Ci o tym kolega, który stoi obok i krzyczy:

Szkoła, praca, dziewczyna, rodzina,
Wszystko to nie obchodzi dziś mnie.
Kiedy gra ukochana drużyna, 
której dawno oddałem serce swe.

Wielu może odczytać ten tekst zbyt dosłownie, jednak on dobrze pokazuje, ile znaczy drużyna dla fanów. Ile znaczy ten mecz i doping, który niesie zespół do zwycięstw.

 Każdy ma jakieś problemy, każdy czasem czuje się sam. Ale nie tutaj. Tutaj nie ma Ciebie. Jest drużyna, której musicie pomóc w zwycięstwie, którą musicie wesprzeć nawet, gdy przegra w beznadziejnym stylu. Trybuny uczą pokory. Nie Ty jesteś ważny. Ważny jest zespół.

Uczą zaangażowania i oddania; podejmowania decyzji (na samym początku gniazdowy przez mikrofon powiedział: Jeśli ktoś się nie czuje na siłach, to niech wyjdzie, a kto zostaje ten krzyczy z całych sił przez pełne 90 minut) oraz odpowiadania za nie.

 Pomimo, hm, twardego języka, jakiego używają gniazdowi czy też sami kibice, to, co dzieje się na trybunach, to z pewnością jakaś kultura, to chęć wyrażenia siebie, a dla niektórych po prostu utożsamienia się z jakąś grupą. Uważam, że warto chodzić na mecze i warto nie przesiadywać ich na krzesełku, tylko stać i zdzierać gardło, choćby po to, by poczuć się częścią czegoś dużego, czegoś niekomercyjnego, czegoś robionego z pasji, czegoś, co ma sens i tradycję już od pokoleń.

A teraz, idąc za tytułem mojego pierwszego postu, zakończmy tę lekturę. Wyłącz muzykę, wyłącz telewizor. Wyobraź sobie mecz drużyny, której kibicujesz. Przyszedłeś sam, stoisz wśród obcych, speaker zapowiada spotkanie, podnosisz szalik ponad głowę. Nie żałuj głośników. Włącz:


Podnieś ręce, zamknij oczy...


0 komentarze:

Prześlij komentarz