Cóż, staram się dodawać wpisy najczęściej, jak mogę, ale tym razem będziesz musiał poczekać naprawdę długo; co najmniej do 3 sierpnia. Dziękuję za udostępnienia, komentarze i za lekturę tych wypocin. Gdybyś czuł niedosyt, to zapraszam tutaj:


Wszystkiego dobrego i do zobaczenia w sierpniu.


PS. Jedna myśl mi wpadła do głowy, więc jeszcze napiszę:
Przeglądając różnego rodzaju strony internetowe natknąłem się na "wyznanie" nastolatka, które brzmiało: boli mnie ta kurewska noga!
Logicznie myśląc, doszedłem do wniosku, że "kurewska noga", to noga należąca do ekhm, pani lekkich obyczajów, która szacunkiem raczej się nie cieszy. Więc, co tu dużo gadać, człowieku, zastanów się, co Ty sam o sobie piszesz, bo to nie inni Cię oczerniają, tylko Ty sam.
Co sprawdza egzamin gimnazjalny? Czy sprawdza wiedzę? Nie sądzę. Test pytań zamkniętych, pytania oparte na tekstach. Na większość pytań można odpowiedzieć, na podstawie tekstów. Oczywiście, odpowiedzi nie są wyłożone na talerzu, jednak drogą dedukcji wcale nietrudno dojść. Trzeba trochę pogłówkować. Pogłówkować, czyli spokojnie przemyśleć polecenie, mieć chłodną głowę. Niestety wiele osób bardzo się "stresuje" wchodząc na egzamin. Panikują już przed wejściem, ogarnia ich pustka w głowie itd. Ci, którzy (przetrwają :)) poradzą sobie ze "stresem", emocjami, może presją, będą mieli o wiele łatwiej napisać dobrze egzamin.

Niestety, często rodzice nie ułatwiają nam zadania. Już od dziecka rozpieszczają nas, głaszczą po główce, gdy coś nie wyjdzie, mówią na odchodne "tylko się nie stresuj synulku". Wielokrotnie powtarzane "stresowanie się" wchodzi biednemu dziecku do głowy i gdy ma sprawdzian, to już poprzedniego wieczora martwi się, żeby się przypadkiem nie "zestresować". Wyluzowywuje się, odpręża, wysypia, a następnego dnia bach! i się zestresowało dziecko. Sprawdzian zawalony, a przecież dobrze się uczył, uważał na lekcjach, w domu się nie przemęczał, żeby się nie zestresować, ale i tak się nie udało... Widać robił jeszcze za wiele, trzeba się lepiej wyluzować.



U niektórych może być sytuacja odwrotna, sprawdzian nie pójdzie, w domu awantura, w głowie mętlik i zaczyna się kucie na pamięć, wszystko, na pamięć. Siedzenie do późna w nocy, kucie, kucie, kucie. Presja, że znów nie pójdzie, że będzie zła ocena, no trzeba kuć, innego wyjścia nie ma. Rano dziecko wstaje, kuło się do późna w nocy, nad ranem się położyło, chociaż i tak pełne wyrzutów sumienia, że opuszcza na te 3 godziny książki, wstaje bidne dziecko, idzie do szkoły, nie je nic, żeby niczym sobie nie zaprzątać głowy przed sprawdzianem, a jak przychodzi co do czego to bach! i dziecko zapomniało wszystko, głowa pusta i w dodatku opada ze zmęczenia na czystą kartkę.

Te "historyjki" to oczywiście tylko przykłady, odpowiednio ubarwione, żeby pokazać, co prowadzi do niepowodzenia na sprawdzianie/egzaminie/teście. Co prowadzi? Skrajność, obojętnie, w którą stronę. Czy się uczysz opór, czy się nie uczysz w ogóle (żeby się nie zestresować oczywiście), to dobrze nie będzie. Potrzeba zdrowego rozsądku i to moim zdaniem jest przedmiotem, który sprawdza egzamin gimnazjalny. Oczywiście, nie mając żadnego pojęcia o tym, z czego piszesz egzamin, nie napiszesz go dobrze, ale zamiast koncentrować się na stresowaniu albo panice, że nic nie umiesz, to się wyśpij i powtórz sobie jakieś tam rzeczy, z których piszesz. Nie jestem psychologiem i nie chcę się unosić ponad Ciebie czy kogokolwiek, ale wiem z autopsji, co pomaga, a co przeszkadza. Nie myśl o stresie. Stres nie istnieje. Stres to wytwór Twojej wyobraźni. Emocje, które towarzyszą egzaminowi to nie stres. Po prostu jest to dość ważny egzamin i jak każda ważna rzecz budzi w Tobie jakieś uczucia. Nic więcej.

Reasumując, moim zdaniem egzaminy nie sprawdzają wiedzy tylko to, jak sobie radzisz z emocjami, uczuciami, czy się wyspałeś, czy nie panikujesz i wszystkie inne czynniki, które Ty nazywasz stresem.

I na koniec dodam, że klucze odpowiedzi ułatwiają życie egzaminatorów, ale wielu egzaminowanych krzywdzą, ponieważ ograniczają możliwości uznania odpowiedzi. Zapewne utworzono je, aby ujednolicić prawidłowe odpowiedzi, ale skończyło się wykluczeniem części z nich.
Uch, dzieje się wiele. U niektórych zawsze wiele się dzieje, ale na mnie wrażenie zrobiła ilość wydarzeń kulturalnych w Płocku. Był już Festiwal Młodych, będzie Audioriver, będzie Polish Hip Hop Festival. W dniu dzisiejszym zakończył się Reggaeland, a wraz z nim Przystań Miłosierdzie.



Cóż to ta Przystań?

Jeżeli wiesz, co to jest Przystanek Jezus, działający co roku na Woodstocku, to w zasadzie nie muszę Ci już niczego tłumaczyć. Jeśli jednak nie wiesz, co to Przystanek Jezus, to wyszukaj w sieci pojęcie 'ewangelizacja' lub 'Nowa Ewangelizacja'. Ogólnie zadaniem uczestników Przystani Miłosierdzie było głoszenie uczestnikom Reggaelandu Dobrej Nowiny o Jezusie, ale przed wszystkim bycie z ludźmi. Dawanie świadectwa o Jezusie i Kościele Katolickim. Pokazanie, że Kościół, to nie tylko nawracanie, że Kościół to nie narzucanie swojego zdania, ale twarde stąpanie po ziemi, a jednocześnie głęboka wiara w zbawienie i życie wieczne.

Jeśli chodzi o przyjęcie ewangelizatorów przez uczestników Reggaelandu, to naprawdę trudno narzekać. Życzliwość i wzajemny szacunek otworzyły drogę do wielu rozmów, myślę, że dla obu stron owocnych.

Spowiedź, modlitwa, uśmiech, radość, wiele śmiechu, wiele ciepła (pomimo deszczowej pogody).

Jeśli widzisz, jak rastaman uczy zakonnicę grać na bębnie, jak ksiądz pomaga wstać pijanemu, jak wyznawcy Jah, judaizmu i katolicy podają sobie dłonie, uśmiechają się, dyskutują to Przystań i popatrz, bo widzisz niewielki fragment Nieba w życiu doczesnym. To, co ich łączy; to, co pozwala im znaleźć wspólne cele i poglądy; to, co natknęło ich na siebie, to Miłosierdzie.

Dla mnie doświadczenie ewangelizacji, pomimo pozornej porażki, było ogromnym doświadczeniem działania Ducha Św. i Boga. Nauką pokory, wyrozumiałości, cierpliwości. Szkoła modlitwy i w pewnym sensie socjologii, bo każdy człowiek uczy, jak porozmawiać z kolejnym.

Nawet, jeżeli wierzysz inaczej lub nie wierzysz wcale, to warto rozmawiać, ponieważ
dialog uczy pokory, a Bóg, czyli Miłość jest w każdym człowieku. Każdy zasługuje by Ją otrzymać i każdy powinien się Nią podzielić.


"Weź, przestań, wierzysz w te zabobony. Na pewno moja koszulka potrafi przywoływać demony, tak, tak, tak. Na głowę chyba upadłeś..."


Czy taka koszulka może przywoływać do Ciebie duchy, demony, diabła? Jak uważasz?

To Twoja sprawa, czy wierzysz, że takie rzeczy, to furtki dla szatana do Twojego życia czy nie, ale powinieneś zastanowić się nad czymś innym.

Jeżeli jesteś zadeklarowanym chrześcijaninem, to czy wypada Ci nosić coś, co reprezentuje/oznacza obrazę dla Jezusa Chrystusa? (np. odwrócony krzyż)
Skoro mówisz, że wierzysz w to, że On umarł na krzyżu i zmartwychwstał, to dlaczego utożsamiasz się z zespołami i muzyką, które zaprzeczają temu?

To, co nosisz, reprezentuje Ciebie. Oczywiście ubranie to tylko nasze wierzchnie okrycie, jednak czy nawet tak mało ważna rzecz może być radykalnie niezgodna z tym, w co wierzymy? Moim zdaniem nie.

Jeśli masz jakieś ideały, wartości, to bądź im wierny  na wszystkich płaszczyznach Twojego życia. Jeśli wierzysz w miłość, to nie propaguj nienawiści. Jeśli jesteś katolikiem, to nie noś symboli okultystycznych na swoich koszulkach, a jeśli należysz do sekty, to nie noś krzyżyka na szyi.

Bądź wierny sobie, bądź wierny swoim ideałom.

Dla mnie pewnym wzorem w pozostawaniu przy swoim są muzułmanie. Czy widziałeś kiedyś muzułmanina, który na jakiejś części odzieży miałby przekreślony półksiężyc i gwiazdę? Ja nie. Niestety w islamie pozostawanie wiernym swojej religii często przeradza się w radykalną nietolerancję wobec każdej innej. Nie oznacza to jednak, ze nie można być wiernym swemu wyznaniu, nie szykanując innych.

Ważne w życiu jest to, żeby wiedzieć, czego się chce, w co się wierzy i żeby się tego trzymać.
"Ludzie są głupi. Głupio się zachowują. Popełniają błędy. Ja też popełniam, ale..." - tak myślałem jakiś czas temu. Na mojej drodze pojawiło się jednak sporo osób. Dwie z nich nauczyły mnie, że każdy człowiek ma swoją historię, swoje życie, swoją drogę i każdy ma prawo do bycia zrozumianym, nie tylko ja.

Jednak po kilku rozmowach z kolegą, starszym, warto to podkreślić, zauważyłem, jak wielkie błędy robię przy osądzaniu ludzi. W zasadzie samo osądzanie jest błędem. Można mieć o kimś jakieś zdanie, ale nie można kogoś na coś skazywać.



Widzisz osobę, widzisz, co robi. Co robi w danym momencie. Masz więc wiedzę, jaka jest ta osoba w momencie, w którym ją widzisz. Zazwyczaj nie wiesz jednak, co motywuje tę osobę, A motywacja jest bardzo rozległa. Życie człowieka od momentu urodzenia, rodzina, w której się wychowywał, lub jej brak, środowisko, kraj, część województwa lub nawet miasta, ludzie, którzy stanęli na jego drodze - to jest motywacja działania człowieka. Wszystko jest po coś i wszystko ma na nas wpływ. Jedne rzeczy nas kształtują, inne uczą, jak się im nie poddawać, inne spotykamy tylko po to, by więcej nie chcieć spotkać i zobaczyć na własne oczy, jakie niosą ze sobą konsekwencje. Jednak to wszystko bez wyjątku jest po coś.

To, co widzimy, co robi drugi człowiek, to chwilowy finał i efekt wszystkiego, o czym pisałem w poprzednim akapicie. Zdecydowana część naszego życia zależy od nas, jednak są rzeczy, których sobie wybrać nie możemy, a które wpłyną na nas. Nie możemy więc oceniać człowieka tylko po tym, co robi w danym momencie. Nie oznacza to, że mamy wszystko akceptować, ale nie możemy też potępić człowieka, bo zobaczyliśmy, że robi coś źle lub po prostu inaczej niż my.

Kilka takich rozmów z kolegą, kilka refleksji i zacząłem patrzeć na ludzi inaczej, bardziej wyrozumiale, starałem się ich zrozumieć, może nawet odgadnąć, dlaczego robią tak, a nie inaczej...

Pomimo starań nie zawsze potrafiłem przypomnieć sobie o wnioskach, z którymi właśnie się zapoznałeś. Spotkałem osobę, z którą musiałem spędzić 2 tygodnie, która mnie mocno irytowała i której za nic nie chciałem zrozumieć. Na szczęście było tam więcej osób. Jedna z nich zauważyła we mnie cechę, której się wstydziłem, uważałem za niemęską, wręcz za swoją słabość. Zauważyła, doceniła i powiedziała, że nie jest to powód do wstydu. Ta sama osoba "wytłumaczyła się" za tę irytującą mnie. Na początku nie chciałem jej słuchać, jednak później stwierdziłem, że ma rację. Bo w końcu ja też mogłem być oceniany, też mogłem być oceniany źle i przede wszystkim też mogłem źle ocenić. Od tamtej pory staram się więcej rozumieć, a mniej osądzać.

1. Nie oceniać osób, a ich zachowania
2. Pamiętać, że wszystko jest po coś i wszystko ma na nas wpływ
3. Starać się dobrze zrozumieć, a dopiero potem trafnie ocenić
Coraz szerszy dostęp do Internetu, komputery, laptopy, smartphony, tablety powodują, że coraz częściej z niego korzystamy. Sieć daje nam ogromne możliwości, jednak nie wykorzystujemy ich dobrze.

 Mam konto na Facebooku i zdecydowana większość moich znajomych również. Spędzam tam codziennie kilka godzin, około 3. Wykonuję przy tym wiele innych czynności, jednak co jakiś czas zerkam, co tam nowego pojawiło się na tablicy. Ludzie lajkują, udostępniają, czasem dodają jakieś statusy. "I co w tym dziwnego?" mógłbyś spytać. Treść. Lub jej brak. Co pojawia się najczęściej? Filmy z youtube? Nie. Linki do ask.fm. "Pytaj i odpowiadaj." Piękne hasło, ale tylko hasło. Dialog, czyli pytanie i odpowiadanie, może dać nam bardzo wiele. Kontakt z drugim człowiekiem może dać nam bardzo wiele.

Ale co to ten ask.fm? Strona, gdzie pytasz (zazwyczaj) anonimowo, a odpowiadasz nieanonimowo. Jakie to pytania, których nie możesz zadać jawnie? A jeśli możesz, to dlaczego nie zadasz? Bo ktoś napisał "Pyyttać bo nuudy!"? Naprawdę? Gdy byłem mały i się nudziłem, szedłem do pokoju, wyciągałem zabawki z pudła i się bawiłem. Dziś na ogół się nie nudzę. A Ty? Który podmiot w tej jednozdaniowej opowieści to Ty? Zabawka. Chcesz być zabawką, którą ktoś bierze do ręki, gdy się  nudzi, a gdy znajdzie sobie inne zajęcie, odkłada?

Czasem pytasz o samego siebie np. nazywasz się Jan Kowalski i pytasz "Co sądzisz o Janie Kowalskim?". Spójrz na taką sytuację. Dlaczego tak jest? Boisz się odpowiedzi? Boisz się braku szczerości? Czego się boisz? Jeżeli ktoś odpowiada Ci nieszczerze, to jaki jest sens go pytać?

Ale ok., dajmy spokój już temu askowi, bo jeśli widziałeś kiedykolwiek czyjeś konto na tej stronie, to wiesz, jak wygląda to "pytanie i odpowiadanie".



Teraz jest moda na coś innego. Moda to dobre słowo, założył znajomy znajomej kolegi brata znajomego i łańcuszek zdobywa kolejne ogniwa. gochat.in to rozrywka lub nieudolna próba zabicia czasu dla wielu młodych ludzi, najczęściej w wieku 13-19 lat. Czym różni się to od ask.fm? Na asku zadajesz pytania, a tutaj rozmawiasz anonimowo z osobą, która założyła tam konto. Po co? Nie wiem. Skoro można pogadać na Facebooku, Gadu-Gadu, Skype, to po co gadać na jakiejś stronie, gdzie nie wiesz, z kim rozmawiasz? To tak, jakbyś stanął na ulicy z kartką "Porozmawiaj ze mną.". Dlaczego nie porozmawiać z kimś, kogo znasz, wiedząc, że rozmawiasz z nim, a nie domyślając się, kto to może być? Po co te utrudnianie sobie? Jeżeli chcesz porozmawiać z kimś obcym, to wyjdź na ulicę i rozmawiaj, a jeśli nie masz tyle odwagi, to pisz do nieznajomych na Facebooku. Natomiast, jeśli chcesz gadać z kimś, kogo znasz, to dlaczego nie zrobić tego normalnie, tylko bawić się w jakieś czaty itd.?

Pewnie większość osób, które założyły konto na gochat.in nawet nie zastanowiło się, po co to robi. On ma, ona ma, to i ja będę miał. I pewnie nie zastanowi się nawet, gdy moda na gadanie, na tej akurat stronie, skończy się. Szkoda, że rozwój myślenia jest odwrotnie proporcjonalny do rozwoju komunikacji internetowej. Wiele udogodnień jest sieciowych przydatnych i ułatwia wiele spraw, jednak gdy komputer wchodzi w kompetencje naszego rozumu lub raczej sami mu je oddajemy, wtedy trzeba się zastanowić, czy na pewno wszystko jest w porządku.

Rób to, co mówi rozum, rób to, co mówi serce, nie to, co podpowiada portal czy przeglądarka.
Parę słów o tym, w jakim celu założyłem bloga znajdziecie na górze ekranu. Nie jestem specjalistą, ani od języku html, ani od obsługi komputera, więc nie opanowałem jeszcze wszystkich możliwości bloga. Postaram się to jak najszybciej zrobić, jednak pewnych rzeczy nie da się przyspieszyć.
 Dziś miałem okazję po raz pierwszy w życiu być na stadionie Legii Warszawa przy ul. Łazienkowskiej 3. Stadion robi wrażenie, zwłaszcza jak na warunki polskie, jednak trzeba przyznać, że Stadion Narodowy jest jeszcze bardziej okazały (ponad 20 000 miejsc różnicy). Z dojazdem i zaparkowaniem nie było problemu. Kupowanie biletów również odbyło się bez przeszkód i jeszcze przed godziną 13 zająłem swoje miejsce. Widoczność z górnego sektora jest naprawdę dobra. Na spotkaniu o 3. miejsce w turniej Generali Deyna Cup pomiędzy Austrią Wiedeń a Partizanem Belgrad było niewiele osób. Myślę, że około 5 tysięcy, ale nie jestem pewien, czy moje niedoświadczone oko potrafi dobrze ocenić. Poziom spotkania był mierny, zwłaszcza przed przerwą. 3. miejsce zdobyła drużyna z Wiednia, wygrywając 2-1. Na mecz stołecznego klubu przyszło co najmniej drugie tyle fanów, a myślę, że nawet więcej. Fluminese zagrało młodzieżą i gospodarze wygrali finałowe spotkanie 2-0. Udany występ zaliczyli Brzyski i Furman, a także młody Patryk Mikita. Raul Bravo pomimo strzelonej bramki, nie zaprezentował się moim zdaniem lepiej. Janusz Gol, przez wielu skazywany na odejście, zdobył ładną bramkę, która przypieczętowała zwycięstwo warszawskiej Legii.

 To tyle, jeśli chodzi o wątek czysto sportowy, chciałbym jednak wspomnieć o walorach... kulturowych wyjazdu na te dwa mecze, choć chodzi mi głównie o ten Legii. Nie bez powodu użyłem tutaj słowa "kulturowe". To, co dzieje się na dole, na boisku, to główna część całego wydarzenia i przyczyna wszystkich innych; nie da się temu zaprzeczyć. To, co jest tam na dole, czyli drużyna, łączy tych ludzi, którzy stoją nieco wyżej, na trybunach. Łączy dosłownie i w przenośni. To niezapomniane uczucie, kiedy stoisz obok obcej osoby, czy pomiędzy dwoma obcymi facetami, a gdy gniazdowy krzyczy "Tań-czy-my la-ba-da la", łapiecie się za barki, jak brat z bratem, i krzyczycie z całych sił wraz z kilkunastoma tysiącami innych ludzi to samo, co jeden charyzmatyczny, młody człowiek oddalony od Ciebie o kilkadziesiąt metrów kilka sekund wcześniej. Nie pamiętasz ile masz lat, ile masz kasy, ile masz sukcesów, ile masz problemów. Ona się liczy. Tylko Ona. Twoja ukochana drużyna. A gdy nie jesteś pewien, czy tylko Ona, przypomni Ci o tym kolega, który stoi obok i krzyczy:

Szkoła, praca, dziewczyna, rodzina,
Wszystko to nie obchodzi dziś mnie.
Kiedy gra ukochana drużyna, 
której dawno oddałem serce swe.

Wielu może odczytać ten tekst zbyt dosłownie, jednak on dobrze pokazuje, ile znaczy drużyna dla fanów. Ile znaczy ten mecz i doping, który niesie zespół do zwycięstw.

 Każdy ma jakieś problemy, każdy czasem czuje się sam. Ale nie tutaj. Tutaj nie ma Ciebie. Jest drużyna, której musicie pomóc w zwycięstwie, którą musicie wesprzeć nawet, gdy przegra w beznadziejnym stylu. Trybuny uczą pokory. Nie Ty jesteś ważny. Ważny jest zespół.

Uczą zaangażowania i oddania; podejmowania decyzji (na samym początku gniazdowy przez mikrofon powiedział: Jeśli ktoś się nie czuje na siłach, to niech wyjdzie, a kto zostaje ten krzyczy z całych sił przez pełne 90 minut) oraz odpowiadania za nie.

 Pomimo, hm, twardego języka, jakiego używają gniazdowi czy też sami kibice, to, co dzieje się na trybunach, to z pewnością jakaś kultura, to chęć wyrażenia siebie, a dla niektórych po prostu utożsamienia się z jakąś grupą. Uważam, że warto chodzić na mecze i warto nie przesiadywać ich na krzesełku, tylko stać i zdzierać gardło, choćby po to, by poczuć się częścią czegoś dużego, czegoś niekomercyjnego, czegoś robionego z pasji, czegoś, co ma sens i tradycję już od pokoleń.

A teraz, idąc za tytułem mojego pierwszego postu, zakończmy tę lekturę. Wyłącz muzykę, wyłącz telewizor. Wyobraź sobie mecz drużyny, której kibicujesz. Przyszedłeś sam, stoisz wśród obcych, speaker zapowiada spotkanie, podnosisz szalik ponad głowę. Nie żałuj głośników. Włącz:


Podnieś ręce, zamknij oczy...