Dziś chcę opowiedzieć o filmie, który dostałem "od Mikołaja". "Być jak Kazimierz Deyna" zagościł w odtwarzaczu już po pasterce. Na początku nie byłem pewien, czego mam się spodziewać. Liczyłem na coś w stylu opowieści o chłopcu, który chciał grać w piłkę. O filmie wiedziałem tyle, co z tego zwiastuna:
Zapowiadało się więc naprawdę ciekawie. Trailer wywołał falę uśmiechów wśród entuzjastów polskiej piłki, którzy widzą, że w obecnej reprezentacji czy ekstraklasie brakuje zastosowania trenera Zbyszka. Ja sam liczyłem na więcej scen tego typu, ale nie było ich zbyt wiele, aczkolwiek dzieło na tym nie ucierpiało.

Anna Wieczur-Bluscz (te "wieczór" to chyba na przekur ortografii) zabiera nas do niewielkiej wsi, gdy na świat przychodzi chłopiec. Rodzi się w trakcie meczu z Portugalią, kiedy to Deyna strzelił zwycięską bramkę bezpośrednio z rzutu rożnego. Akcja kręci się wokół rozwoju dziecka - oczywiście Kazika (na cześć piłkarza, inaczej być nie mogło). Jego kariera sportowa choć zapowiada się świetnie nie idzie w tym kierunku, co każdy z nas by pomyślał. Ojciec Kazika wierzy w niego i w samego Deynę. Jest z nim związany, o czym świadczą łzy po... No dobrze, spróbuję nie spoilerować. 

Film zrobił na mnie dobre wrażenie, aktorzy naprawdę nie mają się czego wstydzić. Biorąc pod uwagę polskie komedie z ostatnich, powiedzmy, pięciu lat, to "Być jak Kazimierz Deyna" wypada naprawdę dobrze, zwłaszcza, że nie jest to półtoragodzinny seans banalnych, wiejskich żartów. Film jest godny obejrzenia, oddaje świetnie klimat ostatnich lat komunizmu w Polsce. Mnie osobiście najbardziej się podoba gra dziadka Kazika (Jerzy Trela) i jego matki (Gabriela Muskała). Całość uświetnia swoim udziałem jedna z najpiękniejszych, bynajmniej dla mnie, polskich aktorek - Małgosia Socha. Ojca gra Przemysław Bluscz, którego znam jako Rappke z Czasu Honoru. Największą rolę (dosłownie) gra Michał Piela. Nie wiem, czy ten film grali w kinach, ale jeśli tak, to na pewno przegapiłem, jednak co się odwlecze, to nie uciecze. Na DVD wcale nie gorsza jakość. Kto jeszcze nie widział, niech zobaczy. Można sobie poprawić humor, a dla starszych będzie to przyjemny powrót do XX wieku. Miłego oglądania!

Już dawno zapowiadałem, ze zrecenzuję jedną z nowszych produkcji polskiego rapu. Tego tekstu raczej recenzją nie nazwę, ale kilka słów na nt. krążka Adama padnie. Zamówiłem Te-Tris/Pogz - Teraz edycja deluxe. Zależało mi na dodatkowym krążku m.in. dlatego, że tylko na nim mogłem usłyszeć kawałek z Quebą. "Teraz" ukazało się nakładem Aptaun Records i było jednym z najbardziej oczekiwanych duetów 2013 roku, który można powiedzieć generalnie był rokiem duetów (Quebonafide/Eripe przebija wszystko, ale z mainstreamu to chyba właśnie Tet był najbardziej wyczekiwany). 

Płyta jest w nietypowym, oryginalnym opakowaniu. Cacko z dziurką, że tak powiem. Ale bardzo pomysłowe. Oczywiście Aptaun dorzucił pakiet vlepek. Ważnym, dla niektórych nawet bardzo, elementem zaskoczenia było to, że do płyty nie dołączono książeczki z tekstami. Można je znaleźć na Rapgenius w tym miejscu. Dla mnie słuchacza najważniejsza jednak jest muzyka. I dlatego właśnie mogę dać tej płycie 8/10 (a co mi tam!). Podoba mi się to, że rap Te-Trisa, nie ukrywam, że zwracam na niego uwagę bardziej niż na Pogza, jest dojrzały. Jest o czymś. Nie o butach, koszulkach, swagu i policji. Uwielbiam treść. Te-Tris daje nam paczkę swoich naprawdę dobrych, rozsądnych, mądrych myśli. Mówi na tej płycie o tym, co jest dla niego ważne. Mój ulubiony kawałek to:
Refren idealnie opisuje moje wrażenia podczas słuchania płyty. Ciary. Wszystkie kawałki zasługują na odsłuch, ale oczywiście są lepsze i gorsze. Mnie najbardziej spodobały się te, z którymi mogę się jakoś utożsamiać. Te o uczuciach, ludzkich przywarach i problemach. A wszystko to zapakowane w trafne, błyskotliwe teksty. Jak pisał Adaś, ale Mickiewicz, nie Tet, "To lubię!". Goście na płycie z najwyższej półki. Tede, Zeus, Quebonafide. "Nic dodać, nic ująć, chociaż w sumie to robią różnicę." Flow i bity na poziomie... Te-Trisa po prostu. Dla mnie ta płyta nie była zaskoczeniem, a "jedynie" kontynuacją Lotu 2011. Cieszę się, że mogę gościć ją na półce. Nie żałuję pieniędzy wydanych na edycję deluxe, bo drugi krążek warty dołożenia tych kilkunastu złotych. Mówiąc zupełnie szczerze, za taki materiał należy się coś więcej, niż wyświetlenia na Youtubie. Na koniec zostawiam Was z moim drugim ulubiony kawałkiem z "Teraz".

Rok temu nie przeżyłem dobrze Świąt, chociaż wiecie co, nie pamiętam tego. Doprawdy, nie pamiętam już, jak się wtedy czułem. Po tamtych Świętach zostało mi tylko to. W tym roku czułem, że będzie podobnie. Po zwykłej Wigilii, zwykłej Pasterce, zwykłym pierwszym dniu Świąt, przyszedł drugi. Nieco bardziej rodzinny, choć bardzo "tradycyjny". Żadnych fajerwerków. Zwłaszcza duchowych, a mi głównie o te chodzi. Całe szczęście przyszedł wieczór. I pierwsze wyjście z mroku jak u Comy. W zasadzie bardziej w mrok.

Na dwór. Po ludzku wyszedłem na dwór. Z siostrą, ale nie łączą nas więzy krwi. Dziś często nazywamy kogoś braćmi, siostrami lub po prostu przyjaciółmi. Wiesz, o co chodzi, Wierzę. I dostałem prezent, Święta w końcu. Nie będę opowiadał co. Nic drogiego. Ale coś bardzo cennego. (dotarliśmy do właściwej części posta) Wbrew swojej naturze materialisty zrozumiałem zasadę przygotowania dobrego prezentu. Chciałem coś kupować. Nic wielkiego, nic bardzo drogiego. Coś mądrego, coś z przesłaniem, coś z sensem. Ale... Co mi po tym? Co po tym osobie, której to dam? Jeśli gdzieś na podarunku się nie podpiszę, to za kilka lat nikt nie będzie pamiętał od kogo to. Prezent. Jest ode mnie. Jest częścią siebie włożoną w coś materialnego, co można dać. Jest trudem, wysiłkiem, zastanawianiem się, przygotowaniem. Tchnieniem, uderzeniem serca zamkniętym w przedmiocie. Ja jestem prezentem. Ty jesteś prezentem. Nie trzeba wydawać. Trzeba chcieć dać siebie. A nie dać coś i podpisać się "Pozdrawiam, Tomek".

Nie mówię oczywiście, że prezenty kupione są złe. Czasem trzeba się nieźle nagimnastykować, żeby coś kupić. Czasem nasz kapitał może umożliwić komuś coś, czego sam nigdy nie mógłby zrobić. Ale to te prezenty od serca i dla serca są najwspanialsze. Te które otwierają możliwości ducha, umysłu, nie tylko ciała. Miłość jest prezentem. A miłość to przecież posiadanie siebie w dawaniu siebie. A Bóg to przecież miłość.


Kilka wniosków nasuwa mi się, ale nie będę Was katować setkami myśli, wybiorę losowo, jak w totolotku.

  1. Warto wychodzić z domu
  2. Sensem życia jest życie innych - dawanie
  3. Nie pieniądze, a chęci decydują o tym ile i jakich prezentów rozdasz

Dziękuję Siostrze. I każdemu innemu człowiekowi. Za to, że jest.
Święta, Święta i po Świętach. Jutro św. Szczepana i koniec Świąt. Nie będę pisał raczej niczego związanego z nimi. Tak się zastanawiałem, o czym chcielibyście poczytać. Nie mam pojęcia, więc czekam na propozycje w komentarzach, ale póki co napiszę o... czytaniu.
Od dziecka lubiłem czytać. Nie urodziłem się z tym, zawdzięczam to rodzicom. Już od najmłodszych lat kierowali mój wzrok na półkę z literaturą, nie na komputer. Powiem szczerze, nie opierałem się szczególnie i nigdy tego nie żałowałem. Pamiętam, jak uwielbiałem chodzić do szkolnej biblioteki po kolejne książki, a raczej książeczki, przez co bywałem tam kilka razy w tygodniu (czasem, bo przecież nie przez cały rok). Z "grubszych" pozycji, od których zacząłem przygodę z językiem pisanym, pamiętam "Pana Samochodzika" oraz serię o Tomku Wilmowskim Alfred Szklarskiego. Do dziś cała stoi na regale, niestety 2 części z 9 wciąż nieprzeczytane. Moją sympatią cieszyły się też wersje pisane bajek z ekranu telewizyjnego - Robin Hood oraz Zorro. I Indianie! No przecież. To były czasy... Zaczynałem od wersji 1/2 tekst i 1/2 obrazki, a skończyłem na zakupie klasycznej trylogii Karola Maya. Świetna, naprawdę polecam. Później czytałem jeszcze wiele książek, ale nie będę sobie zabierał materiału na posty w przyszłości. Jeśli szukacie czegoś lekkiego, zwłaszcza dla dziecka, to polecam "Króla złodziei". Nie mam pojęcia, czyjego jest autorstwa, wiem tylko, że akcja dzieje się w Wenecji i jakaś paczka przyjaciół mieszka w opuszczonym kinie, ale za każdym razem, gdy wspominam tę książkę, to przypomina mi się, że lubiłem z nią zasypiać. Więc słodkich snów na książkach. 5!
A Ty co czytałeś/czytasz? Co polecicie dziecku 7-10-letniemu?

Święta! Jak każdy mam ochotę złożyć Wam życzenia. Więc życzę:

Na czas tych 3 dni, żebyście jedli, ile chcecie, a nie tyli ani trochę; żeby nic nie zakłóciło radości i spokoju w Waszych rodzinach; żebyście dobrze spędzili ten czas, w końcu Bóg się rodzi, a to naprawdę dobra wiadomość; żeby uśmiechy nie znikały z Waszych twarzy; nie myślcie o szkole i pracy - cieszcie się tym, co właśnie trwa.

Na życie, żebyście byli zdrowi, bo to zawsze potrzebne, nie tylko w dniach 24-26 grudnia; wielu powodów do radości, a zwłaszcza, żebyście Wy byli tymi powodami, sukcesów na wszystkich płaszczyznach życia, radości z tego, co robicie; nadziei i wiary, bo to dwie cenne towarzyszki; spełnienia marzeń, nie tylko Waszych, ale i Wy spełniajcie cudze; cieszcie się życiem, zawsze, nie przez chwilę; łaski Bożej, bo z nią zawsze lżej; miłości, przede wszystkim miłości, bo, choć brzmi to sloganowo, jest ona najważniejsza w życiu. Życzę Wam, żeby Polacy zostali mistrzami Świata we wszystkich sportach, jakie lubicie; żeby Stoch, Kowalczyk, Ziobro i wszyscy inni przywieźli z Rosji wór medali, żeby polscy szczypiorniści otworzyli "puszkę Pandory" Adama Małysza i żeby wygrali. Pięknych bramek, a paniom, żeby nigdy nie zbrzydły i nie przejęły się wagą (no chyba, że będzie dramatycznie). Kucharkom udanych ciast, facetom niezmrożonych zamków w samochodach i szorstkich dróg. Życzę, żeby rozwiązano parlament i wymyślono lepszy ustrój od demokracji, żeby wojny się skończyły, a gender upadło, żeby ludzi się kochali, a ich miłość widniała w statystykach urodzeń, żeby Polska była Polską, żebyśmy szanowali naszą wolność, żeby muzyka była dobra i pomimo komercjalizacji niezależna i autentyczna, żeby książki były wartościowe, a telewizja ograniczona do minimum, żeby ekrany nie szkodziły wzrokowi, a kręgosłup był nie do skrzywienia, żeby nic się nie psuło,a wiele powstawało. Żeby każdy znał swoją drogę i nią szedł, a innym prostował ścieżki, zamist kopać doły na drodze i rzucać kamieniami. Niech Was zima nie zaskoczy! 

Sobie życzę, żebym mógł i chciał za rok znów pisać tu życzenia dla wszystkich, którzy czytają Minus 3 dioptrie, a dawniej Myśli, obserwacje, przypadki. Chciałbym, żeby to miejsce było dla Was czymś, z czego możecie czerpać, a pole z komentarzami poniżej miejscem, z którego ja mogę czerpać od Was. Dziękuję wszystkim regularnie czytającym moje wypociny, jak również tym, którzy byli tutaj tylko raz. Cieszą mnie Wasze komentarz, polubienia, udostępnienia. Wierzę, że Bóg narodzi się w moim i w waszych sercach. 

A Tobie Kuba ładnych zdjęć, takich jak te.
Powodzenia w życiu i trzeźwego Sylwestra, żebyście to Wy go opowiadali, a nie żeby Wam go opowiadano. Dobrych Świąt, dobrego 2014 i każdego następnego!

Życzy Tomek, raczkujący bloger.
Dziś zatrzymam się przez chwilę nad kolejnym cytatem Sapkowskiego. Tym razem wpadło mi w oko "Zawsze trzeba działać. Źle czy dobrze, okaże się później. Żałuje się wyłącznie bezczynności, niezdecydowania, wahania. Czynów i decyzji, choć niekiedy przynoszą smutek i żal, nie żałuje się.". Co o tym sądzicie? Moim zdaniem słowa jak najbardziej trafne. Wiele razy miałem tak, że po jakimś czasie patrzyłem wstecz i żałowałem, że czegoś nie spróbowałem. Oczywiście zrobiłem też wiele rzeczy, których bym nie powtórzył, ale mimo wszystko zawsze wyciągałem ze swoich czynów jakąś naukę, morał. Oczywiście bierność też jest jakąś postawą, jednak o wiele łatwiej nauczyć się na czynie, niż na jego braku. Działanie jest cechą ludzi aktywnych, a takich częściej doceniamy, zauważymy i po prostu lubimy. Warto pamiętać, że "Zawsze trzeba działać.", nie oznacza, że mamy robić cokolwiek, nawet bez zastanowienia. Czasem (a raczej często) warto się zastanowić, spokojnie pomyśleć, bo w tym momencie właśnie nasze refleksje są naszym działaniem.

PS. Legia zmieniła trenera. Spodziewacie się przełomowych zmian w drużynie Mistrza Polski? 
Ostatnio rzadko piszę o swoich przemyśleniach, stąd nasuwa mi się smutny wniosek, że nie myślę. Na szczęście, żeby nie uwierzyć w to, czytam. Dziś wpadłem na cytat Sapkowskiego, w sumie na całą kupę cytatów. W zasadzie wszystkie z nich znałem już z twórczości wymienionego pana, ale nie zwróciłem nigdy uwagi, że autor przemyca nam w swoich dziełach aż tyle, bądź co bądź, niebanalnych myśli. A z drugiej strony bardzo prostych. Dziś wybrałem: Nig­dy nie ma się dru­giej okaz­ji, żeby zro­bić pier­wsze wrażenie. 

Są rzeczy, których już nigdy się nie powtórzy. W sumie o wszystkim można tak powiedzieć, wszystko można zrobić podobnie, ale nic tak samo. Najprostszym tego przykładem jest właśnie pierwsze wrażenie, które jest pierwsze, czyli też jedyne. I nad tym chwilę pomyślę. W życiu robimy wiele pierwszych rzeczy. Pierwszy pocałunek, pierwsze wagary, pierwsze piwo czy pierwsze wystąpienie przed większą publicznością. Żeby nie spaprać swojego "Pierwszego ..." jak Geralt spotkawszy Essii, warto pomyśleć, zanim zrobi się coś pierwszy raz. To tylko moje spostrzeżenie, moja myśl, ale odnosząc do 16 lat, które mam już za sobą zgadza się to całkowicie.

Pisałem kiedyś o cytacie z Miecza Przeznaczenia, zapewne Sapkowski zagości tu jeszcze nie raz. Trzymaj się. 5!

Piątek trzynastego. Nie jestem przesądny, dla mnie ten dzień nie jest pechowy. Jest równie szczęśliwy jak jeszcze wiele innych w roku. Jak to dlaczego? Bo jest piątkiem!

Znów zapuściłem się pod względem pisania. Dziś rocznica ogłoszenia przez Jaruzelskiego stanu wojennego. Kolejna. I kolejna, którą wspomniany spędza w szpitalu. Czemu? Czyżby bał się demonstracji przed swoim domem? Niemożliwe, przecież obiecywał, że nie będzie uciekał przed ludźmi, którzy nie zapomnieli o tym, co zrobił i jakie były tego skutki.
Nie szanuję tego, co robi teraz Jaruzelski. Nie pamiętam lat 80-tych, bo pamiętać nie mam prawa, ale przypuszczam, że był sługusem Moskwy. Dlaczego nie ma odwagi przyjąć jak facet gestu Polaków w stronę tych, którzy oddali życie przez stan wojenny. Nie wiem, jak było. Nie wiem, jak było dokładnie. Ale uważam, że to było niepotrzebne. Ktoś może zapytać jakim prawem? Myślę, że pomimo naszej polskiej przewrotnej natury, ludzie nie burzyliby się tak, gdyby to faktycznie było nieuniknione, tak więc Jaruzelski niewątpliwie krzywdę wyrządził. Sam raczej kary nie dostał, a na pewno nie taką, na jaką zasłużył. Szkoda, że dorosły facet nie umie zachować się jak dorosły facet.
Czemu o tym piszę? Jesteśmy różni, pewnie nikt z nas nie zostanie premierem czy prezydentem (choć w sekrecie powiem, że mam to w planach), ale każdy ma przed sobą jeszcze kawał życia (daj Boże), więc nie zapominajmy o tym, że za wszystko zapłacimy, dostaniemy to, na co zasłużymy. Prędzej czy później, szacunek lub pogarda lub porażająca obojętność. Dziś wybierasz, co dostaniesz jutro. Wybierz to, co naprawdę chcesz. Krótka, jeszcze piątkowa myśl. 5!
Jestem tutaj już od ponad pięciu miesięcy. Moje założenie bloga było dosyć spontaniczne, ale nigdy nie żałowałem tej decyzji. Cieszę się, że mogę robić to, co lubię, czyli po prostu pisać. Cieszę się zawsze z Waszych komentarzy, zwłaszcza tych "długich", bo zazwyczaj z nich najwięcej mogę się dowiedzieć o tym, co jest dobrze, a co źle w moich tekstach i ogólnie na blogu. Jakiś czas temu założyłem "fanpage", coby lepiej się z Wami komunikować. Niestety nie działa on tak, jak bym chciał, ponieważ brakuje na nim aktywności odbiorców. Zapraszam do częstszego komentowania. Może jest jakiś temat, o którym chciałbyś przeczytać wpis? Napisz do Minus 3 dioptrii w wiadomości prywatnej. Link do facebooka znajdziecie tutaj.

Dziękuję Kubie Chrostowskiemu za zdjęcie. Więcej w tym miejscu. 
Jest już grudzień, więc jak co roku myślimy o Świętach, o tym jakie były poprzednie i jakie będą te. Mnie koniec roku przypomniał początek mojej "kariery" grafomana. Pierwszy tekst, który pisałem wyłącznie "dla siebie" był właśnie o Świętach. Zapraszam do zapoznania się z nim, chętnie usłyszę (przeczytam) o ewentualnych zmianach w stylu moich artykułów/wpisów. Pozdrawiam, 5!

Były jakieś Święta?


Od co najmniej połowy listopada w supermarketach rozpoczęło się nakręcanie świątecznego szału  konsumpcyjnego. Na wystawach choinki, Mikołaje, bombki. Każda możliwa obniżka cen opieczętowana jest tytułem ‘świątecznej promocji’. Z biegiem czasu natężenie populacji w centrach handlowych wzrastało. Pośpiech, pęd, gonitwa za przeceną. Żeby tylko kupić idealny prezent, żeby zdążyć. Wszyscy podenerwowani, zmęczeni, zajęci. Prezenty kupione? To do domu. Schować je dobrze i do roboty. Sprzątanie. Biegiem, żeby jeszcze zrobić 30 potraw, z których i tak większość lub znaczna część nie zostanie zjedzona. Wigilia. Potem pasterka, ten raz w roku trzeba iść. A po pasterce 2 dni przed telewizorem. I koniec. Gdyby nie ta Msza z pewnością niejeden zapytałby ‘Były jakieś święta?’. Dla wielu z nas to tylko czas obfitszych niż zwykle posiłków, oglądania telewizji i braku innych zajęć.
Oczywiście sprzątanie czy kupowanie prezentów nie jest tu złe, jednak trzeba pamiętać, dlaczego to wszystko robimy. Boże Narodzenie dalekie jest od pośpiechu czy zgiełku, a mimo wszystko z roku na rok coraz więcej czasu i energii poświęcamy na przygotowanie mieszkań, prezentów, posiłków, a nie serc. Ktoś, kto miałby ocenić to, co zmieniło się w naszym życiu po świętach miałby wiele podstaw, by zapytać ‘Było jakieś Boże Narodzenie? Były jakieś święta?’. Przecież nic się nie zmieniło. Nadal jesteśmy tak samo złośliwi, wulgarni, leniwi, egoistyczni.

Wszystko jest po coś. Boże Narodzenie również. Ma się coś narodzić. Zmienić. W nas. Ma dać siłę i powód do życia. Ma nadać sens cierpieniu. Ma pokazać drogę. Nie chodzi tu o cuda, a o duchowe przeżycie tych świąt, a nie tylko o maraton gdzieś pomiędzy kuchnią, a kanapą. O przeżycie Bożego Narodzenia, a nie jego tradycji.

Przypomniałem sobie dzieciństwo. W sekrecie powiem, że często o nim myślę. Muszę przyznać - podoba mi się i szkoda, że ma się aktualnie ku końcowi.

Pamiętam dzień, gdy kolega przyniósł do przedszkola metaltazo. Nie będę chyba tłumaczył, co to jest. "Kto ma wiedzieć, ten wie", "Gimby nie znajo" etc. Ileż to radości było z tym krążkami. Do dziś pamiętam, że pierwszy tazos, jaki w życiu zobaczyłem, to był taki czarownik na pomarańczowym/żółtym tle. Cień Magii. Tak go nazywał mój kolega i mówił, że siostra przetłumaczyła mu tak napis, który widniał na krążku pod postacią. Później koledzy zaczęli przynosić, całe przedszkole jadło chipsy, żeby mieć metaltazo. Zabawne, że chyba mam to do tej pory gdzieś głęboko, głęboko schowane. Ale nie chce mi się szukać. Nawet z panem woźnym wymieniałem się tym w przedszkolu. Potem były sarkofagi. Miałem chyba ze dwa i jeszcze nie wystarczały. Nie chwalę się, wspominam. Naprawdę uwielbiałem tę grę.


A teraz przypomniała mi się jeszcze starsza rozrywka. Nie wiem w sumie, jak to nazwać. Pamiętacie takie składane tekturowe krążki, które można było zakręcić/nakręcić palcami i miały się zderzać. Ten, który dłużej się kręcił, wygrywał. Miałem nawet taki tor do tych walk; czerwony, wklęsły. Jeśli ktoś wie, jak się nazywały te... zabawki to niech napisze w komentarzu, bo chętnie poszukałbym jakichś zdjęć, żeby jeszcze lepiej odświeżyć sobie czasy, gdy wszystkie swoje wiosny mogłem pokazać na palcach jednej ręki.  A Wy jakie zabawki (z chipsów :)) kojarzycie ze swoim wczesnym dzieciństwem?
Ostatnio, będąc na Placu Jana Pawła II, spotkałem całującą się parę. Ot nic dziwnego, zakochani. Nie wiem, w jakim byli wieku, ale na pewno skończyli szkołę średnią, czyli tak +/- 25. Migdalili się na środku chodnika, ale nie widziałem w tym w sumie niczego nadzwyczajnego. Nie wszyscy okazują sobie w tak bardzo... cielesny sposób uczucia w odosobnieniu. Chwilę trwało całe zajście i pewnie nie miałbym o czym napisać, gdyby na tym się skończyło. Para trzymając się za ręce żegnała się, dali sobie buziaka i, gdy młoda dama się odwróciła, jej partner klepnął ją w tyłek. Przyznam szczerze, byłem zaskoczony zachowaniem obojga, którzy po tym jakże efektownym zakończeniu spotkania w centrum miasta odeszli każde w swoją stronę. Nie wiem, kim jest ta kobieta, ale do feministek chyba nie należy. Ja rozumiem, że się kochają, że dla siebie wszystko zrobią gołąbki gruchające, ale dawać klepać się po tyłku na środku chodnika? Nie rozumiem, co kieruje tą panią. Nie podejrzewam ich o jakiś, nie wiem, sponsoring czy inne kiju miju, więc tym bardziej dziwi mnie takie zachowanie. Może nie burzyłbym się tak bardzo, gdybym po prostu tego nie zobaczył. Różne ludzie mają fetysze i może ktoś tam lubi taką formę... igraszek. Ale kto "igraszkuje" na ulicy?

Źródło: Flickr
Z punktu widzenie mojego, faceta: jak można tak potraktować swoją kobietę? Piszę swoją kobietę, ale chodzi mi o kogoś, kogo się kocha. Kocha , czyli i szanuje, troszczy się, "głaszcze" etc. Co więc łączy tych dwoje?

Z punktu widzenia kobiety, czyli względnie nieznanego mi: jak można dać się tak traktować komuś, kogo się podobno kocha i przez kogo jest się kochanym? Czy to można nazwać miłością? Czy uczucie, jakie łączy tych dwoje to chociaż zakochanie w sobie nawzajem, czy tylko w swoich... tyłkach?

Nie wiem, jak nazwać to, co zobaczyłem, bo choć mogłem użyć słowa "zakochani" w pierwszych wersach, to po nakreśleniu całej sytuacji nie wypada już użyć tego sformułowania. Dla mnie takie zachowanie obojga to świadome poniżenie i dobrowolne poddanie się poniżeniu, brak szacunku, i do siebie, i do partnerki. Nie znam się na psychice kobiet, ale o mężczyznach cośkolwiek wiem. Jak kobietę kochasz (kochasz, nie masz!), to ją szanuj.
Dziś naszło mnie coś, żeby powiedzieć trochę o tym jakiej słucham muzyki. Ostatnio słucham coraz rzadziej, ale nadal czasem ktoś pyta "czego słuchasz?".

Zdjęcia autorstwa Kuby Chrostowskiego. Więcej tutaj.
Gdybym miał odpowiedzieć jednym słowem powiedziałbym, że rapu, bo jest to najbliższe prawdy. Nie najbliższe, dlatego, że słucham PiKeja, tylko dlatego, że nie można tego, co czasem odtwarzam ograniczyć do jednego z gatunków muzyki. Nie jestem z tych, co mówią "słucham tego, co wpada w ucho", choć czasem gdy usłyszę gdzieś jakiś kawałek i mi się spodoba to wyszukuję go w sieci i odtwarzam. Tak było np. z tym: 

Miło się tego słuchało. Słuchało, bo to dla mnie muzyka... sezonowa bym powiedział. Lubię też czasem uśmiechnąć się przy Macklemorze. Nie wiem dlaczego, ale zawsze poprawia mi humor. Raz na jakiś czas wracam do czasów, gdy nie było mnie na tym świecie i odpalam "Kryzysową Narzeczoną" czy "Nie płacz Ewka". Choć są to utwory młodości raczej moich rodziców niż mojej, to mam do nich swego rodzaju sentyment. Właśnie. Przyszło mi teraz do głowy, że często gdy słucham jakiegoś utworu, to kojarzy mi się on z określonym czasem w moim życiu. Znasz to uczucie? Słuchasz czegoś sprzed 3 lat i przypominasz sobie, jak się wtedy czujesz i z kim się spotykałeś, co robiłeś. Mam tak np. przy tym:

Jeśli jednak chcę posłuchać czegoś, co naprawdę lubię zwłaszcza ze względu na tekst, to jest to rap. Recenzowałem tutaj Pezeta i Ks. Bartczaka. Myślę, że w najbliższej przyszłości zagości tu refleksja o jednym z najnowszych polskich krążków, ale póki co polecę swojego ulubieńca, jakkolwiek fatalnie to brzmi. Jestem dumny, że jest z tego samego miasta, co ja, i... hm, zainspirowany. Quebonafide. Nie przesłuchałem całego polskiego rapu, ani nawet połowy. Jednakże trochę już słyszałem i on zrobił na mnie największe wrażenie. Dlaczego? Słyszałem wiele mądrych tekstów, wiele głupich, jedne bujają, inne mają świetny przekaz, tekst. Ale tak błyskotliwej liryki nie słyszałem. Nie porównuję Queby z Mickiewiczem czy Słowackim, choć moim zdaniem i oni mogliby nie dorównać pod względem celności, błyskotliwości porównań i porównań. Świetnie gra słowem, ma ogromną wiedzę ogólną. Flow i bity oczywiście też, ale nie na tym się skupiam. Składa słowa w rymy, nie pozbawiając ich sensu, wręcz przeciwnie. Jego rap zarówno na autorskim krążku Eklektyka, jak i na wszelkich występach gościnnych to dla mnie powiew świeżości w Polsce. Czekam na płytę roku z Eripe. Na zakończenie:
A Ty czego słuchasz? 

Napisz w komentarzu, jestem ciekaw jaki gatunek/wykonawca przeważa wśród czytelników Minus 3 dioptrii. 5!
Panoramę oglądałem. Akurat była wiadomość o tym, że Kościół w Polsce stara się o to, żeby uczniowie mogli zdawać religię jako przedmiot dodatkowy na maturze. Jak zwykle jedni są za, drudzy przeciw. Kto przeciw? Lewica, a jakże. Dlatego przecież jest lewicą. I wszystko nawet byłoby normalnie, ale jeden pan mnie rozbawił.



Dariusz Joński zapytany co sądzi w tej kwestii powiedział "Matura ma sprawdzać wiedzę, nie wiarę. Ktoś tu się chyba pomylił.". (mogłem delikatnie przeinaczyć, wybaczcie zawodność mej pamięci) Uśmiech na twarzy, naprawdę szczery.



Panie Darku, trafił pan w sedno - ktoś tu się chyba pomylił. Argument "Matura ma sprawdzać wiedzę, nie wiarę." jest dla mnie komiczny. Jest Pan posłem, więc na pewno ma Pan maturę. A skoro zdawał ją Pan, to na pewno nie jest Panu obce, że, no może poza polskim, na maturze nikt nie pyta o zdanie zdającego na dany temat. Jak Pan sobie wyobraził tę maturę? Że siada dziewiętnastolatek i pisze świadectwo swojego życia? Bawi mnie to doprawdy, bo dla mnie matura z religii, to mogłyby być pytania o Katechizm Kościoła Katolickiego, o jakieś tam fakty z Biblii, o Kodeks Prawa Kanonicznego, o zasady Eucharystii, nie wiem, o pacierz, ale nie o to, czy ktoś wierzy, czy nie. Czy zdawanie matury z religii uczyni z kogoś osobę wierzącą? Dla mnie to pytanie brzmi tak samo jak: czy stanie w garażu uczyni z kogoś samochód?

Poprawił mi Pan humor, ale muszę przyznać: ktoś tu się pomylił, Panie Darku.


Wolność.

Święto Niepodległości już 3 raz z rzędu stało się obiektem wewnętrznego sporu pomiędzy nami. Dlaczego?

"Bo się tłuką!" "Bydło!" "Podludzie, wszystko kiboli wina!"

Sratatatatatatata. Kolejny raz na Marszu Niepodległości doszło do zamieszek. Dlaczego? Ot dobre pytanie. Niestety raczej nie do mnie. Dziś też nie rozpiszę się za bardzo, wspomnę tylko o tym, że media tradycyjnie nie popisały się rzetelnością. I ja nie mówię, że wina Tuska, że kibole to bydło. Tylko dlaczego władza walczy z katolickim krzyżem (2010r.), a tęczy, jakby nie patrzeć, homoseksualnej, broni?


Bądź co bądź, płonąca tęcza to gorący temat

Tak, wiem. Tęcza jest symbolem przymierza, przymierza Boga z ludźmi. Ale pomyśl, z czym Ty sam ją skojarzyłeś w pierwszej kolejności? Dziękuję, a teraz szczypta empatii i już wiesz, że o tym samym myśleli podpalacze. Nie bronię ich, choć nie uważam ich występku za szczególnie zły dla społeczeństwa. Oczywiście własność publiczną trzeba szanować, jednak myślę, że mniejszą szkodą jest palenie tęczy, niż okradanie podatników. A jak roztrwonić (spalić) ich pieniądze wie chyba najlepiej pani Hanna Gronkiewicz-Waltz, cytuję: Nie może być tak, że ktoś niszczy dobro publiczne, nawet jeśli uważa, że ono jest nie w tym miejscu i nie tak powinno wyglądać. Dlatego uważam, że powinniśmy to za każdym razem odnawiać. Dlatego, że jeżeli pozwolimy i ustąpimy przed chuligaństwem, niszczeniem, to znaczy, że ono z nami wygrało. Ja sobie nie pozwolę na to, żeby to wygrało, także ile razy trzeba będzie odbudowywać, tyle razy będziemy. I tak oto dowiedziałeś się, co za Twoją kaskę kupi sobie Miasto Stołeczne Warszawa - tęczę. Postawa pani Hanny godna oklasków, tylko bądźmy szczerzy, ta tęcza znów spłonie. 

I na sam koniec awantura o budkę policjantów. Ojejku, co się stanęło. W Rosji zginęło 96 Polaków w katastrofie tupolewa, który "spadł" nie tylko z winy naszej, nie zagłębiajmy się, i Rosjanie się tak nie łasili, jak Polacy wobec nich za tę marną budkę. A przypomnijmy, że nic nikomu się nie stało. Ambasador oburzony, ważni rosyjscy przedstawiciele w mediach mówią (wyrwane z kontekstu i jak dokładnie się nazywali i kim są nie pamiętam, oglądałem Panoramę o 18 i tam wyemitowali poniższe): (...) może dojść nawet do demonstracji przed polską ambasadą. Tylko ja mam wrażenie, że to brzmi jak ich zapowiedź? Ale to jeszcze nie najlepsze, później: jeśli Polska chce, to Rosja może sama pilnować swoich ambasad. Hola, hola. Jeszcze tego brakowało. Nie jestem wybitnym historykiem czy też doktorem nauk społecznych, ale moja pesymistyczna-narodowo strona mówi mi, że jeszcze trochę i władza (nasza, nasza, oczywiście, że nasza) przyklaśnie na ten pomysł. A później zostanie nam już tylko "Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie". A może już zostało?
                                                                                                                        

Ciekawy artykuł w temacie tego postu.


Walczyłem z szablonem przez ponad godzinę, mam świadomość niedoskonałości, które widać teraz na blogu.
Tym razem bardzo krótko i zwięźle. Obchodzimy dziś 95. rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. Po 123 latach zaborów Polacy znów mogli żyć we własnym państwie.

W nocy z 6 na 7 listopada utworzony został Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej zorganizowany przez działaczy lewicy niepodległościowej. Na jego czele stanął Ignacy Daszyński. Dlaczego więc świętujemy 11 a nie 7 listopada? 

Ponieważ 11 władza w Polsce została przekazana w ręce Józefa Piłsudskiego, który powrócił zwolniony z internowania w Magdeburgu. 

Dziękuję Weronice Skierkowskiej za umożliwienie mi wykorzystania Jej fotografii.

Wtedy Polska była podzielona, ale cel był jeden - wolność. Dziś jesteśmy jeszcze bardziej podzieleni, a jaki mamy cel? Trudno to określić, przynajmniej mi, bo dla mnie, to każdy ma tutaj swój własny, nie tyle cel, co interes. Jeden idzie na marsz się pokazać, inny porzucać kamieniami i poganiać z policją, jeszcze inny zwyzywać dwóch pierwszych i machać flagą w kolorach tęczy, a jeszcze inny po prostu chciał oddać hołd tym, dzięki którym tamci trzej mogą się obrzucać mięsem i twardymi przedmiotami w wolnym państwie.

No właśnie, wolnym? "Nie sugeruję, ja tylko pytam" i pamiętajmy, że wolność nie została nam dana na zawsze. Jakkolwiek to zrozumiesz, to pomyśl o tych, dzięki którym myślisz po polsku.


Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym z nich jesteś Ty.

Wielu z Was pewnie zna ten cytat z opowiadania Andrzeja Sapkowskiego. Czytałem to dzieło chciwie tak, jak i całą sagę. I to zdanie spodobało mi się jakoś, bez szczególnego powodu. Zastanawiałem się nad nim, co to może znaczyć? Jest jakieś przeznaczenie?

Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym z nich jesteś Ty. Co to znaczy "jestem jednym ostrzem przeznaczenia"? Myślę, że chodzi o to, że w połowie decydujemy o własnym przeznaczeniu my sami. Decydujemy o tym, co nas spotyka. O tym, czego doświadczamy. To jedno ostrze, to nasze wybory, decyzje. Mamy wolną wolę, możemy ciąć naszym ostrzem świadomie i tam, gdzie chcemy. 




A co jest drugim ostrzem miecza przeznaczenia? Jak dla mnie - wszystko. W połowie Ty decydujesz o tym, co dostaniesz od życia. A w połowie decyduje życie, przeznaczenie, przypadek, los. Jakkolwiek to nazwiesz, jest część Twojego bytu niezależna od Ciebie, coś, na co wpływu nie masz i nigdy nie będziesz miał. To ostrze miecza tnie, jak mu się podoba. Nie masz prawa głosu, masz swoje ostrze, a do tego nie masz żadnych praw. 

Taka krótka refleksja, rozkminka, która chodziła za mną już jakiś czas. Obojętnie, czy jesteś fanem Geralta, czy nie, to miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, a Ty jesteś jednym z nich.
"Wieczorem przed mym laptopem, wystawię opinię i wyśmieję ich." Patrząc na to, jakby nie patrzeć mego autorstwa, zdanie mogę o sobie powiedzieć "hejter". Zabawne, choć nie "hejtuję". Dziś się po ludzku śmieję, muzyka gra. Tym razem będzie "bez pokory sorry, ale no offence", parafrazując Quebę. Przeglądając facebooka, trafiłem na to:
Chłopak miał urodziny, kumple chcieli mu zaśpiewać "Sto lat". Odpalił świeczkę biedak i bach! Urodziny zepsute. Dzielni stróże prawa bezpardonowo wkroczyli na trybunę i rzezimieszka zgarnęli. No bo co to za świeczki na stadionie? Doprawdy, bawi mnie to. Szkoda mi go, ale jak widzę 20 młodych ludzi i 3 policjantów, którzy zgarniają jednego z bandziorów, a to wszystko przecież gra warta... świeczki. Kabaret. W Polsce wystarczy wyjrzeć przez okno, wyjść na spacer i nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać. Policyjna prowokacja! Zabrali chłopaka, zabrali świeczkę! Taka przygoda i to w urodziny. Tylko Rzeczpospolita uświetni Ci rocznicę narodzin takimi atrakcjami.
***
Przeglądam facebooka dalej, co widzę? Ask.fm, ask.fm, ask.fm, jakieś zdjęcie, ask.fm, ask.fm, ask.fm, jakiś post, ask.fm, artykuł, blog, ask.fm etc. Nastolatkowie krzyczą "zapytaj mnie! pogadaj ze mną! jak już serio ci się nie chce, to chociaż zapytaj mnie o cokolwiek anonimowo! no weź zapytaj!". Zastanawiam się, z czego to wynika. Mogę się mylić tak, jak Ty i każdy inny człowiek, ale jak na mój gust to efekt kilku złożonych procesów. M.in. kompleksów, szerokiego i nieograniczonego dostępu do Internetu, braku zapału do nauki, pracy, rozwoju. Zapewne jeszcze kilka rzeczy można by wpisać na listę przyczyn "sukcesu" aska, ale chwilowo nie mam takowej i takowych rzeczy. O co chodzi z tym askiem? Rozumiem, nie chcesz się uczyć. Nie ucz się. Ale czy to nie można obejrzeć filmu, poczytać książki, porysować, może popisać, posłuchać muzyki? Można. Jest jednak różnica, w przypadku wszystkich wymienionych czynności pozostajesz "bierny". Nie odpowiadasz, tylko chłoniesz to, co oglądasz. Rysowanie czy pisanie nie jest z pewnością chłonięciem, jednak rysujesz do szuflady, chyba, że się tym z kimś podzielisz. Ask umożliwia mocno naciągany kontakt z drugą osoba. Tylko po co naciągać? Zamiast odpowiadać na pytania, możesz pisać ze znajomymi. Dlaczego każdy myśli, że nie wolno zadać 1 pytania i na tym skończyć? Skoro na asku można, to dlaczego nie można na czacie?
Rozumiem, że gimnazjalistki, gimnazjaliści zakładają aska, bo czuję potrzebę uzewnętrznienia się i inaczej nie potrafią. No ale liceum? 1 liceum, to jeszcze prawie gimnazjum, spoko. Ale maturzyści? Nie każę spoważnieć, ale czasem czytam te "wypociny" i widzę, że niektórzy, choć dowód już w portfelu noszą, to anonimowe pytania, a częściej osądy, biorą bardzo poważnie. Luźna guma, po co się nadstawiać "hejterom"?



I tym oto sposobem już po raz czwarty piszę o ask.fm, którego fenomenu wciąż zrozumieć nie potrafię. Jeśli tak genialne jest pozwolenie ludziom odpowiadać na pytania, to co stoi na przeszkodzi, żeby jeszcze im je zadawać? Czy twórcy aska zamiast standardowych pytań nie mogliby opracować bota, który po wypełnieniu należnego kwestionariusza zadawałby pytania związane z dziedziną/wynikiem testu?

Nudne, ać niecodzienne przemyślenia wywołuje u mnie zacny wynalazek. Dziś nie silę się na powagę. Szanuję wszystkich, choć czasem uśmiecham się widząc kolejne i kolejne aski, sraski, wynalazki. Zapraszam do komentowania i dyskusji kreatywnej oczywiście, nie tej rodem z aska. 5!
Święto Wszystkich Zmarłych jest świętem katolickim, ale i niewierzący je obchodzą - cóż, taka kultura. Obyczaje Polaków w dużym procencie ukształtowane są przez katolicyzm, dlatego też wiele osób "bulwersuje się" na wieść o Halloween. Ja sam za nim nie przepadam i w żadnym wypadku nie "obchodzę". Mógłbym temu poświęcić jeszcze trochę linijek, ale nie o tym dziś, bo to wczorajszy temat.



Mamy święto zmarłych, więc, wierzący czy nie, wszyscy odwiedzamy groby bliskich. Część zapala tylko znicze, dla innych 1. listopada jest dobrą okazją, żeby spotkać się z rodziną i porozmawiać, inni modlą się w kościołach, na cmentarzach w domach.

Te 2 dni, bo i jutro przecież, są dla nas czasem intensywnego myślenia o śmierci, przemijaniu, ulotności. Czasem jakichś refleksji, może wyciszenia, zastanowienia się nad pewnymi sprawami. Nie składamy sobie życzeń, ale jesteśmy nieco milsi, spokojniejsi. Jesteśmy? Dlaczego więc tak często widzimy sytuacje takie jak ta:

Znicz ma pokazać, że pamiętamy, pamiętajmy więc trochę dłużej, niż dopóki widzimy znicz. Często odwracając się od grobu, odwracamy się do swojego życia i patrzymy na nie bardzo przyziemnie. Myślimy o zmarłych, dopóki nie myślimy o... żywych, a raczej o nas samych. Może warto spróbować przez ten jeden dzień, w porywach do dwóch, być filozofem/myślicielem, być wyżej niż jezdnia, światła, tłok i pomyśleć trochę o tym jak żyjemy i jak skończymy? A jeśli nie stać nas na to, to nie przeszkadzajmy chociaż tym, których stać.

Jestem pewien, że zmarli bardziej ucieszą się z naszej cichości, zamyślenia, refleksji, szacunku do ludzi, niż z zapalonej świeczki.
Nie bywam w kinie zbyt często, jednak coraz częściej. Wczoraj wybrałem się na "Chcę się żyć" polecany przez wielu znajomych, rodzinę i internautów. Na dobry początek okazało się, że jest promocja "tanie wtorki" - bilety za jedyne 12PLN.



To chyba najlepszy film, na jakim ostatnio byłem w kinie. Ale zacznijmy od początku. Maciej Pieprzyca zabiera nas do świata niepełnosprawnego chłopca - Mateusza, który ma paraliż kończyn (nie jestem pewien, czy dobrze nazwałem tę chorobę, ale wiesz, o co mi chodzi). Poza tym, że nie jest zdolny do chodzenia, Mateusz nie umie mówić. W ogóle. Nie potrafi powiedzieć mama, papa, tata - nic. Gdy bardzo chce coś przekazać, wydaje z siebie niekoniecznie przyjemne dla ucha dźwięki. Pomimo tego oboje z rodziców nie zgadzają się z diagnozą lekarza, nie wierzą, że Mateusz ich nie rozumie i jak powiedziała pani doktor "jest rośliną". Tata mówi do niego jak do pełnosprawnego, mama usiłuje nauczyć go chodzić o zrozumieć go najlepiej, jak tylko potrafi. 

Mateusz przez całe swoje życie pełza - przemieszcza się po mieszkaniu leżąc na plecach i odpychając się jedną nogą. Z czasem nauczył się przewracać na brzuch, wchodzić na łóżko, a z niego na parapet - ulubione miejsce obserwacji.



Film jest podzielony, można powiedzieć, na rozdziały. Każdy opowiada o innym etapie życia Mateusza, który z wiekiem poznaje samego siebie i innych ludzi. Niestety lata matki chłopca płyną tak samo szybko jak jego i w końcu jest ona niezdolna do opieki nad nim. Mateusz trafia do ośrodka dla niepełnosprawnych intelektualnie, gdzie przeżywa najpiękniejsze i najtrudniejsze chwile swojego życia.

Dzieło Macieja Pieprzcy to opowieść o niepełnosprawnym chłopcu, a później mężczyźnie. Opowieść prawdziwa, dramat, ale niekoniecznie historia smutna. Są w niej chwile, gdy nie sposób się nie uśmiechnąć, a przy tym trudno nie zastanowić się nad własnym życiem po zakończeniu seansu. To, co zapamiętałem najbardziej, to scena, gdy do Mateusza przychodzi kapłan i krótko się modli, a na koniec mówi "Bóg Cię kocha Mateuszu", a on odpowiada w myślach "Bogu niech będą dzięki. Co by było gdyby mnie nienawidził...". 

Po tym filmie zdałem sobie sprawę, że niepełnosprawni są tacy jak ja, tylko walczą o wiele ciężej i mężniej. I to pytanie "Co by było, gdyby Bóg nas nienawidził?". Wbrew trendom w polskim kinie ta produkcja niesie ze sobą przesłanie. Gdybym chciał je streścić powiedziałbym "dobrze jest!". I tym miłym akcentem, prostym, ale bardzo szerokim w interpretacji kończę. Polecam ten film każdemu, naprawdę każdemu. Filmy takie jak ten sprawiają, że kino znów kojarzy mi się z kulturą. 

W rolach głównych: Arkadiusz Jakubik, Dorota Kolak, Helena Sulecka, Mikołaj Roznerski, Anna Nehrebecka. W postać Mateusza jako dziecka wcielił się Tymoteusz Marciniak. Później jego rolę przejął Dawid Ogronik (zagrał Rahima w "Jesteś Bogiem").

Zachęcam do obejrzenia filmu Macieja Pieprzycy, dopóki jest w kinach. "Chce się żyć" zostało obsypane nagrodami - nic dziwnego, bo jego obejrzeniu jest zupełnie jak w tytule. 
11 września. Co to za data? Tak, tak. Rocznica zamachu na World Trade Center, ale tym razem miałem na myśli coś innego, a mianowicie pojawienie się w sieci teledysku do utworu "Pismo Święte". 11 września 2012r. wielki internetowy świat usłyszał o rapującym kapłanie. Na początku szok, ja sam byłem zaskoczony. Nie tyle tym, że jakiś ksiądz rapuje, co raczej tym, że wrzucił to do sieci. Po sprawdzeniu utworu stwierdziłem, że jest ok, bez wielkich fajerwerków, ale na pewno na plus. Myślałem, że na tym zakończy się kariera ks. Jakuba Bartczaka.


Niecały miesiąc temu przekonałem się, że byłem w błędzie. Na facebooku zobaczyłem link do strony, na której można zamówić płytę "Powołanie". Zamówiłem. Cena 20zł - moim zdaniem bardzo przyzwoita. Płyta doszła wczoraj, więc przechodzę wreszcie do właściwej części recenzji.

Od czego by tu zacząć? Może tym razem od końca. Płyta została wydana w dwu-skrzydełkowym digipacku. Na okładce jest sam ks. Bartczak uwieczniony na tle kościelnych ławek. Wszystkie bity są na naprawdę dobrym poziomie. Trudno wskazać jednego producenta, ale największą ich część wykonał Jot. Oprócz ks. Kuby na płycie można usłyszeć wykonawców takich jak: Fragua, Sylwia Rożek czy też Pstyk.
Czas chyba, żeby przejść do tego, co najistotniejsze - do treści. Płytę nagrał kapłan, więc jest to, czego można się spodziewać - ewangelizacja. Płyta jest monotematyczna, ale trudno powiedzieć, że każdy kawałek jest taki sam, bo po prostu nie jest. Ksiądz rapuje na naprawdę dobrym poziomie technicznym. Dość często lata na wielokrotnych, co nie zdarza się zbyt często, a przynajmniej z taką częstotliwością. Rymy przyzwoite, nie sowa-mowa. Jeśli miałbym wyróżnić jakiś utwór, to bardzo podobało mi się "Powołanie". "Panów Pan" to można powiedzieć taki chrześcijański benger, ale brzmi całkiem znośni. Refren "ja mówię Jezus, wy mówicie Chrystus" jest moim zdaniem o wiele bardziej ambitny od "hip hop hip hop, hip hop hip hop hip hop" z utworu "Hip Hop" Onara z albumu "Dorosłem do rapu" (został świetnie przyjęty, przez niektórych uważany za album roku 2010). "Przypowieść o synu marnotrawnym" jest niczym innym, jak tylko przedstawieniem biblijnej przypowieści w formie rapu. Pozostałe tracki również utrzymane są w konwencji religijnej. Pomimo tego, że ks. Kuba nie porusza na swoim krążku zbyt wielu tematów, to płyta podoba mi się i uważam ją za dobry zakup.

W mojej 10-stopniowej skali daję "Powołaniu" 6/10, co notą niską wcale nie jest. Zapraszam do sprawdzenia jej. 5!
Późno, więc dziś tak zwyczajnie napiszę, co ważnego się wydarzyło.

Ważnego nic, więc przejdę do mniej ważnych rzeczy.

Po powrocie do domu odebrałem list, a w zasadzie przesyłkę od... Ks. Jakuba Bartczaka. Tak, to ten "z jutuba" - rapujący ksiądz. Sprawdziłem chyba wszystkie dostępne w sieci kawałki kapłana i po przesłuchaniu postanowiłem zainwestować w jego krążek. Niestety z powodu obowiązków nie miałem jeszcze czasu go przesłuchać, ale uczynię to prawdopodobnie jutro. Oczywiście nie zapomnę podzielić się z Wami swoimi wrażeniami, więc zapraszam wieczorem - recenzja powinna już na Was czekać*.

Co jeszcze? Czasem zazdroszczę ludziom bezsenności. Nie żartuję, chociaż może źle się wyraziłem. Zazdroszczę, że mają kiedy odkryć tę bezsenność, bo ostatnio, gdy wreszcie mogę wpełznąć pod pierzynę, to zasypiam szybciej niż tam wlazłem.

Zamierzam zmienić szablon bloga, noszę się z tym zamiarem już czas jakiś. Pytałem na facebooku, co sądzicie o obecnym wyglądzie, ale otrzymałem tylko jeden komentarz - "beznadziejny!" i trudno jest mi powiedzieć, że wiarygodnie zbadałem opinię czytelników na ten temat. Więc jeśli czytasz to, co czytasz, to poświęć 3 minuty i napisz w komentarzu, chociaż jedno zdanie o tym, co się w obecnym wyglądzie podoba, a co nie.

Jako, że wskazówka goni, to kończę. Za wszystkie komentarze, które tym razem są wyjątkowo pożądane, będę wdzięczny. 5!


Niekoniecznie miałem pomysł na grafikę do tego postu, więc wrzucam zdjęcie wykonane przez kolegę z klasy. Więcej Jego fotografii znajdziecie tutaj. Dzięki Kuba za udostępnienie zdjęcia.

*o ile recenzją będzie można to nazwać
Parę dni mnie nie było, a miałem kilka pomysłów, więc od czego by tu zacząć? Może od tego, co najlżejsze dla mnie - od piłki.

We wtorek rozegraliśmy na Wembley ostatni mecz eliminacji do Mistrzostwa Świata. Przegraliśmy, tak samo jak przedostatni. Zarówno w Charkowie, jak i w Londynie, polscy piłkarze nie sprostali przeciwnikom. Jak to? Znowu? Przecież musieliśmy wygrać!

A no znowu. Nie wiem, jak resztę narodu, ale mnie ani trochę wyniki nie zaskoczyłły. Oba mecze oglądałem i żal mi naszych "Orłów", że im się nie udało. Dlaczego? Przecież sami są sobie winni. No są, ale w obu meczach grali naprawdę nieźle, jak na nas oczywiście. Nieźle - stwarzali sytuacje bramkowe, zwłaszcza w Londynie. Z Ukrainą mecz był do wygrania, gdyby tylko Lewandowski lepiej przyłożył się do strzału głową w drugiej połowie, a Wojtkowiak leciał nieco szybciej i przeciął podanie, które znalazło adresata - strzelca jedynej bramki w Charkowie. Gdyby, gdyby, gdyby. Wieczne polskie gdybanie. Ale nie bardziej wieczne i nie bardziej polskie, od klasycznego pompowania balonu zwycięstwa przed każdym meczem reprezentacji. Zremisowaliśmy z Mołdawią? Zremisowaliśmy z Czarnogórą? Co z tego! Teraz na pewno musi się udać! Przecież to my - Polacy! Możemy z każdym wygrać niezależnie od formy naszej czy tam przeciwnika!

I tak oto Polska wierzyła, piłkarze się starali, a wynik się spier... zepsuł. I jak po każdym z niepowodzeń rozpoczęła się dyskusja 38 milionów ekspertów, co trzeba zrobić, żeby było lepiej. Fornalika wina! Lewandowski cwel! Wszystkich ich wywalić! Patałachy! etc. Każdy ponad każdym #WWO, każdy wie najlepiej, kto powinien grać, a kto nie. Jak zwykle, każdy wie jak wygrać, nikt nie wygrywa. To takie... nasze.

Co zrobić, żeby się nie rozczarować? Ot ciekawe pytanie. Biorąc pod uwagę niemoc naszych piłkarzy, niemoc selekcjonera, niemoc wszystkich (?), znalazłem na polską reprezentację sposób - żadnego optymizmu :), żadnych oczekiwań :), żadnych nadziei :). Tym tropem idąc od tej pory będą "zwykłe" mecze i miłe niespodzianki. A tak poważnie, to marzę o lepszych wynikach, no ale marzenia to marzenia i gdyby się spełniły to przestałyby być marzeniami. 5!
Dobry cukierek lepiej smakuje, gdy jest w ładnym papierku. Kto tak myśli ręka do góry!

Już kilka, może kilkanaście razy, ktoś zwracał uwagę na to, jak z nim koresponduję. "Tomek, ty to piszesz tak ładnie, chce ci się stawiać te kropki, przecinki, polskie znaki?". Chce. Dlaczego? 

Odpowiedź prosta, ale może zaskakująca - bo kiedyś nie stawiałem. Jak niemal każdy byłem w głupim wieku pisania setek smsów dziennie. I jak niemal każdy z tych niemal każdych pisałem "bd tam za 20min, wezme sb cos do zarcia, a tb wziac?" itp. Wygląda znajomo? Pewnie tak. Aż pięknego słonecznego dnia wróciłem z ukochanej placówki edukacyjnej do domu, usiadłem do odrabiania lekcji i złapałem się na tym, że napisałem "skrótami" odpowiedź na jakieś zadanie z polskiego. Przyjrzałem się uważniej i zauważyłem, że brakuje też kilku przecinków, że stawiam kropkę przed znakiem zapytania. Długo przyczyny takich banalnych niepoprawności nie szukałem. "Trzeba się wziąć i coś z tym zrobić" - pomyślałem. I zrobiłem. Zaprzestałem używania tych "skrótów", które dziś kolą mnie w oczy. Uważam je za przejaw braku szacunku do korespondenta i bezmyślności, z czego wynika to pierwsze. No bo pomyśl, chciałbyś dostać smsa "ciagle o tb mysle", czy "Ciągle o Tobie myślę."?  Ta sama treść, ale przekazana inaczej, "smakuje" o wiele lepiej, co nie?



PS. Mam świadomość, że niektóre moje wpisy mogą zaprzeczyć memu umiłowaniu estetyki pisarskiej, ale cóż, świat jest pełen sprzeczności. Piszcie komentarze (tylko ładnie!). 
Postanowiłem spróbować czegoś nowego - tym razem postaram się o recenzję płyty. Do tej pory robiłem to raz, około rok temu, ale nie opublikowałem tego tekstu i myślę, że dobrze zrobiłem.

Jest to moja pierwsza recenzja, więc na cel wybrałem krążek, który dobrze znam.
"Muzyka Poważna" Pezeta ma już 9 lat. Dla słuchaczy Pawła jest to klasyk, choć myślę, że każdy, kto mówi o sobie "słuchacz polskiego rapu" powinien go przesłuchać, najlepiej nie raz. Dlaczego? Jak tytuł wskazuje tracki z tego krążka są poważne. Raper podejmuje tematy istotne, teksty są pełne refleksji. 


Pierwszy kawałek traktuje o ściąganiu płyt, a raczej bezzasadności tego procederu. Później słyszymy "Nie jestem dawno". Mój ulubiony numer z płyty, lubię takie refleksje nad upływającym czasem. Dziś, po 9 latach od ukazania się tej płyty jest to dość oklepany temat, jednak wtedy był on jeszcze dość świeży. Numer trzeba przyznać pełen sentymentu. Jak każdy na tej płycie został okraszony świetnym instrumentalem Noona. Świetny beatmaker to już duża część sukcesu płyty. To właśnie z "Muzyki Poważnej" pochodzi numer "Szósty zmysł", opisujący bodaj najbardziej polski z polskich obyczajów. Jedynym "niepoważnym" kawałkiem z tej płyty jest "A mieliśmy być poważni", który stanowi dobrą przerwę pomiędzy przemyśleniami Pezeta. Utwór nr 12 jest chyba najbardziej osobistym wyznaniem na tej płycie.

To na czym się wybiłem teraz mnie pogrąży 
Wiesz, to co mnie zaczęło teraz mnie wykończy 
Pezet- paranoik, hipochondryk; szczerze? 
Czasem mam po prostu tego kurwa dosyć.


"Muzykę Poważną" kończą remixy Ajrona i Webbera. Na płycie nie pojawił się żaden gość, co czyni ją jeszcze bardziej, hm, "osobistą". Tytuł albumu dobrze spaja treści na nim.


Myślę, że to jedna z najlepszych, a na pewno moja ulubiona, płyta Pezeta. Polecam ją każdemu na jesienny wieczór czy deszczowy dzień. Z tego, co wiem, można jeszcze ją kupić, oczywiście dotłok, więc zachęcam, bo myślę, że warto mieć ten krążek na swojej półce, bo przecież:


Rap nie będzie cieszyć, dopóki czegoś nie poświęcisz.

Jeśli miałbym "Muzyce poważnej" wystawić notę to byłoby to 9/10. Zarówno warstwa dźwiękowa jak i tekstowa przypadły mi do gustu.



Płytę, choć niecałą, można przesłuchać tutaj.
Każdy ma lub chciałby mieć kumpla, przyjaciela, kolegę wspólnika etc. etc. . A jaki powinien być Twój kumpel? Tutaj cech można wymienić wiele, każdy kładzie nacisk na coś innego, jednak myślę, że za każdym razem wymienilibyśmy "lojalny". 

A co to znaczy lojalny? I tutaj już musiałbym się dłużej zastanowić. Ja musiałbym, a czy Ty byś musiał? Nie wiem. Wiele osób uważa, że lojalny oznacza oddany, wierny, uczciwy, szczery, niezmienny etc. Właśnie tego "wierny" się uczepię.

Wierny. Wierny komu? Tobie? Mhm, okej. Czas odciska ślady w naszym charakterze, zachowaniu, porządkuje nam priorytety. Tobie może uporządkować tak, a jemu inaczej. Nie zgadzacie się. Rozbieżność zdań. I co? Kumpel jest nielojalny? No pewnie, że jest nielojalny, zgadzał się i przestał się zgadzać. Jest jakiś taki niestały. Zgadzał się i przestał się zgadzać. Z kim? Z Tobą. A czy zgadza się ze sobą? Myślę, że tak. Dlaczego to takie ważne?



Często zależy nam na kimś, na tym, jak ktoś na nas patrzy, kim dla niego jesteśmy. Aby zyskać w jego oczach robimy coś wbrew sobie. Jesteśmy wierni, ale jemu, a nie swojemu sumieniu. Albo na odwrót, ktoś nie chce zrobić czegoś dla nas, nie chce się ugiąć i zrobić czegoś, o co prosimy. Mówimy, że mu nie ufamy, że jest nielojalny. 

Jest lojalny. Wobec siebie. Wierny sobie. Każdy ma jakieś wartości, sumienie, jakieś poglądy. Nie muszą być one wieczne, ale warto, aby nie były jak chorągwie na wietrze. Bądź lojalny, sobie przede wszystkim. 

Bo lojalność to nie zmienianie poglądów
Równolegle z czyimiś.
Lojalność to wspólna podróż, choć
Wciąż po tej samej linii.

Warto posłuchać. Fragment wyżej nie pochodzi z tego utworu, został on de facto wymyślony przeze mnie, nie, nie na potrzeby tego wpisu.

Uch, to moje drugie podejście do recenzowania filmu. Tym razem pod lupę biorę "W Imię", które obejrzałem niecały tydzień temu.
Już przed pójściem do kina wiedziałem, że dzieło Szumowskiej będzie kontrowersyjne. Wiedza ta nie okazała się błędna. Akcja zabiera nas do wsi, w której pracę rozpoczął ks.Adam. Kapłan pracuje z trudną młodzieżą, grupą chłopców. Jak to bywa, ma różne problemy, które nie są jednak najistotniejszym wątkiem w tej opowieści.



Ksiądz uczestniczy w życiu wsi. Pewna kobieta odwiedza go i próbuje uwieść. Ksiądz, w którego wcielił się Andrzej Chyra, zachowuje się tak, jak powinien - nie daje się uwieść. Dlaczego więc tyle buntu ten film wywołał na forach katolickich? Ano dlatego, że ukazuje księdza bardzo ludzko. Nic w tym złego, moim zdaniem. Jednak pewne rzeczy są dla mnie niezrozumiałe, zachowania księdza są "niekapłańskie". Razi obojętność na krzywdę drugiego człowieka. Uważam, że Chyra wcielił się w księdza skrajnie złego, bo jak nazwać kogoś, kto 

<uwaga spoiler>

nie reaguje na wykorzystywanie seksualne swojego podopiecznego?

Ks. Adam topi swoje smutki w alkoholu, po pewnym czasie ulega również pokusie (myślę, że mogę tak to określić) pocieszenia się kontaktem z młodym chłopakiem. Jego dziwny związek z podopiecznymi zauważa jego partner (o ironio) z pracy z chłopcami, po czym daje upust swojemu niepokojowi w kurii u biskupa. Biskup go uspokaja, tralalala, jednak po pewnym czasie ks. Adam zostaje przeniesiony do innej parafii. Chłopak, w którym obudziło się uczucie do księdza, rzuca wszystko i jedzie do swego... ekhm, celu. Dochodzi do wszystkiego tego, do czego dojść musiało (jak wynika z filmu). 



Dwie rzeczy mnie w tym wszystkim szokują, aż dwie.
1. Próg wiekowy przypisany temu dziełu - 12 lat?! Sceny erotyczne, IMO odważne i próg tylko 12 lat?
2. Zakończenie: chłopak księdza poszedł... do seminarium. Zapomniałem dodać, że kolejny spoiler, ale trudno. Może to logiczne, może nie, ale mnie się takie coś zwyczajnie nie podoba. Pójście chłopaka do seminarium bo... bo co? Bo się w innym duchownym zakochał? Co to ma wspólnego z powołaniem? Z istotą kapłaństwa? Nie mówię, że takie "rozwiązanie" jest nierealne, ale z pewnością... mogłoby być lepsze.

Na zakończenie chcę dodać, że zrobiła na mnie wrażenie rola Andrzeja Chyry. Trudna, ale naprawdę dobrze zagrana. Szkoda, że Polacy nie nagrywają filmów o zwykłej, polskiej dobroci (biograficznych typu Popiełuszko - Wolność jest w nas, Karol Wojtyła - Człowiek, który został papieżem itd. nie biorę pod uwagę).

To tylko moje zdanie, myślę, że pomimo kontrowersji warto obejrzeć ten film, ale trzeba też pamiętać, aby zachować zdrowy dystans (jak zwykle w polskim kinie).
W tym poście opiszę chyba najbardziej przypadkowy przypadek (#masło maślane), jaki mi się przydarzył, od kiedy założyłem bloga. Korzystam z komunikacji miejskiej raczej tylko wtedy, gdy muszę. Tym razem postanowiłem dać zarobić ZKM, miast wyciągać rower z piwnicy.

Wsiadłem i stanąłem w miejscu przeznaczonym dla pasażerów podróżujących na stojąco. Ot, nic nadzwyczajnego. Po mojej prawej zaczynały się podwójne miejsca siedzące. Bezpośrednio przy mnie siedział facet po trzydziestce. Raczej nie przyciągał, ani zapachem, ani wyglądem. W lekko niedomytej ręce trzymał zapalniczkę. Z kieszeni w kurtce wystawała paczka papierosów.

Jako, że miałem do przejechania dobre 5 przystanków zająłem się rozrywaniem biletów. W/w pan rozmawiał przez telefon. Autobus stanął, drzwi się otworzyły, a tamten poderwał się i podbiegł do drzwi. Pomyślałem, że zapomniał, że miał już wysiąść. Jak się okazało pomógł starszej kobiecie wnosić jej wózek/balkonik. Nic wielkiego, ale to nie koniec. Kobieta usiadł na swoim pojeździe i podziękowała temu facetowi. Oczywiście odpowiedział "nie ma za co", po czym dodał "Mówił ktoś Pani, że ma Pani piękny uśmiech?". Zrobił tym na mnie naprawdę duże wrażenie. Nie dlatego, że był to nie wiadomo jak wyszukany komplement, lecz nie spodziewałem się, że ktoś taki... potrafił tak... Ale co ja się tu rozwodzę, to nie koniec.
Rozmawiał z nią, naprawdę uprzejmie, grzecznie i szczerze. Chwilę później wysiadała młoda kobieta. Nasz bohater powiedział "miłego dnia życzę", a tamtej starszej pani zaoferował swoją pomoc przy wynoszeniu wózka. Zanim zdążył wysiąść i jej pomóc, to jeszcze ustąpił kolejnej starszej kobiecie (ok. 75 lat) i zagadnął "ależ Pani pachnie...".

Warto jeszcze dodać, że żeby pomóc pierwszej pani, wysiadł jeden przystanek dalej, niż zamierzał. To wszystko trwało nie więcej niż 10 minut, a prawdopodobnie odmieniło dzień co najmniej 3 osób. Taki zwykły, na pozór szary człowiek, do którego nigdy bym nie zagadnął i nigdy nie pomyślałbym o nim tak, jak myślę w tej chwili. 10 minut a zmienia cały dzień, a czasem więcej (działo się to w sobotę 5 października).

Następnym razem jadąc autobusem powiedz "do widzenia" i pomóż staruszce. Może kolejny obserwator uczyni tak następny razem. Taki efekt motyla w ZKM, hm?


Często piszę w sposób dość kaznodziejskich, jednak, jak sam tytuł bloga wskazuje, chcę tutaj zamieszczać swoje myśli, obserwacje i przypadki. Takie zwykłe, codzienne.



I tak dziś 21 września. Pielgrzymka do Rostkowa. Już trzeci raz z rzędu mam wziąć udział. W poprzednich latach szło bardzo wielu znajomych. W tym roku ogólnie pielgrzymka była mniej liczna, więc i moich znajomych było mniej. Nie chciało mi się iść. Serio. Po co? Przecież już byłem.

Głupi nastrój, głupie sytuacje sprawiły, że jeszcze bardziej mi się nie chciało. Ale poszedłem. Trudno opisać to, jak bardzo jestem zadowolony z tej decyzji. Skorzystałem na swoim wysiłku i poświęceniu. Poświęceniu, bo cały dzień wyjęty z życia + rezygnacja z możliwości wyspania się to bardzo dużo.

A co się wydarzyło, że się tak cieszę? Nic! Po prostu modliłem się, śpiewałem, krzyczałem, służyłem, rozmawiałem. Nic więcej. Drugi człowiek, trochę słońca, a radość ogromna. Ach no i jeszcze jeden, mały, z pozoru ryzykowny krok. Pogo! Do tej pory tylko raz miałem okazję wziąć w nim udział i z niej nie skorzystałem. Dziś sobie nie odmówiłem i było świetnie. Muzyka na koncertach zawsze niesie, można powiedzieć "buja", lecz gdy dołączysz do tego te doznania mocno fizyczne jest naprawdę, nie używam tego słowa, ale tutaj pasuje jak ulał, jest meeeeega!

Zaryzykowałem stratę dnia i w małym stopniu uzębienia i zarówno jedno ryzyko jak i drugie dało wiele radości, uśmiechu i zwyczajnie zabawy.

Ryzykuj, naprawdę warto.

I na koniec kawałek, który najbardziej zapadł mi w pamięci.




Dawno już nie zaglądaliśmy do plecaka. Droga jest długa, a nasz ekwipunek często wykorzystujemy. Nic więc dziwnego, że czasem się psuje czy też po ludzku rozlatuje. Co możesz wtedy zrobić, żeby uczynić go wciąż sprawnym? I znów nie ma jednej odpowiedzi. Wszystko zależy od tego, co się zepsuje. Raz pomoże taśma, raz sznurek, a innym razem klej.

Co jest naszym klejem, sznurkiem, taśmą? Moim zdaniem... Miłość. Miłość jest jedna, lecz bardzo różna. Raz jest klejem, a kiedy indziej sznurkiem. Miłość do bliźniego, do naszej latarki, do kompasu, do rodziny, do siebie samego, czyli noża, zapałek czy też okularów. Każdy z tych przedmiotów może się popsuć. Czasem trzeba skleić okulary, a czasem doczepić klapkę w latarce, żeby nie uciekły baterie. Bo cóż nam po tych wszystkich przedmiotach, gdy będą uszkodzone? Miłość to podstawa. Podstawa dobrego korzystania z tego, co jest w plecaku.

Niestety miłości też może nam brakować. Może masz samą taśmę? A może tylko sznurek? Co możesz zrobić?

 Musisz walczyć, zmieniać to, co dostajesz od drogi, nawet złego, np. zarośla, czyli pułapki, w dobro, czyli w sznurek - miłość. Im więcej zarośli przemienisz w sznurki, tym łatwiej będzie Ci to później przychodziło. Co więcej z łatwością będziesz mógł podzielić się z kimś swoimi sznurkami, aby pokazać mu, że zarośla można wykorzystać, a nie tylko wyklnąć przy przechodzeniu przez nie. Oczywiście, zrobienie z zarośli sznurka to masa pracy i czasu, jednak najważniejsze są chęci. Jeśli naprawdę tego chcesz, osiągniesz to.