Każdego dnia staram się przeżegnać po przebudzeniu. Staram się też zjeść zdrowe śniadanie. Ubrać się odpowiednio do pogody i nie zaniedbywać snu, choć z tym bywa różnie. Świetnie mi za to wychodzi, a ani trochę się o to nie staram, przeglądanie fejsa i nabijanie kolejnych godzin obecności na portalach społecznościowych. I nie byłoby to może katastrofą, gdyby nie fakt, że jestem jednym z, chyba nie przesadzę, milionów Polaków i Polek, które ulegają temu fenomenowi dwudziestego pierwszego wieku.

Jestem w trakcie lektury „Cyfrowej demencji” - mówiąc najogólniej jak potrafię - książki o wpływie mediów cyfrowych takich jak komputery, tablety, smartphony, gry wideo na ludzki mózg i jego działanie. Zapewne nikogo nie zaskoczę, kiedy powiem, że wpływ jest katastrofalny. Wbrew temu, o czym próbują przekonywać niektórzy piewcy postępu najefektywniejsze są sprawdzone metody nauczania. Tablety nie zastępują w pełni książek, pisanie na klawiaturze nie rozwija tak jak posługiwanie się kartką i długopisem, zapisywanie w pamięci cyfrowej pogarsza naszą własną pamięć. Żeby streścić Wam całą mądrość tej książki musiałbym napisać pracę wielkości kilkudziesięciu stron maszynopisu. Skupię się zatem tylko na jednej rzeczy, niezwiązanej bezpośrednio z „Cyfrową demencją”.

Autor książki Manfred Spitzer powołując się na naukowe badania wykazuje, że nieumiejętne korzystanie z cyfrowych uciech naszych czasów może doprowadzić do zdrowotnej katastrofy z cukrzycą czy nowotworem włącznie (naturalnie są to skutki dalekosiężne i niebezpośrednie). Pisze jednak również, że dla rozwoju mózgu jest potrzebny... wysiłek fizyczny. To zaskakujące. Kiedy mówimy „ćwiczenie mózgu”, myślimy o sudoku, krzyżówkach czy łamigłówkach matematycznych, tymczasem dla naszego bodaj najcenniejszego organu (nie zaryzykuję werdyktu – serce czy mózg) prawdziwą profilaktyką jest wysiłek fizyczny.

Biorąc pod uwagę powyższe, przyszła mi do głowy myśl – całe szczęście, że jest ta moda na bieganie. W dobie telefonów, komputerów i wszelkich innych ekranów to właśnie bieganie, które wielu przecież uprawia „z prądem” i pod wpływem znajomych, jest tendencją prozdrowotną, a nie zmierzającą do katastrofy. Naprawdę, cieszę się, że „Polska biega”. To takie optymistyczne światełko pośród dziesiątek zagrożeń ze strony postępu technologicznego dwudziestego pierwszego wieku.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika @jestczytelnie

Najkrótszy, a zarazem najskuteczniejszy poradnik na Walentynki. Let's get it started!










W końcu Walentynki to dzień jak każdy inny. Pozdrawiam, prof. Wszystkiego.



Fotkę dam z własnej, a co!

Zeszłoroczny tekst o studniówce ponownie zrobił furorę jeśli chodzi o wszelkie cyferki, co tylko udowadnia, że w sieci od treści ważniejszy jest tytuł czy jak kto woli - trzeba umieć się sprzedać, bowiem na Jest Czytelnie popełniłem co najmniej kilkanaście tekstów znacznie, znacznie lepszych.
"Studniówka? Obrzydliwe" pisałem jako totalny laik. Dziś mogę usiąść do klawiatury i z niekrytą radością powiedzieć: byłem na studniówce! Z radością, bo bez wątpienia była to jedna z najlepszych imprez w moim życiu. A ponieważ studniówka to wydarzenie wyjątkowe, to chciałbym podzielić się z Wami paroma spostrzeżeniami moimi i moich znajomych, co zrobić, żeby przeżyć tę noc najlepiej jak się da i pamiętać do końca życia.

Trzeba kilka rzeczy zrobić i kilku nie robić. Ludzie często postępują na odwrót, a potem żałują. Ale Ciebie nie musi być wśród nich. Zapraszam, prof. Wszystkiego.

1. Towarzystwo

Dla mnie to chyba najważniejszy element każdej imprezy. Studniówka zdecydowanie nie jest czasem na posiadówy przy stołach i rozprawy o dupie marynie, niemniej jednak warto znaleźć się w otoczeniu osób, które się zwyczajnie lubi. Jeśli możesz ingerować w to, jak zostaniesz posadzony przy stole, zadbaj, żebyś nie siedział sam lub przy obcych. Dla jednych to banał, a dla drugich ratunek. Ważne: pamiętaj, że każdy chce siedzieć przy kimś, kogo lubi, i nie da się wszystkich posadzić tak, jak byś sobie wymarzył. 

2. Osoba towarzysząca

Studniówka to jedno z najbardziej oficjalnych wydarzeń, na jakim w życiu będziesz. Osoba towarzysząca to doskonały pomysł, ale pamiętaj: nic na siłę - najważniejsze, to żebyście i Ty i Twój towarzysz czy towarzyszka dobrze się bawili. Jeśli zamierzasz zaprosić kogoś totalnie spoza środowiska szkolnego, a potem zajmować się znajomymi z klasy, to sobie odpuść. Jako osoba, która zaprasza, dbasz nie tylko o to, żeby Tobie się udała impreza, ale i żeby Twoja partnerka przeżyła niezapomnianą noc (w dobrym tych słów znaczeniu!). Nie zapraszaj też kogoś zupełnie obcego - możesz spotkać miłość życia, a możesz jednym głupim "pójdziesz ze mną na studniówkę?" wypowiedzianym do niewłaściwej osoby popsuć sobie imprezę, na którą czekałeś co najmniej od połowinek.

3. Taniec

Doszliśmy do prawdopodobnie najprzyjemniejszego punktu. Żadną tajemnicą jest, że niektórzy tańczyć nie potrafią i nie jest to koniecznie powód do wstydu. Natomiast każdy, kto idzie do maturalnej klasy, wie, że ta studniówka w końcu będzie i trochę głupio przestać ją pod ścianą. Do tej pory nie spotkałem osoby, która umiałaby tańczyć, a jednocześnie tego nie lubiła - prosty wniosek: nie lubią tylko ci, którzy nie potrafią. Zatem jeśli wybierasz się na studniówkę, a czujesz, że piruety na parkiecie nie są Twoją najmocniejszą stroną, idź na kurs tańca, poproś zdolniejszą koleżankę czy kolegę o pomoc, a nawet ćwicz przed lustrem do muzyki z telefonu. Taniec to świetna sprawa. Oczywiście nie każdy chce zamykać imprezę o 5 nad ranem na parkiecie i zmagać się z odciskami na stopach, ale studniówka jest właśnie po to, żeby tańczyć. Naprawdę.

4. Alkohol


Powtarzając za Łukaszem Kielbanem z Czasu Gentelmanów: alkohol jest dla ludzi, również tej nocy, ale nie przystoi z nim przesadzać. Zarówno paniom jak i panom, bez względu na wiek ani to, czy jesteś abiturientem czy tylko osobą towarzyszącą. Alkohol to tylko dodatek do tego wydarzenia. Absolutnie nie powinien warunkować tego, czy impreza będzie udana. Osobiście nie lubię tego cyrku z przemycaniem alkoholu w butach czy rękawach (a wiem, że niestety gdzieniegdzie tak jest), ale z drugiej strony czy gdyby wszyscy potrafili z niego korzystać, to czy komitety studniówkowe siliłyby się na takie restrykcje?

5. Strój

Zacznę może od odcisków - dobre buty to podstawa! Ale dopiero po 22. Wcześniej musisz wyglądać jak milion dolców. Panie wiedzą jak dobierać sukienki - od siebie dorzucę tylko "dziecko, to jest studniówka, a nie dyskoteka, sukienka naprawdę może być trochę bardziej elegancka niż zwykle!". Panowie, jeśli tylko Was stać, nie żałujcie na garnitur. Koszula musi być wyprasowana najlepiej w jej życiu, a buty błyszczeć. Dodatki typu pasek, krawat, muszka, spinki, poszetka to sprawa indywidualna, ale warto zapytać kogoś, kto zna się na rzeczy. Choćby nawet był kobietą. Wracając jeszcze do butów: rozchodźcie je! Śpijcie w nich, pływajcie, jedzcie i pijcie! Wasze nogi podziękują Wam dzień po studniówce.

6. Makijaż!

Niektórzy pewnie już się uśmiechnęli. Podobnie jak ja, gdy tuż przed studniówką podeszła do mnie koleżanka i zapytała "No i jak moja gładź szpachlowa?" (pozdrawiam Olu, było bardzo dobrze). Dziewczyny, same wiecie, że nikt nie wygląda idealnie. Ani przed (nałożeniem), ani po. Przy malowaniu się pamiętajcie tylko, że chodzi o to, żeby polepszyć, a nie pogorszyć. Buziaki. :)

7. Jeśli bierzesz leki...

To ich nie odstawiaj! Lepiej się nie napić, lepiej zjeść mniej, lepiej się skrzywić po gorzkiej pigułce (jesteście duzi, dacie radę), niż kończyć własną studniówkę o 22 w toalecie. Czasem lepiej posłuchać lekarza czy mamy, niż przekombinować i studniówkę przeżywać oglądając zdjęcia trzy dni później.

8. Nauczyciele

Tutaj trudno powiedzieć coś uniwersalnego, bo ilu nauczycieli, tyle zwyczajów. Należy im się szacunek ze względu na wiek i relację uczeń-nauczyciel, także nie polecam zbyt dużego spoufalnia się. I choćby to nie przeszkadzało temu nauczycielowi - nie przesadzaj. Z boku to wygląda niesmacznie, niekulturalnie. Pamiętaj, kim jesteś.

9. Posiłki

Z całą pewnością to ja jestem największym łakomczuchem na tym blogu, ale gdyby zabłąkał się tu jakiś głodomor: to jest studniówka, a nie święta. Nie chodzi o to, żeby się nażreć "bo zapłacone", a o to, żeby zabawa była przednia. PS. Przy stole to nie zabawa. Nawet jeśli grasz w butelkę.

10. Migdały

Dziecko, to jest studniówka, a nie randka w ciemno!


Moja studniówka była w sobotę i była bliska ideału. Nie wszystkie z tych rad udało mi się zastosować (nogi wciąż płaczą), ale dla mnie to one stanowią receptę na niesamowitą studniówkę. Dziękuję wszystkim, z którymi miałem przyjemność bawić się tej nocy! Było zacnie.

A Wy co byście dorzucili do dobrych rad studniówkowych? Dzielcie się w komentarzach. Niech kolejne pokolenia bawią się świetnie!

W oknie widać pierwsze przebłyski słońca. Jest jakieś pięć stopni i temperatura wzrasta. Nie trzeba iść do szkoły. Wiecie co to oznacza? Jest wigilia 2015!

Rok temu życzyłem Wam zdrowia oraz miłości i muszę przyznać, że trudno będzie mi złożyć lepsze treściwe życzenia. Dlatego tym razem spróbuję ugryźć to z innej strony, choć oczywiście równie szczerze.

Po pierwsze, żebyście spotykali w życiu takich ludzi jak ja w autobusie jadąc na mecz czy wracając ze szkoły. Wspaniałych podróży również po świecie kultury - polecam filharmonię! Pozostając w temacie podróży - płomiennego romansu i namiętnych pocałunków! Przekraczajcie swoje granice - może warto przekonać się w lektur? I niech nie powstrzymują Was żadne liny. Spotkajcie w życiu swojego mentora i przyjaciół, którzy w odpowiedniej chwili odejdą. Wszystkim maturzystom - studniówki, o której nie powiecie "obrzydliwa".  Panom, żeby wiedzieli, kto jest mężczyzną, a kto nie. Wielu malutkich kuleczek, choćby miało być w nich tylko powietrze. I nigdy nie zapominajcie, że nas geniuszy jest mało!

Nie siedźcie przed komputerami. W Święta i w miarę możliwości na co dzień też. To jedna z najlepszych rzeczy, jakie możecie zrobić dla siebie i bliskich! Buziaki.
W pierwszej dekadzie XXI wieku w raportach amerykańskich służb pojawiło się określenie "hybrid wars", czyli wojny hybrydowe - w sieci panuje ogromny chaos i dezinformacja. Pewnie większość z Was pokiwa z politowaniem głową i pójdzie dalej, ale dziś każdy z nas, użytkowników Facebooka czy Internetu w ogóle, jest manipulowany.

Poniżej wrzucam dwie grafiki znalezione w ostatnich dniach w sieci.
Źródło: se.pl
Dla porównania:
Źródło: gazetabaltycka.pl

Pierwszy sondaż wg informacji podawanych przez Nowoczesną został przeprowadzony 15.12.2015 r.

Który z nich jest fałszywy? Daję sobie rękę uciąć, że oba. Oba mają na celu wywołać określone reakcje społeczne, co jest oczywistą manipulacją ze strony publikujących takie sondaże - przypuszczam, że zamawiających również. Dziś zwrot "zamówić sondaż" nabiera nowego (starego) znaczenia.

Miej gdzieś sondaże. Myśl sam.

Kiedy w średniowieczu chrześcijańscy władcy mieli ochotę powiększyć swoje państwo o terytorium, na którym rządził niechrześcijański władca, brali miecz, pochodnię i parę tysięcy żołnierzy i ruszali "chrystianizować" kolejne ziemie. Oczywiście w imię głoszonej przez Chrystusa miłości do bliźniego zabijali ludzi i palili wsie. Całą naukę przekazaną przez apostołów rzucili na ziemię, a potem podnieśli i wytarli sobie nią gębę.

Blisko tysiąc lat później w imię poprawy byt ludu robotniczego "reformatorzy" mordowali i grabili - wszystkich jak leci, biedny czy bogaty - nieważne. Teraz tak musi być, bo jest rewolucja. Będzie po naszemu, to będzie dobrze. Rewolucja pożerała własne dzieci i to nie tylko u Żeromskiego. Z ideą wolności na ustach strzelano i gwałcono - nie tylko "nierównych". Głęboko gdzieś była równość. Bardzo głęboko.

A dziś? Dziś sztandarem demokracji wycierają sobie nos ci, którzy niedawno sami tę demokrację psuli. Złamali konstytucję, ale dopiero dziś przeciwko temu protestują. Oskarżali o podpalanie Polski, dziś sami ją podpalają. Walczą z obecną władzą, chciał nie chciał, demokratycznie wybraną. W obronie... demokracji. W rzeczywistości demokracja niewiele ich obchodzi. Przecież przez ostatnie osiem lat było jedno wielkie kolesiostwo, partyjniactwo i obsadzanie czego się tylko da ludźmi obozu rządzącego. A dziś zależy im na demokracji?

Nie dajcie sobie odebrać pięknych wartości, które wypracowały setki, jeśli nie tysiące pokoleń. Nie dajcie sobie zabrać tych pięknych ideałów, za które wielu ludzi oddało życie. Dziś nie zmieniło się nic - wciąż komuś zależy na własnym interesie, wciąż ktoś wyciera sobie gębę Waszymi ideałami.

PS. Nie utożsamiajcie mnie z PiSem, please. Nawet się nie chcę o nich wypowiadać. Ja tu tylko o wartościach piszę.

Lektury szkolne - bez sensu

Po co przerabiać coś takiego jak "Chłopi"? Ciężki język, akcję trudno określić "wartką", fabuła taka bez szału. To samo "Ludzie bezdomni". Był Judym, który pochodził z biednego domu, został lekarzem, chciał pomagać biednym, kobiety zawróciły mu w głowie, a jak wreszcie kroiło się coś poważnego, to stwierdził, że jednak musi wrócić do biednych. A po co przerabiać "Granicę"? Jakiemuś chłopu oblewają twarz kwasem, potem sam strzela sobie w głowę. Też mi historia. Bez sensu te lektury, chyba się ze mną zgodzicie?

Konkurs: to Zenon z Justyną czy Elżbietą?

Ja vs. Granica

Siadając do "Granicy" liczyłem, że nie zanudzę się na śmierć i jakoś przebrnę przez tę powieść. Tytuł niby niejasny, ale jednak coś tam sugeruje. Albo będzie przebiegać między kimś a kimś jakaś wyraźna granica, albo ktoś jakąś granicę będzie przekraczał. (Staliśmy nad przepaścią i uczyniliśmy wielki krok naprzód, czy jakoś tak) Pierwsze podejście było moją porażką, zasnąłem, a wcześniej wynudziłem się na tyle, że przegapiłem... wszystko, co się temu Zenonowi przydarzyło na kilkunastu pierwszych stronach.

Na szczęście potem było już tylko lepiej. Kroczek po kroczku zbliżałem się do połowy książki, a tutaj nareszcie akcja ruszyła. Skupiony śledziłem kolejne wydarzenia rozgrywające się pomiędzy tercetem Elżbieta-Zenon-Justyna. Trochę zmęczyły mnie wątki poboczne, jednak nie można narzekać - jak na lekturę, to czytało się przyjemnie.

Przeczytane - warto

Jeszcze zanim dobrnąłem do końca "Granicy" zauważyłem, że jest... kapitalna.
  • "Granica" pierwotnie nosiła tytuł "Schematy". Był on równie trafiony, bo Nałkowska jasno pokazała proces powtarzania błędów przodków przez kolejne pokolenia. Czy nie jest tak, że często chcemy być inni niż nasi rodzice, dziadkowie, buntujemy się przeciwko nim, a koniec końców kopiujemy ich zachowania? "Granica" pokazuje to idealnie.
  • Skomplikowane relacje damsko-męskie, ich waga i konsekwencje złych wyborów - to wszystko jest gdzieś w trójkącie Elżbieta-Zenon-Justyna. Skutki niepowiedzenia "nie" w odpowiednim momencie widać tutaj jak na dłoni (o tym może nawet napiszę osobny tekst, bo świetny temat "na oddzielną konferencję").
  • Podłoga dla Ciebie to sufit dla kogoś innego. Albo na odwrót. "Granica" pokazuje, niestety nie do końca przestarzałe, podziały w społeczeństwie. Z biegiem kart rodzi się refleksja nad tym, jaki wpływ miało położenie Justyny na jej odczuwanie romansu z Zenonem. I jaki wpływ ma nasza przeszłość, wychowanie, kompleksy, położenie na to jak odbieramy innych ludzi?
  • Ileż to razy mówimy sobie "dobra, ostatni raz oszukam, żeby mieć spokój i następnym razem będę już porządny", ile razy myślimy, że to tylko jeden nic nie znaczący czyn, czynek dosłownie, kto by się tym przejmował. No ostatni raz. A potem budzimy się z ręką w nocniku. Jak Zenon.
  • To, co mnie najbardziej wkurzyło w całej powieści, to opis psa. Fitek to, Fitek tamto i tak przez dwie strony. Szczęśliwie udało mi się zrozumieć metaforę stojącą za tą sceną i zwracam honor Nałkowskiej - szacunek za tak sprawne posługiwanie się formą (ciekawe co na to Gombrowicz). Literatura taka jak ta nie należy do najlżejszych, ale doskonale pokazuje bogactwo języka - dziś tak często niewykorzystywane.
  • Ostatni powód, dla którego warto było przeczytać "Granicę", jest taki, że kiedy wertowałem kolejne stronice i zdałem sobie sprawę z fenomenu tej książki, zastanowiłem się nad poprzednimi lekturami. I wiecie, "Lalka" czy "Zbrodnia i kara" to naprawdę kapitalne dzieła i mają w sobie ponadczasową treść. Ich przesłanie się nie przedawnia i to jest ich największy skarb.

"Granica" to moja ulubiona lektura. Może to właśnie ona była dla mnie granicą, którą trzeba przekroczyć, aby zrozumieć dobór kanonu lektur. Ponadczasowy charakter, wielowymiarowy geniusz tej literatury i najważniejsze - nieśmiertelne, nieprzedawnione przesłanie uczą nas wielu rzeczy, ale przede wszystkim pozwalają zajrzeć wgłąb siebie. Taka jest rola lektur.

A jaka jest Twoja ulubiona lektura i dlaczego jest to "Anaruk, chłopiec z Grenlandii"?


Wykorzystałem zdjęcie ze strony unsplash.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, dołącz do NEWSLETTERA i polub fanpage na fejsie.
Nie warto zabierać się za ten tekst, jeśli nie czytałeś pierwszej części. Możesz to nadrobić w tej chwili, klikając tutaj - Liny. Jeśli tamten tekst jest Ci znany, zapraszam na część drugą - ostatnią.

Z zielenią stało się coś dziwnego. Drzewa sięgające chmur za dnia i gwiazd w nocy zaczęły tracić liście. Spadały powoli, klucząc wśród oddechów wiatru gdzieś pomiędzy konarami. Bieg rzeki spowalniał, a wody ubywało. Była jakby susza. Jakby, bowiem nikt nie zauważył, że coś zaczyna się zmieniać, kruszyć. To przyszło nagle. Kwiaty zwiędły, motyle zginęły gdzieś w cieniach lasu, a pszczoły nie wychodziły ze swoich gniazd. To był trudny czas dla tego świata, który przez wiele dni, miesięcy i lat był poukładany w kolorowy, radosny sposób.



Olbrzym i mała dziewczynka, ściskając w dłoniach liny, patrzyli sobie w oczy. Oboje chcieli coś powiedzieć, coś na kształt pożegnania, jednocześnie nie rozstając się. Wreszcie olbrzym pochylił głowę, jakby skruszony tym, że jest większy od małej dziewczynki, tym, że oddzielają go od niej liny. Oboje przyzwyczaili się już do tego, że są - oni i liny. Przyzwyczaili, ale nigdy z tym nie pogodzili. Wolno, delikatnie, a zarazem bardzo wyraźnie i zdecydowanie pogłaskała go po włosach. Byli teraz razem przy linach. Byli teraz osobno przy linach. Ta chwila miała nigdy się nie skończyć.

Lecz kiedy liście zaczęły swój lot ku ziemi, kwiaty uschły, a źródło przestało dzielić się wodą z tym światem, uschły również liny, które oddzielały olbrzyma i małą dziewczynkę. Po wielu łzach i uśmiechach, które spędzili wspólnie, mogli zbliżyć się tak jak nigdy dotąd i być razem. 

Ale i olbrzym, i mała dziewczynka byli wtedy już daleko, bardzo daleko od lin. Każde z nich było już kimś innym. Olbrzym przestał być tak duży i niezdarny. Pozostała mu siła i wyjątkowość. Mała dziewczynka dorosła. Zachowała swoją wrażliwość i łagodność, ale potrafiła podejmować trudne decyzje. Pierwszą z nich było odejście od lin. Po przeciwnej stronie odszedł olbrzym.



Ten świat się skończył. Nie było już kwiatów i drzew. Ptaki nie przemierzały już podniebnych szlaków. Źródło wyczerpało się. Sarny i lisy skończyły się - po prostu zniknęły. Nie było już olbrzyma i małej dziewczynki, choć żyli oboje. Żyli w nowym innym świecie. Pamiętali siebie nawzajem i byli sobie wdzięczni za czas spędzony przy linach. Choć mieli już tyle za sobą, nie mieli za sobą niczego. Wszystko było przed nimi.

Wykorzystałem zdjęcie ze strony unsplash.com. Jeśli chcesz być na bieżąco ze wszystkim, co dzieje się na Jest Czytelnie, dołącz do NEWSLETTERA i polub fanpage na fejsie.
Źrodło: fanpage posła Ryszarda Petru

Korciło mnie już kilka razy, żeby napisać coś o szaleńczym tempie zmian za rządów PiSu i spazmach opozycji, która "broni demokracji". Podobnie broniła jej przez ostatnie osiem lat i, jak możemy przeczytać na grafikach Nowoczesnej, faktycznie to była i jest obrona przed PiSem. Pytanie tylko, czy rzeczywiście obrona demokracji.

Jednakże dopóki głos w sprawie zabierały tylko partie, ciężko było usłyszeć coś poza ciągłym przekrzykiwaniem się, również ustami profesorów, którzy się ze sobą często nie zgadzają. I jak tu osądzić, który profesor jest bardziej profesorski i ma większe kompetencje, żeby się wypowiadać - profesor pro PiS czy profesor pro PO?

Dziś do gry wszedł kolejny silny gracz, a mianowicie sam Trybunał Konstytucyjny i można już wyciągnąć jakieś wnioski poparte reakcjami polityków na orzeczenie odnośnie wyboru sędziów do Trybunału Konstytucyjnego. Orzeczenie jest takie, że wybór 3 sędziów, którym kadencja kończyła się w czasie urzędowania Sejmu poprzedniej kadencji jest zgodny z Konstytucją, a wybór tych, którym kadencja kończy się w grudniu nie jest zgodny z Konstytucją. Trybunał dodał jeszcze, że Prezydent RP powinien niezwłocznie przyjąć ślubowanie od wybranych sędziów.

Diagnoza jest taka, że chyba wszyscy mają tę Konstytucję głęboko. Prawo i Sprawiedliwość mówi, że Trybunał orzeka w sprawie historii, także generalnie czym tu się przejmować. W sumie jakby złodziej ukradł milion i wydał, no to też nie ma co go sądzić, bo kasy i tak już nie ma, co nie? Platforma Obywatelska podchwyciła temat, że Prezydent RP powinien niezwłocznie przyjąć ślubowanie od wybranych sędziów. Niektórzy jeszcze przepraszają za to, że "za szybko wybrali dwóch sędziów" (ej, ale trzech wybraliśmy w terminie, to chyba spoko, co nie?). Z ust żadnego polityka PO nie padło "przepraszam, że złamaliśmy Konstytucję", tę samą, którą wczoraj pani posłanka Henryka Krzywonos. PiS łamie Konstytucję, no a my? Oj no trochę za szybko, nie dało się przewidzieć, kiedy będą wybory no i wyszło jak wyszło. Dobra, nieważne.

Groteskę całej tej sytuacji od kilku dni dopełniają wróżby Aleksandra Kwaśniewskiego, który straszy Andrzej Dudę Trybunałem Stanu. Wiarygodny autorytet, rzeczywiście.

Poranek był rześki i bezchmurny, dokładnie taki, jakie są poranki o tej porze lata. Dzień rozwijał się niczym czerwony dywan i w ten sam sposób prowadził do finału, na który czekałem - wieczoru. Gdy niebo nabierało bladoróżowej barwy, słońce próbowało schować się za horyzont, a w pobliskich kawiarniach słychać było coraz wyraźniej gwar rozmów, nadszedł czas naszego spotkania.

Znaliśmy się już jakiś czas, ale nigdy dotąd się z Nią nie umówiłem. Nie wiedziałem czego się spodziewać. Ubrała się ładnie, jak zawsze, ale nie wyjątkowo wieczorowo, dlatego odetchnąłem z ulgą, nie miałem ochoty na żaden wytworny lokal tego dnia. Myślałem raczej o cichej, schludnej, klimatycznej knajpce, o ile w ogóle mielibyśmy dokądś pójść.

- Dobry wieczór - powitałem Ją z ogromną ciekawością w oczach. Co przyniesie ten wieczór? Dokąd pójdziemy?
Objęła mnie na moment. Chwilę nam zajęło rozmawianie o pogodzie i niczym, a kolejną ustalanie dokąd pójdziemy. Stanęło na tym, że brzegiem przed siebie. Był piękny zachód i szkoda byłoby zmarnować taki widok na siedzenie w czterech ścianach.

Szliśmy obok siebie kilkadziesiąt minut, doskonale czując się w swoim towarzystwie. Cieszyliśmy się chwilą, tym, że możemy spędzić ją razem, kiedy na naszej drodze stanęło wejście na molo.

- Idziemy? - zapytała wertując moje oczy swoimi zielonymi, okrągłymi źrenicami. "No, co Ty na to?" zdawał się mówić Jej wzrok.
Czy idziemy? Oczywiście, że idziemy, co za pytanie.
- Nigdy tam nie byłem - wymigałem się od jednoznacznego "tak".
- To na co czekamy?
Nie oglądała się za siebie, wchodząc na drewniany pomost. Szedłem za Nią, stąpając bezszelestnie po deskach. Szliśmy bez słów, delektując się pluskiem wody uderzającej o burty zacumowanych łódek.

- Podoba mi się tutaj - uśmiechnąłem się.
- Mnie też. Idziemy dalej.
- A co jest dalej?
- Masz ochotę na kawę?

Na kawę ochoty nie miałem, za to szarlotka była przepyszna tak jak cały ten wieczór. Słońce opadło, ale lampy rozświetlały ciemność wystarczająco, żebym dostrzegł, że uśmiech nie schodzi z Jej twarzy. Ruszyliśmy w stronę plaży. Szedłem lekko z tyłu, żeby móc popatrzeć na jej falujące na wietrze włosy. Zatrzymała się gdzieś w połowie balustrady i oparła o balustradę. Dotknąłem lekko Jej boku. Wzdrygnęła się.

- Zrobiłeś to cellowo.
- Tak, zrobiłem.

Ująłem Jej rękę, spojrzałem roześmianym wzrokiem w zielone, płonące oczy i zrobiłem krok, jakbym chciał rozpocząć walca. Pozwoliła prowadzić się jeszcze przez dłuższą chwilę. Lubiła tańczyć, pełna radości. Tak długo, jak nie poczułem dreszczy na Jej przedramieniu, wirowaliśmy na molo, pomiędzy ostatnimi spacerowiczami.

- Zimno mi.

Oddałem jej swoją bluzę. Wróciliśmy do miasta cisi i spokojni, dziękując w myślach za ten krótki, różowy i ciepły wieczór. Rozstaliśmy się w centrum, żegnając czułym, przyjacielskim uściskiem. Włożyła mi palec w żebra, czekając na grymas bólu i zdziwienia na mojej twarzy.

- Zrobiłaś to cellowo.
- Tak, zrobiłam.



Wyszedł późnym wieczorem wiedząc, że musi to zrobić, pomimo wszystkich "przeciw". Nie było żadnego "za". Po prostu musiał. Dla wyższego dobra czy wyższego zła. To bez znaczenia. Nie widział innej możliwości.

Prawdę mówiąc kiedy już włożył buty, kurtkę i wyszedł, nie widział prawie nic. Gęsta mgła, formowała się niczym obawy przed ważnym egzaminem i zdawała się wypierać powietrze z atmosfery. Mrok współpracował i tylko blade światło lamp ulicznych docierało do chodnika, którym szedł. Rozpędzał się w miarę jak nabierał coraz pewniej powietrza w nozdrza. Pamiętał, żeby nie oddychać ustami.

Samochodów było już niewiele. Pieszych wcale. O tej porze wszyscy wracali do domów lub oglądali drugi odcinek serialu. Nikt nie myślał o wychodzeniu na zewnątrz przy tak niskiej temperaturze. Wreszcie złamał się i wziął wdech ustami. Wypuszczone CO2 ukazało mu się jako ulotny obłok. Biegł sam. Sam ze swoim dniem, tygodniem i życiem. W słuchawkach głośno grała Coma, ale on czuł, że w tej chwili jego umysł niemal nie kontaktuje się ze słuchem. Liczył się widok. Wzrok nie mógł go zawieść, odkąd wzdłuż jego szlaku skończyły się lampy. Drogę wyznaczała mu jasna plama chodnika.

Biegł długo, nie myśląc o Celu. Cel był odległy, wiedział, że dziś do niego nie dobiegnie. Ale może chociaż spróbować się zbliżyć. Gdyby tylko mu zależało. Cel przestał być motywacją. Motywacją jest już tylko sam fakt podążania.

Po 40 minutach odczuł zmęczenie i skierował się w stronę domu. Chciał wrócić do punktu wyjścia, ale czuł, że już nie może. Nic nie będzie takie samo, choć czuł dokładnie to samo co osiem miesięcy wcześniej. Wiele dostał i wiele stracił. Zbyt wiele, by móc być tą samą osobą co kiedyś.

Nie cieszył się z przebiegniętego dystansu. To nic w porównaniu z Celem. Wiedział, że powinien ciężko pracować. Mimo, że Celu już nie ma.

Wróciłem - pomyślał patrząc na migoczące w oddali światło w oknie domu.

Jar mieniący się odcieniami zieleni. Natura nietknięta ludzką ręką. Wysokie drzewa, okazałe krzewy i kwitnące kwiaty. Tańczące ze sobą zapachy roślin i zwierząt. Odgłosy śpiewu owadów, bzyczenia ptaków i falujący plusk wody bijącej z ukrytego gdzieś pomiędzy skałami źródełka. Garstka zwierząt typowych dla takich miejsc – sarny, lisy, dzik i cała gama ptactwa. Wirujące w powietrzu motyle i pływające między nimi pszczoły. A pośrodku tego rajskiego krajobrazu ktoś wbił słup. Kilkadziesiąt metrów dalej kolejny, a potem znów kolejny i kolejny. Pomiędzy nimi rozciąga się naprężona lina. Mocna, gruba, sztywna i odporna na próby sforsowania.

Po jednej stronie lin siedzi olbrzym. Nawet w takiej pozycji jest niemal równy z najwyżej położoną liną. Duży, niezgrabny, umięśniony i silny. Zadrapany, poraniony, noszący blizny zamiast biżuterii. A do tego wszystkiego kompletnie niepasujące oczy. Głębokie, troskliwe, czułe. Prawdziwe, błyszczące, lecz wciąż jakby smutne. Tylko po nich można poznać, że jest wrażliwy. To z nich płynie jego wzruszenie, żal i szczęście. Tylko z nimi można poznać go całego. Całego takim, jakim jest.

Po drugiej stronie liny jest mała dziewczynka. Trzeba przyznać, że jest prześliczna. Ma uroczy uśmiech i niespotykanie delikatną, urzekającą cerę. Drobna, szczupła i niepozorna. Można by rzec krucha. Jednak w rzeczywistości jest bardzo silna. I odważna. Nie bała się podejść do samych lin i przyjrzeć olbrzymowi. Później nie bała się go dotknąć i zostać na dłużej. Pozwoliła się poznać i zaufała mu jak nikomu innemu na świecie. Zaufała mu bardziej, niż komukolwiek po swojej stronie lin.

Olbrzym i dziewczynka spotykali się tak często jak mogli. Czas, kiedy patrzyli na siebie pomiędzy linami i rozmawiali, upływał szybciej, niż kiedykolwiek. Nigdy nie brakowało im tematów do rozmów i nigdy się sobą nie znudzili, a mimo to nie zawsze używali słów. Zdarzały się dni, gdy nie mówili prawie wcale. Dziewczynka podchodziła do samych lin podobnie jak olbrzym i znajdując miejsce pomiędzy nimi przytulali się z największym ciepłem, jakiego kiedykolwiek doświadczyli. Nie byli wobec siebie zobowiązani, ale z czasem nie chcieli już żyć bez siebie nawzajem. Każde z nich znało ludzi po swojej stronie lin, dziewczynka była piękna i potrafiła znaleźć z innymi wspólny język. Olbrzym był wyjątkowy i nie narzekał na brak zainteresowania. Rozmawianie przychodziło mu zaskakująco lekko jak na ciężką budowę i wygląd. Jednak zawsze prędzej lub później olbrzym i dziewczynka wracali do lin, by być blisko siebie. Niekiedy dziewczynka wsuwała rękę pomiędzy linami na część olbrzyma, a ten całował ją w dłoń, aby okazać swoje uczucia. Zdarzało się też, że olbrzym schylał się i przyciskał policzek z całej siły do lin, by dziewczynka mogła go obdarzyć pocałunkiem. Byli sobie najbliżsi.


Mimo wszystko nawet pomiędzy najmocniejszym ich uściskiem zawsze są liny. Zbyt ciasne, by przecisnęła się między nimi dziewczynka. Zbyt mocne, by przerwał je olbrzym. Zbyt wysokie, by je przeskoczyć. Zbyt nisko zawieszone, by przejść pod nimi. Zbyt duże, by mogli być razem.